Menu serwera

Gucio w domu czyli howto dla rodzących

OK, w końcu mój synalek przybył do domu. Gucio urodził się 24-go września roku pańskiego 2009 o godzinie 13:40. Przybywając na ten piękny świat ważył nieco ponad 4 kilo, puchaty był bardzo, różowiutki i co tylko można sobie wymarzyć. Najważniejsze jednak, że przybył zdrowy, śliczny i silny nad wyraz. Doropha poród zniosła ogólnie nieźle, choć oczywiście nie jest to doświadczenie najmilsze z możliwych (acz po fakcie ma się tendencję do miłego wspominania tej krwawej jatki). Podobnie jak przy Majce, tak i teraz poród poszedł względnie szybko (druga faza zaliczona w 10 minut – strach pomysleć, co działoby się przy trzecim, pewnie wystrzeliłoby z Dorci zanim w ogóle zaczęłaby rodzić :)) choć były dosyć paskudne utrudnienia w postaci wrednego przeziębienia całej naszej trójki, co Dorophę wkurzało najbardziej bo poród z lejącym się kinolem do najłatwiejszych zadań na świecie nie należy.

Ale może po kolei. Gucio urodził nam się w czwartek na co kompletnie nie byliśmy przygotowani. Dosłownie dzień wcześniej pani ginekolog wypisywała Dorocie skierowanie do szpitala na wywołanie porodu, gdyby Gutkowi nie chciało się wyjść przez następny tydzień. Wszystkie bowiem znaki na ziemi i niebie wskazywały, że mały ma w trąbie wychodzenie na świat i zamarzył sobie zrobienie konkretnej masy fundując Dorocie centymetrowe rozwarcie w dniu badania i ani milimetra więcej. A to nie zapowiada jakiegoś bardzo rychłego narodzenia.

Około czwartej nad ranem w czwartek Dorota obudziła mnie mówiąc, że to chyba już dziś. Kompletnie mnie to z rytmu wybiło bo przecież badania na zupełnie inna datę wskazywały i szczerze mówiąc nie mieliśmy nic więcej prócz torby szpitalnej przygotowanego. Jakieś łóżeczka, jakieś przewijaki… To miałem kupić w nadchodzący weekend i na całą tę świeżyznę miał nam się dopiero zwalić Gutas. Młody miał jednak inne plany i być może w wyniku pobudzenia badaniem postanowił wyskoczyć jak Filip z konopii.

Na wysokości godziny 9 rano już mniej więcej byliśmy przekonani, że to żaden fałszywy alarm (mieliśmy coś takiego z Majką – wycofano nas z porodówki i Dorcia jeszcze tydzień z brzuchem biegała) i że to chyba jednak właśnie tego dnia przyjdzie nam Gucia urodzić. Problem mieliśmy spory z Majką, która nie dość, że była chora to jeszcze nie miała z kim zostać na czas porodu. Panicznie szukaliśmy kogokolwiek, kto mógłby się małą zająć ale że dzień roboczy a znajomi pracujący… Na szczęście znaleźli się w potrzebie dalsi krewni Doroty (czyli Zbychu i Sylwia – dzięki raz jeszcze!), którzy nam tego dnia ogromnie pomogli. Zbychu mógł popilnować małej a ja tym samym mogłem wsadzić Dorotę w taksówkę i ruszyć z żona rodzić.

Na izbę przyjęć trafiliśmy około godziny 10:30 z dwuipółcentymetrowym rozwarciem. Dorotę skurcze już całkiem solidnie skręcały i po wstępnym badaniu odesłano nas na porodówkę. Rodziliśmy w poznańskim szpitalu na Polnej, w którym rodziła się także Majka i który zapamiętaliśmy jako może nie luksusowe ale przyzwoite miejsce do rodzenia, w którym na człowieka też się zwraca uwagę a nie tylko na jego numer ubezpieczenia i rachunek za poród rodzinny. Ano, w tym katolickim i ponoć prorodzinnym kraju za wszystko trzeba płacić, także za najbardziej naturalną rzecz pod Słońcem, czyli za obecność ojca przy porodzie.

