Artysto, zadbaj o siebie sam!

Stara prawda głosi: gdy arty­sta dupa, to z zarob­ków na swo­jej muzyce i tak wyj­dzie mu kupa. OK, prawdę dopiero co wymy­śli­łem ale ma ona solidne pod­stawy w świe­cie mie­rzal­nym, szcze­gól­nie wiel­ko­ścią prze­le­wów z mojej Visy na arty­styczne konto. Z takim przy­pad­kiem mam wła­śnie stycz­ność i może nie­chaj posłuży on za case study i pod­po­wiedź naszym o-mój-boże-wszyscy-piracą-gdzie-moja-kasa arty­stom, gdzie tak wła­ści­wie ginie ich moż­li­wość zarobku.

Zacznijmy od prawdy pod­sta­wo­wej: mamy rok 2009 a to ozna­cza, że od jakichś dzie­wię­ciu lat możemy dum­nie mówić, żeśma w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku panie (nie­któ­rzy mówią, że od ośmiu ale nie bądźmy dro­bia­zgowi). Oznacza to też mniej wię­cej tyle, że w ciągu ostat­nich kilku lat nastą­piła cicha ale gwał­towna rewo­lu­cja, z któ­rej chyba nie­zbyt zdają sobie sprawę sami arty­ści, o wydaw­cach czy innych pro­du­cen­tach już nie wspo­mi­na­jąc. Otóż spo­wsze­dniał nam inter­net. Net stał się fak­tem zna­nym ogól­nie i sze­roko i chyba wła­śnie dla­tego zabra­kło nie­któ­rym moty­wa­cji do lek­kiej nad nim reflek­sji. Tak jak nie zasta­na­wiamy się na codzień nad naturą przy­cią­ga­nia ziem­skiego, tak nie­zbyt chce nam się zasta­na­wiać nad tak aksjo­ma­tyczną już dziś sprawą, jak stałe łącze czy Wi-Fi dostępne już prak­tycz­nie wszę­dzie, gdzie jest choć kawa­łek cywi­li­za­cji. Dla przy­kładu: ostat­nio w poznań­kiej Plazie sie­dząc i na Endera z Karen cze­ka­jąc odby­łem twit­te­rową dys­ku­sję z jakimś zna­jom­kiem sie­dząc sobie w kafejce korzy­sta­jąc z jej HotSpota — ot natu­ralna i zwy­kła sprawa w dzi­siej­szych cza­sach. Rzecz natu­ralna ale chyba bra­kuje reflek­sji panom pro­du­cen­tom i wydaw­com nad tym, co ona implikuje.

Implikacja jest jedna i pro­sta: jeste­śmy prak­tycz­nie cią­gle online a inter­net stał się fra­me­wor­kiem, który udo­stęp­nia kupę narzę­dzi, z któ­rych można korzy­stać pró­bu­jąc nam coś sprzedać.

I teraz czas na wspo­mniane case study, w któ­rym jak na dłoni pokażę naszym o-mamo-on-kradnie-muzykę-bo-słucha-jej-w-necie pożal się boże arty­stom i ich jesz­cze bar­dziej boże się żal mene­dże­rom, gdzie giną im pieniądze.

Ni z gru­chy, ni z pie­tru­chy dosta­łem via Twitter infor­ma­cję, że obser­wuje mnie jakiś dziwny osob­nik. Ma sporo aktu­ali­za­cji sta­tusu, sporo fol­lo­wer­sów więc pew­nie nie spa­mer. Miano dziwne jakieś i anglo­ję­zyczne — a spraw­dzę o co loto. Jeden klik póź­niej zna­la­złem się na twit­te­ro­wym pro­filu grupy The Aurora Project. Historia pew­nie jakich wiele. Ale tu zro­bię stop i pod­rzucę pierw­szego hinta naszym ojej-ja-nie-wiem-co-to-twitter arty­stom a szcze­gól­nie ludziom odpo­wie­dzial­nym za wpy­cha­nie ich pro­duk­cji innym.