Dorophę rozebrano, ubrano ją w firmowe (straszliwie biedne) ciuszki i poprzyczepiano jej całą tę aparaturę, która ma być przyczepiana. Od tego momentu sprawy zaczęły toczyć się bardzo szybko acz nie aż tak szybko, bym mógł załapać się na sam poród. Niestety nieoceniony Zbyszek do pracy musiał iść i dosłownie pół godziny przed rozpoczęciem całej akcji musiałem się pędziorem do domu zwijać, by posiedzieć i poopiekować się Majką. Tym sposobem przy narodzinach nie byłem obecny czego strasznie żałuję oraz czego żałowała także Dorota. Jednak obecność faceta przy rodzącej kobiecie to spore dla niej wsparcie i bardzo, bardzo namawiam wszystkich przyszłych ojców, by swoje kobiety w tym jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu wpierali jak tylko mogą. To naprawdę jest dla nich ważne. Nawet nie wspominam o rzeczy oczywistej – to także jest bardzo ważne dla nas, facetów. Samodzielne przecięcie pępowiny ma jednak jakiś symboliczny charakter…

Z tego, co mówiła mi Doropha, wyłania się obraz bardzo ale to bardzo sprawnie funkcjonującej, bardzo pomocnej i przyjacielskiej porodówki. Świetna pani doktor, z którą miałem okazję pogaworzyć i nieco się podroczyć, stanęła na wysokości zadania i nie wypieprzyła mnie z sali za głupoty, które wygadywałem zdając sobie pewnie sprawę, że w stresie mógłbym robić rzeczy daleko gorsze :). Położne okazały się być bardzo kompetentne, jako się rzekło bardzo przyjazne i potrafiły stworzyć tę niezbędną atmosferę bezpieczeństwa i pewności, że wszystko pójdzie dobrze. Serio, Doropha nie mogła się nachwalić składu porodówki na Polnej a mnie przegoniła po sklepach ze słodyczami, bym jakąś bombonierę czy dwie zanabył i wręczył, byle nie drogą bo zaraz CBA czy inna faszystowska służba tego kraju zamknęłaby cały skład za przyjmowanie łapówek.

Z porodówki Doropha trafiła na oddział położniczy i tam niestety sielanka się skończyła. Zupełnie inna kultura pracy z pacjentem (a właściwie jej brak), potworna bieda i widoczny na każdym kroku, wychodzący z każdego konta brak pieniędzy… Smutna szpitalna rzeczywistość…

Czego w szpitalu potrzeba? Przede wszystkim dobrze zapakowanej torby ze wszystkim, co byłoby potrzebne na mniej więcej czterodniowy wyjazd. Talerzyki, kubki, sztućce, klapki pod prysznic, kapcie do chodzenia po oddziale, bielizna (obszerna i łagodna w kontakcie z ciałem – bawełna czysta, żadnych tam stringów :)), którą założycie i tak po dwóch minimum dobach w szpitalu ale która da Wam drogie Panie spory komfort psychiczny… Doropha nauczona doświadczeniem wrzuciła sobie do torby także małą kosmetyczkę, co jak się okazało było doskonałym pomysłem, bo babka saute nie czuje się tak dobrze, jak babka ze zrobionym okiem i podciągniętą brwią. Bardzo to podnosi samoocenę a wszystko, co pozwoli na moment zapomnieć o wiszącym brzuchu (spokojnie, skurczy się z czasem), nabrzmiałych piersiach i bolącym tyłku jest zaiste w cenie. Niestety, czasem potrafi kobietę dopaść ostra poporodowa dolina, z którą można próbować powalczyć takimi to prostymi ale dla kobiety dosyć istotnymi sposobami.

Doropha zrobiła tym razem też coś, co było pomysłowe i niegłupie – zadbała o dokumentację medyczną przebiegu ciąży. OK, każdy potrafi wsadzić kilka kartek do teczki ale cały knyf polegał na tym, że ładnie to sobie wszystko żonka posegregowała, powkładała w koszulki, poopisywała i w izbie przyjęć na pierdoły (czyli papierki) poszło stosunkowo niewiele czasu. To dosyć istotne, gdy skurcze wykręcają Ci kręgosłup…

W efekcie wyszło nam coś takiego :)

OK, na koniec kilka przydatnych rad dla przyszłych mam, co to pierwszy raz:

  • Szkoła rodzenia to jest świetny pomysł. Nawet jeśli niezbyt się o tych wszystkich technikach relaksacyjnych podczas porodu pamięta, to i tak pozostaje pewne oswojenie z materią, co pozwala jakoś zawalczyć z paniką. Faceci mają brać udział w zajęciach obowiązkowo! Mam wrażenie, że to głównie dla nich w ogóle takie zajęcia wymyślono. Inny plus takich zajęć – oswoicie się z instytucją położnej, dowiecie się jak z nią rozmawiać, jak jej komunikować, że plecy napieprzają i trza by ułożenie zmienić i takie tam inne. Bardzo polecam takie zajęcia…
  • Upewnijcie się, że położna, z którą umówicie się na rodzenie (zadbanie o położną przed porodem to naprawdę doskonały pomysł) jest babką, która potrafi coś w szpitalu zdziałać. Niestety nasz kochany katolicki i prorodzinny kraj rżnie jak może służbę zdrowia a porodówki już szczególnie, w wyniku czego całkiem prawdopodobne jest, że jeśli akurat traficie na zmasowany atak urodzin, po prostu nie będzie dla Was miejsca i zostaniecie odesłane z kwitkiem. Wtedy przebojowa położna potrafiąca coś załatwić naprawdę się przyda.
  • Całkiem dobrym pomysłem jest przy wybieraniu sobie lekarza przeprowadzającego przez okres ciąży kogoś, kto pracuje w szpitalu, w którym chcecie rodzić i najlepiej gdy jest jeszcze tam jakąś szyszką. Owszem, wizyty będą pewnie droższe (tak funkcjonuje nasze państwo, nie ja to wymyśliłem) ale naprawdę nie trzeba umawiać się z takim lekarzem na poród i płacić mu za obecność przy porodzie jakichś kolosalnych sum – inni lekarze też są kompetentni i znają się zazwyczaj na swojej robocie bardzo dobrze i bez problemów poród odbiorą. Tu raczej chodzi o to, że feudalne stosunki w naszej służbie zdrowia opierają się na mocy nazwiska i jeśli traficie na izbę przyjęć z kartą ciąży, pod którą będzie widniało odpowiednie nazwisko, o resztę możecie być raczej spokojne drogie Panie. Ten system działa w glorii i chwale naszego prawa więc trzeba z niego korzystać czy się chce, czy też nie.
  • Poród to bolesna i krwawa sprawa. Radzę facetom stawać przy łóżku, na którym rodzi kobita od zawietrznej czyli od strony głowy :). Serio, tam w dole dzieje się rzeź i jeśli jesteś wrażliwym, kochanym, wspaniałym mężczyzną takim jak ja – oszczędź sobie widoku tej masakry. Za to bardzo, bardzo, bardzo dzielnie trzymaj się przy przecinaniu pępowiny. Mnie przy Majce nieco zamroczyło z przejęcia…
  • Drogie Panie – pamiętajcie, że dla faceta to też wielkie przeżycie. O ile na codzień jesteśmy zazwyczaj leniwymi matołami nie potrafiącymi lub niechcącymi się zajmować tak upierdliwymi rzeczami, jak dzieci czy sprzątanie wokół nich, tak w te dni dostajemy zazwyczaj nagłej łaski i olśnienia i bierzemy się do roboty. Przeżywamy poród może nie tak, jak Wy ale mimo wszystko przeżywamy więc proszę, wybaczcie facetom, że czasem zapominają języka w gębie, nie potrafią pocieszyć tak, jak bohaterowie Harlekinów, że z nadmiaru chęci coś czasem spieprzą lub w wyniku trzęsienia się rąk z przejęcia coś czasem upuszczą (spokojnie, dziecka na pewno nie upuszczą ale kubas z kawą potrafi wylecieć z łap tak całkiem samoistnie).

Ot i wszystko. Jeśli macie jakieś pytania do Doroty – piszcie, pytajcie, ślijcie maile. Jeśli jakiś facet ma pytanie do mnie – piwo przyjmuję całą dobę. Po konsumpcji okaże się, czy odpowiem :)

, ,

14 odpowiedzi do Gucio w domu czyli howto dla rodzących

  1. Corni Wrzesień 29, 2009 o 07:58 #

    No nareszcie, bo zagladam tu co pół godziny! :) :) :)
    Rany jaki on do Majki podobny (przynajmniej na razie) – cudnosci!!!!!
    Buziaki od naszej czwórki

  2. przemekspider Wrzesień 29, 2009 o 09:58 #

    Odważne, ale piękne!

    Szczere gratulacje od ojca dwóch chłopaków dla całej Twej ferajny.

  3. Raccoon Wrzesień 29, 2009 o 10:30 #

    Gratulacje!
    Szzególnie pozdrawiam jako że też urodziłem się 24 września :)

  4. pemmax Wrzesień 29, 2009 o 21:44 #

    Powiem WOW. Zanotowałem skrupulatnie coś napisał i przekażę to dalej (Kasia czyta wszystko o porodach co wpadnie je w łapki).
    Jak sobie analizuję, to chyb będę szedł łeb w łeb z tym co piszesz. Już mam papier z zaliczenia szkoły rodzenia, lekarz pracuje w szpitalu, położnej brak, ale e prowadzące szkołę przewijają się przez oddział. Poród rodzinny u nas jest bezpłatny więc ja nie narzekam na katolicki kraj ;-)

    Gratulacje dla Was i proszę o cotygodniowy raport z poczynań przy Guciu. RSS rozgrzewam na twoje stronie i przyznaję, że z przerażeniem patrzę na to co wydarzy się za kilka tygodni (bosze to jużżżż).