Hint: w życiu nie sły­sza­łem o kapeli The Aurora Project. W życiu nie sły­sza­łem ni jed­nego kawałka tej for­ma­cji. Ale to nie zna­czy, że The Aurora Project nie sły­szało o mnie :). Ano, naj­praw­do­po­dob­niej manago grupy czy kto tam odpo­wiada za sen­sowne podej­ście do poten­cjal­nego klienta i naj­pew­niej ma w oko­li­cach trzy­dziestki i coś kuma w tema­cie kli­ka­nia myszką, wziął i prze­orał coś, co nazywa się ser­wis spo­łecz­no­ściowy. Tym ser­wi­sem mógł być dla przy­kładu ser­wis Last.fm, w któ­rym bar­dzo wielu ludzi zupeł­nie bez­płat­nie zosta­wia bar­dzo bogatą bazę swo­ich ulu­bio­nych wyko­naw­ców i sty­lów muzycz­nych. W dodatku robi to aktyw­nie więc pew­nie wie, o co w tym całym inter­ne­cie cho­dzi i nie będą mieli owi ludzie więk­szych pro­ble­mów ze zro­zu­mie­niem, co to jest płat­ność online. Teraz styka już poszpe­rać w tagach odpo­wied­nich i wziąć na celow­nik ludzi, któ­rzy na ten przy­kład lubią rock pro­gre­sywny. A mój pro­fil aż krzy­czy o tym, że prócz elek­tro­niki wręcz wiel­bię pro­grocka! Teraz musi tylko zaiskrzyć…

W dzi­siej­szych cza­sach swo­bod­nego dostępu do infor­ma­cji trudno już komu­kol­wiek wmó­wić, że wrzu­ce­nie kilku pli­ków na ser­wer to ten sam czy wręcz więk­szy koszt, niż zakup tło­czo­nej, opa­ko­wa­nej, wożo­nej i potrój­nie omar­żo­wa­nej płyty CD. Ludzie nie łykają tego i słusz­nie skro­bią się po gło­wie palu­chami kiedy widzą, że ścią­gnię­cie kilku pli­ków kosz­to­wa­łoby ich tyle, co zakup płyty. Uwierz mi na słowo muzyka-w-sieci-to-przestępstwo! arty­sto — ludzie nie są głup­kami (przy­naj­mniej nie wszy­scy) by nie rozu­mieć róż­nicy w kosz­tach dys­try­bu­cji cyfro­wej i tra­dy­cyj­nej. I ludzie nie widzą żad­nego innego powodu, prócz chęci wydo­je­nia ich na maksa, w podob­nych cenach pli­ków i fizycz­nej płyty. W efek­cie nie kupią pew­nie ani pli­ków, ani płyty. Ot z czy­stej i zdro­wej zasady: jak Kuba bogu, tak bóg Kubie. Chcesz mnie brać od tyłu? Odbędzie się to z wzajemnością…

W dzi­siej­szych cza­sach swo­bod­nego dostępu do infor­ma­cji trudno już komu­kol­wiek wmó­wić, że dys­try­bu­owane pliki muszą być czymś zabez­pie­czane i mak­sy­mal­nie utrud­niać mu życie. Trudno też komu­kol­wiek wmó­wić, że to dla jego dobra (gdzieś czy­ta­łem i takie wytłu­ma­cze­nia dla DRM a moja szczęka zali­czała mocne odbi­cie od blatu stołu). Jeszcze trud­niej komu­kol­wiek wmó­wić, że te pliki muszą być gów­nia­nej jako­ści. Bo co? Bo moje MP4 tego nie wytrzyma? Telefon nie da rady obsłu­żyć mp3 320 kbps? iPhone nie pora­dzi sobie z los­sles­so­wym for­ma­tem? Chcesz mi arty­sto wci­skać pliki w tej samej cenie, co płyta CD i w jako­ści nawet nie doty­ka­ją­cej tego, co daje krą­żek? I dalej sądzisz, że nie będziesz trak­to­wany jak skoń­czony idiota pró­bu­jący naj­zwy­czaj­niej w świe­cie oszu­kać poten­cjal­nego klienta? No to po raz kolejny ma zasto­so­wa­nie zasada odtyl­niej wzajemności.

Wszędobylstwo inter­netu impli­kuje też co innego — chęć natych­mia­sto­wego zazna­jo­mie­nia się z pro­po­no­wa­nym do zakupu towa­rem. A tej chęci odpo­wiada moż­li­wość jej pre­zen­ta­cji. Różnie to sklepy inter­ne­towe robią — nie­które dają kil­ku­dzie­się­cio­se­kun­dową próbkę, inne nic nie dają, jesz­cze inne pozwa­lają prze­słu­chać cały album online. Słusznie bowiem wycho­dzą z zało­że­nia, że jeśli coś wpad­nie w ucho, to albo posłu­cha się tego w radio, albo — co bar­dziej praw­do­po­dobne — po pro­stu ścią­gnie się z ware­zów. Mądre sklepy/artyści zwiążą słu­cha­cza ze swoją stroną, nie pozwolą mu zro­bić ten klik wię­cej, by poszpe­rać w zaso­bach trac­kera za daną pro­duk­cją. Jak to robią? Po pro­stu pozwa­lają zapo­znać się z albu­mem wprost na stro­nie sklepu/artysty. Tu suge­ruję moż­li­wość odpa­la­nia jakie­goś osob­nego okienka z play­erem, tak by można było sobie po stro­nie sklepu/artysty sur­fo­wać w spokoju.

OK, wróćmy do case study i kapeli The Aurora Project. Oto mode­lowy przy­kład tego, jak dziś można sprze­da­wać muzykę i warto zwró­cić uwagę, że to tylko jeden z kana­łów sprze­daży. Jak już wspo­mnia­łem, The Aurora Project zna­la­zło mnie a nie ja wpa­dłem na tę grupę ssa­jąc jej album z tor­ren­tów (radia od dawna już nie słu­cham, nie lubię blo­ków rekla­mo­wych prze­ry­wa­nych muzyką). Pierwszy duży plus. Jestem zaciekawiony.

Hint #2: Informacja, którą dosta­łem od grupy była daleka od natar­czy­wo­ści. Zostałem popro­szony o prze­słu­cha­nie albumu i — jeśli mi się zechce — wyra­że­nia o nim swo­jej opi­nii. A jeśli mi się spodoba i będę miał taką ochotę, kupić album mogę na takiej i takiej stro­nie. Tyle.

Hint #3: Album można prze­słu­chać sobie w cało­ści wprost ze strony kapeli. Podczas gdy piszę te słowa leci mi wła­śnie dru­gie prze­słu­cha­nie albumu i zaczyna mi się on podo­bać. Trochę surowy ale zde­cy­do­wa­nie to ten rodzaj muzyki, który lubię. Mogłem się o tym prze­ko­nać ssa­jąc album na tor­ren­tach ale w zamian mar­nuję sobotni pora­nek i robię wokół kapeli buzz. Trzy do zera dla The Aurora Project.

Hint #4: Album mogę natych­miast kupić. Wystarczy klik i mam dostępny cały wachlarz opcji i for­ma­tów. Mogę sobie zamó­wić płytę CD (17 dolców, z ship­pin­giem pew­nie i tak wyszłoby taniej, niż w więk­szo­ści naszych skle­pów) lub mogę sobie pobrać album od razu na kom­pu­ter. Mogę pobrać sobie pliki w kilku for­ma­tach, w tym w moim ulu­bio­nym — Apple Lossless (FLAC też jest, spoko). Cena? A sam sobie usta­lam, mini­mum to 5 euro ale jeśli chciał­bym dać kapeli wię­cej, cho­ciażby za to, że gra fair (a wierz­cie mi, ludzie to doce­niają), to nie ma prze­ciw­wska­zań. Hell, jest to tak zro­bione, że jeśli posia­dasz jakiś sen­sowny tele­fon (czyli nie iPhone), możesz sobie kupić i ścią­gnąć album choćby i przez tele­fon — póź­niej już tylko roz­kom­pre­so­wać i wrzu­cić muzykę w play­li­sty i voila, nic tylko się cie­szyć muzyką. Cztery do zera! (o braku DRM nie wspo­mi­nam, to oczywistość)

Hint #5: Na stro­nie jest cały zestaw narzę­dzi wyko­rzy­stu­ją­cych wszyst­kie te modne dziś Twittery i inne Fejsbuki, dzięki któ­rym można infor­ma­cję o albu­mie słać zna­jo­mym czy też w pro­sty spo­sób można wrzu­cić info o pły­cie na bloga. Ot kolejne z wielu uła­twień i sta­wa­nie fron­tem do klienta. Pięć do zera. I star­czy, bo to już pogrom tra­dy­cyj­nego modelu sprze­da­wa­nia muzyki.

Cały powyż­szy wywód może uprosz­czę na rzecz naszych domo­ro­słych menago i jak-to-się-dzieje-że-mi-płyty-nie-idą arty­stów. Moi dro­dzy, czas zacząć się uczyć i wycią­gać wnio­ski. Oto jak wygląda dziś mode­lowy wręcz spo­sób na sprze­daż muzyki:

  1. Oferta skie­ro­wana wprost do klienta, który może być nią zain­te­re­so­wany. Wysłanie mi info o ostat­niej pły­cie zacnej skąd­inąd kapeli Boys potrak­tuję jak spam. Progrock trak­tuję zupeł­nie ina­czej i wie­ści z tego zakątka muzycz­nego świata po pro­stu mnie inte­re­sują. Tym samym wraca pod­sta­wowa funk­cja reklamy: infor­ma­cyjna. A ludzie lubią być infor­mo­wani o tym, co ich inte­re­suje, serio. Trzeba tylko zacho­wać zdrowy umiar i pro­por­cje mię­dzy infor­ma­cja a hype — jak wszędzie.
  2. Oferta sto­no­wana, napi­sana w tonie infor­ma­cji a nie nachal­nego dar­cia się wprost do ucha. Nie tędy droga.
  3. Możliwość zapo­zna­nia się z albu­mem, który chce się komuś sprze­dać. To pozwala omi­nąć etap prze­klik­nię­cia na tor­ren­towy trac­ker li tylko po to, by spraw­dzić, czy aby się nie wyda kasy na marne. Poza tym zawsze coś w uchu zosta­nie i jak nie teraz, to może w nie­da­le­kiej przy­szło­ści może jed­nak przy­nieść to owoce.
  4. Sensowna cena i mno­gość opcji podana w przy­stęp­nej for­mie, tak by poten­cjalny klient nie pogu­bił się w tym wszyst­kim. Istotna sprawa: mno­gość moż­li­wo­ści płat­ni­czych. Visa, PayPal, te sprawy… Nic nie pobije moż­li­wo­ści natych­mia­sto­wego ścią­gnię­cia sobie albumu w bez­strat­nej jako­ści. Tu konieczna sprawa: dbać o pra­wi­dłowe tagowanie!
  5. Kolejna bar­dzo istotna sprawa — bez­po­średni kon­takt z klien­tem. Mam Twittera i nie zawa­ham się go użyć! Skoro mnie zacze­piono via Twitter, czyli ser­wis do komu­ni­ka­cji, to ja chcę się z kapelą komu­ni­ko­wać i kiedy o coś pytam, to chce otrzy­my­wać odpo­wie­dzi. W prze­ciw­nym wypadku uznaję, że wyko­rzy­stano kanał komu­ni­ka­cji do wysła­nia spamu. Prosta i kla­rowna zasada a jakże nie­oczy­wi­sta dla tuzów naszego biz­nesu rozrywkowego…

I to wszystko. To wystar­czyło, bym popeł­nił sąż­ni­sty wpis na blogu, który nawie­dza dzien­nie kole 600–700 osób (chyba nie­źle jak na bloga o pier­do­łach i o niczym :)) i bym całym sobą aż wykrzy­czał: bierz­cie i nawiedź­cie stronę kapeli! Kliknijcie po pro­stu poniż­szy obra­zek i fruń­cie na stronę albumu Shadow Border, prze­słu­chaj­cie go a jeśli Wam się spodoba — nie wahaj­cie się go kupić. Cena jest uczciwa, jakość jest uczciwa a uczciwe podej­ście do słu­cha­cza warto pre­mio­wać zaku­pem. Ot cho­ciażby po to, by przy­trzeć nosa nie­re­for­mo­wal­nym wytwór­niom. A i sama muzyka cał­kiem ciekawa…

The Aurora Project - Shadow Border

The Aurora Project — Shadow Border

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

15 Komentarzy do “Artysto, zadbaj o siebie sam!”

  1. moi 04/07/2009 do 10:15 # Odpowiedz

    Akapit się powta­rza, za dużo do czy­ta­nia, jest streszczenie? :)

  2. byte 04/07/2009 do 10:20 # Odpowiedz

    No i nie wiem czy pano­wie wła­śnie nie zła­pali dru­giego klienta, bo żem klik­nął i chyba też mi leży takie granie.

    Myśleć, exeki za maho­nio­wymi biur­kami. Bo ina­czej wyje­dzie­cie zza nich nogami do przodu.

    • arcymon 04/07/2009 do 12:26 # Odpowiedz

      doklad­nie, doklad­nie… chyba i trze­ciego klienta im nago­ni­les Costa… ;)

  3. CoSTa 04/07/2009 do 10:53 # Odpowiedz

    moi
    Który aka­pit? Jakoś doj­rzeć nie mogę… Streszczenie nie ma i nie będzie. W miarę roz­wi­nięty czło­wiek pora­dzi sobie z tym tek­stem w jakieś dwie minuty góra :)

    Sorry za znik­nię­cie komen­ta­rza — Akismet zakwa­li­fi­ko­wał go jako spam…

    byte
    Ano wła­śnie, ktoś tam kogoś powi­nien mocno kop­nąć w odwłok bo się nam prze­mysł muzyczny nieco prze­kręci jeśli nadal będzie to tak funk­cjo­no­wało. Brak umie­jęt­no­ści dosto­so­wa­nia się powi­nien być w tym biz­ne­sie karalny.

  4. moi 04/07/2009 do 11:28 # Odpowiedz

    „W dzi­siej­szych cza­sach swo­bod­nego dostępu do infor­ma­cji trudno już komu­kol­wiek wmó­wić, że wrzu­ce­nie kilku pli­ków na ser­wer to ten sam czy wręcz więk­szy koszt, niż zakup tło­czo­nej, opa­ko­wa­nej, wożo­nej i potrój­nie omar­żo­wa­nej płyty CD.”

    „W dzi­siej­szych cza­sach swo­bod­nego dostępu do infor­ma­cji trudno już komu­kol­wiek wmó­wić, że dys­try­bu­owane pliki muszą być czymś zabez­pie­czane i mak­sy­mal­nie utrud­niać mu życie.”

    Mój błąd. Czytałem wyryw­kowo, 2 aka­pity zaczy­nają się od tego samego zda­nia „W dzi­siej­szych cza­sach swo­bod­nego dostępu do infor­ma­cji trudno już komu­kol­wiek wmó­wić, że”. Wziąłem je za takie same. ;-) Upał.

  5. Tomek Wójcik 04/07/2009 do 14:58 # Odpowiedz

    Dobrze piszesz! Polać Ci :).
    Szkoda tylko, że pew­nie nikt z exe­ków tego nie przeczyta :).

    A płyty posłu­cham, choć gene­ral­nie nie lubie progrock’a. Generalnie, bo Ayreon mnie zauro­czył ostat­nio. Więc i ta kapela ma szanse.

  6. Biter 04/07/2009 do 19:36 # Odpowiedz

    Dobra muzyka i piękne podej­ście do klienta, oby wię­cej takich przypadków :)

  7. zx 05/07/2009 do 13:04 # Odpowiedz

    Przecież to wszystko jest takie pro­ste do wdro­że­nia, nie? Przecież byle laik wie, że wpro­wa­dza­jąc kilka pod­sta­wo­wych zasad zdo­bę­dzie uzna­nie klie­nów. A uzna­nie klien­tów prze­kłada się już bez­po­śred­nio na zysk. I to w sumie nie doty­czy tylko muzyki czy nawet mediów. To sie spraw­dza w każ­dej branży. A ja cią­gle nie mogę zro­zu­mieć dla­czego nikt tego nie widzi. Za tymi biur­kami fak­tycz­nie sie­dzą sami idioci?

    BTW — blo­ga­sek słi­ta­śnie wygląda i zacho­wuje się na iPhone. To ta word­pres­sowa wtyczka robi takie cuda?

    • CoSTa 07/07/2009 do 06:12 # Odpowiedz

      Ano, wtyka do WP. Jeden z kilku powo­dów prze­siadki na WordPressa tak swoją drogą :)

  8. Marineo 06/07/2009 do 11:46 # Odpowiedz

    Witam, jestem tu zupeł­nie przy­pad­kiem w poszu­ki­wa­niu zupeł­nie cze­goś innego, ba, nawet nie jestem zbyt­nim fanem tego rodzaju muzyki — co nie zna­czy, że od czasu do czasu nie słu­cham róż­nych rze­czy, ot tak z cie­ka­wo­ści, a cza­sem nawet z zain­te­re­so­wa­nia. Po pro­stu tak mam, że cza­sem coś mnie zain­te­re­suje mimo, że to coś repre­zen­tuje zupeł­nie nie­pod­cho­dzący mi gene­ral­nie styl muzyki.
    Ale do rze­czy, bo się jakoś dziw­nie roz­pi­sa­łem — to chyba wpływ tego arty­kułu… — no wła­śnie, po pierw­sze to chcia­łem pogra­tu­lo­wać auto­rowi tego kawałka tek­stu. Myślę, że jestem dobrym przy­kła­dem sta­ty­stycz­nym — przy­pad­kiem tu tra­fi­łem, a jed­nak temat mnie zacie­ka­wił i prze­czy­ta­łem cały ten tekst. Podpisuję się pod nim dwiema rękami.
    Dodatkowo, jak autor tek­stu słusz­nie zauwa­żył, w trak­cie mojego pisa­nia, w tle, cały czas leci opi­sy­wana kapela i wie­cie co…, cza­sem mam taki humor, że ten styl gra­nia nada się jak nic.
    Powiem wię­cej — za podej­ście zespołu, jestem w sta­nie kupić ich gra­nie nawet jeśli będę go słu­chał tylko raz na pół roku czy nawet raz na rok. A kto wie, kto może jesz­cze przy­pad­kiem usły­szeć ten zespół np. u mnie w samo­cho­dzie…
    Normalnie, w życiu bym cze­goś takiego nie szu­kał, a tym bar­dziej w skle­pie. Niechciany mail z reklamą zespołu otrzy­małby pew­nie nie­cen­zu­ralną wią­zankę pod adre­sem wysy­ła­ją­cego spa­mera i tra­fił do śmieci.
    Reasumując moje przy­dłu­gawe wywody — to jest wła­śnie poten­cjał Internetu — tylko trzeba wie­dzieć jak go dobrze wykorzystać.

    Życzę zespo­łowi samych suk­ce­sów a auto­rowi arty­kułu — takich wła­śnie tek­stów i takich owo­ców z pisania.

    Pozdrawiam
    Marineo

    • CoSTa 07/07/2009 do 06:18 # Odpowiedz

      A dzię­kuję bardzo :)

      A tak serio — mam wra­że­nie, że trzeba prze­sta­wie­nie się w spo­so­bie myśle­nia o sprze­daży muzyki po pro­stu wbić arty­stom do głów. Większość z nich dąży za wszelką cenę do pod­pi­sa­nia umowy z major­sem i myśli, że chwy­ciło boga za nogi. Rzadko się to zda­rza a oka­zuje się, że sto­sun­kowo nie­wiel­kimi środ­kami można o sie­bie zadbać samemu.

  9. Mariusz Herma 15/07/2009 do 13:56 # Odpowiedz

    Bardzo wcią­ga­jąca histo­ria i świetna syn­teza tego wszyst­kiego, czego tzw. wielcy jesz­cze nie rozu­mieją. Aurora Project pew­nie sami nało­gowo szu­kają nowej muzyki, więc wystar­czy, że spoj­rzą w lustro i już wie­dzą, co robić.

    To byłaby nie naj­gor­sza kon­sta­ta­cja: ci, któ­rzy nie słu­chają nowej muzyki, nie tylko nagry­wają słab­sze rze­czy, ale jesz­cze nie potra­fią jej sprze­dać. Na zdro­wie nam.

  10. Mario 16/07/2009 do 01:40 # Odpowiedz

    Dzieki za ten arty­kul!
    Niestety muzyka tego zespolu mi nie pod­cho­dzi i nie kupie, ale zare­je­stro­wa­lem wla­snie moj zespol na bandcamp.com Ta strona to cos niesamowitego!

    Jako arty­sta, posia­da­jacy kon­trakt z powa­zna wytwor­nia, musze powie­dziec, ze wytwor­nie to banda zlo­dzei! Kroja kase, a arty­stow trak­tuja jak szmaty, a prze­cietny oby­wa­tel kupu­jac, albo chcac kupic plyte pierw­sze na kogo patrzy to arty­ste na okladce — ale zdzierca.
    Sam row­niez wrzu­ca­lem nasze kawalki na p2p itd. kon­trakt z wytwor­nia to byl naj­wiek­szy blad jaki popel­ni­li­smy. Marne pie­nia­dze, bycie trak­to­wa­nym jak smiec, zakaz roz­po­wszech­nia­nia jakiej­kol­wiek muzyki przez z nas zro­bio­nej.
    Nagralismy kie­dys dwa sin­gle — wydawca powie­dzial ze to sie nie sprzeda i nic nie mogli­smy z tym zro­bic!!! nie mogli­smy tego podac zna­jo­mym ani nic — sprawa sadowa. Dlatego po jakims cza­sie prze­sta­li­smy poka­zy­wac swoje kawalki wytworni, zmie­ni­li­smy nazwe, prze­sta­li­smy grac kon­certy, zeby nikt nas nie roz­po­znal — bo sprawa w sadzie. Nasza muzyka umarla na kilka lat.
    Przepraszam, ze tak enig­ma­tycz­nie pisze — nie chce zeby kto­kol­wiek sko­ja­rzyl kim jestem.
    Ja z calego serca kibi­cuje upad­kowi tra­dy­cyj­nych wytworni, calego DRM gowna. Mam nadzieje, ze ci ludzie zban­kru­tuja i nie beda mieli za co sie z nami procesowac.

  11. inny 16/07/2009 do 14:41 # Odpowiedz

    Cóż arty­kuł spoko infor­ma­cja spoko pomysł dobry.
    Ale jeden mały szko­puł — prze­sła­nie nie zamó­wio­nej infor­ma­cji han­dlo­wej — SPAM — odpo­wie­dzial­ność karna.
    „Hint #2: Informacja, którą dosta­łem od grupy była daleka od natar­czy­wo­ści. Zostałem popro­szony o prze­słu­cha­nie albumu i – jeśli mi się zechce – wyra­że­nia o nim swo­jej opi­nii. A jeśli mi się spodoba i będę miał taką ochotę, kupić album mogę na takiej i takiej stro­nie. Tyle.„
    Co innego gdyby grupa popro­siła Ciebie o prze­słu­cha­nie i ocenę i wyłącz­nie o to (swoją droga to też może być dys­ku­syjne).
    Tsza by chyba jesz­cze ten pomysł przepracować.

  12. Yavox 20/07/2010 do 23:08 # Odpowiedz

    Myślę, że podobne wnio­ski można wycią­gnąć w odnie­sie­niu do dys­try­bu­cji fil­mów na DVD (vs tor­renty). Kiedy kupuję DVD (za który, jak to wynika z okre­śle­nia „kupuję” — płacę), nie jestem w sta­nie korzy­stać z niego bez­pro­ble­mowo, ponieważ:

    - producent/dystrybutor zmu­sza mnie do obej­rze­nia serii copy­ri­gh­tów, logo­ty­pów iluś tam wytwórni, które się do filmu przyłożyły

    - następ­nie jest kilka nachal­nych reklam, a DVD jest oczy­wi­ście tak wypa­lone, że w zmo­wie z odpo­wied­nio opro­gra­mo­wa­nym odtwa­rza­czem nijak się tego nie da przeskoczyć

    - następ­nie (5 minut po odpa­le­niu, przy dobrych wia­trach) idzie kilka tra­ile­rów fil­mów, które dopiero będą (albo były 5 lat temu, bo to jest dość stare DVD)

    - potem ostrze­że­nia przed kopiowaniem

    i dopiero film.

    Konieczność powta­rza­nia tej ścieżki zdro­wia nawet w sytu­acji, kiedy chcę komuś poka­zać środ­kowe 45 sekund jakie­goś uję­cia z płyty, że o kolej­nym oglą­da­niu cało­ści nie wspo­mnę spra­wia, że NIGDY PRZENIGDY nie będę kupo­wał żad­nego ścierwa na płyt­kach. Niestety, sza­nowni dys­try­bu­to­rzy i pro­du­cenci — zmu­sza­nie mnie do takiego korzy­sta­nia z tego, za co zapła­ci­łem (film, nie ten syf przed) powo­duje, że sko­rzy­stam z każ­dej moż­li­wo­ści, żeby ukraść to, co nor­mal­nie bym kupił. DLA ZASADY. O bez­pro­ble­mo­wym sko­pio­wa­niu takiego filmu na home ser­wer żeby sobie zro­bić stre­aming na pla­zmę czy panel LCD też mogę w sumie zapomnieć.

    Życzę jak naj­więk­szej licz­bie arty­stów róż­nej maści i for­matu, żeby szybko prze­szli na bar­dziej nowo­cze­sne formy dys­try­bu­cji, albo niech scze­zną ze swo­imi meto­dami z poprzed­niej epoki i sys­temu. Mam nadzieję, że rynek sku­tecz­nie wymusi wybór kie­runku w stronę jed­nej z powyż­szych dwóch możliwości…

Dodaj komentarz