    Gratulacje!!! Ponad 4 kilo człeka no no. Żonie należy się palto z norek jak nic ;-0

  5. matipl Wrzesień 30, 2009 o 08:57 #

    Ja dodam od siebie, że nie każdy poród trwa 10 minut ;) I lepiej nastawić się, że można „rodzić” i 12h.
    Popieram, szkoła rodzenia to miejsce gdzie warto być. Poza how-to w szpitalu mówią np. jak kąpać takie maleństwo, dbać o pępuszek itp.

    I co do bycia przy porodzie, w końcu to i dziecko faceta, więc MUSI być Panowie i koniec ;)
    Mi tam się podobało, trochę jak „Ostry dyżur” :D tylko w zwolnionym tempie.

  6. ciotka's eleni Wrzesień 30, 2009 o 10:16 #

    Akuniu, swietnie to opisales, nic dodac nic ujac. Co to za slady na buzi Gutka?

  7. Andrzej Wrzesień 30, 2009 o 14:36 #

    Tyle czekania na ten wpis i tylko 2 zdjęcia – skandal :) Ale Gutka masz super-synek śliczny. Gratulacje dla małżonki za te 4 kilo.
    Porady jak najbardziej cenne i przydadzą się wkrótce – w styczniu będę przerabiał to samo, no chyba że się synek pospieszy to czekają nas ciekawe święta/sylwester, więc przyłączam się do prośby pemmaxa o cotygodniowe raporty, które na pewno się przydadzą.

  8. krzychu Październik 1, 2009 o 08:15 #

    Mamie i Guciowi – wszystkiego, co najlepsze, a nade wszystko Bożego Błogosławieństwa!

    ps.
    CoSta — kurdeczka: dajesz rady (przyszłym) mamom?! Daj je raczej przyszłym ojcom :)

  9. CoSTa Październik 1, 2009 o 08:32 #

    Corni
    Dzięki ciotka! Faktycznie, toczka w toczkę mała Majka. Nie wiem, czy to dobrze :)

    Przemekspider, Racoon
    Dzięki!

    pemmax
    Jak znam Dorophę to zamiast norek wolałaby pewnie gazylion książek do przeczytania. No nic, jak się od finansowego dołka w końcu odbijemy, to czemu nie :). A pisać o Guciu pewnie będę co jakiś czas bo strasznie to jest pocieszne stworzenie a żarłoczne, że trudno bardziej :)

    matipl
    Fakt, rodzenie to czasem bywa ekstremalny sport potrafiący trwać godzinami. Na szczęście w naszym przypadku Doropha okazała swoją wschodnią moc i babskość co się zowie. Kurczę, babki ze wschodu jakieś do rodzenia bardziej przystosowane albo mi się tylko wydaje :)

    ciotka’s eleni
    A to rumień, który wziął i się był pojawił (już sobie poszedł) no i zadrapania, które młody sobie sam porobił próbując wsadzić sobie w paszczę łapy w zastępstwie cycka. Teraz ma na ręce wsadzane rękawiczki takie specjalne by sobie pyska nie orać. Ot po prostu łapczywy strasznie i nienażarty jest :)

    Andrzej
    No niestety – monitor mi strzelił i nie ma na czym tych zdjątek obrobić. Może kiedyś sobie coś kupimy a póki co czeka mnóstwo materiału (mam jeszcze fotki z wakacji nieobrobione :/). Raporciki? Kurczę, w sumie niezły pomysł…

    Krzychu
    Ogromne, ogromne dzięki! Rady przyszłym mamom daje zza ramienia Doropha. Wstydliwą mam niewiastę niestety i muszę sam w jej imieniu…

    • btd Październik 1, 2009 o 14:48 #

      I co, te łapki działają? Ja podobno wszystkie w parę minut ściągałem :)

  10. Piotr / savek Październik 2, 2009 o 21:28 #

    Boże nie strasz tak :) Bo choć jeszcze nie mam o co, to może niebawem będę umierał ze strachu ;)

    Jeszcze raz gratuluje :))))))

  11. mikamikamika Październik 22, 2009 o 23:13 #

    wpisujac w google „porodowka polna”, czyli miejsce gdzie pracuje, trafilam na ta stronke. strasznie milo przeczytac, ze ktos cieplo o nas potrafi napisac..
    Gratuluje Super Gutka!

    • CoSTa Październik 23, 2009 o 08:15 #

      Ależ… Cała przyjemność po naszej stronie! Co najwyżej możemy tylko jeszcze raz ogromnie podziękować składowi porodówki i ogromnie poprosić o przekazanie gorących pozdrowień. Wykonujecie ciężką ale chyba piękną pracę. I kurczę wykonujecie ją dobrze! To chyba jest najważniejsze i prosimy – oby tak dalej!

      • mikamikamika Październik 23, 2009 o 17:05 #

        Nie ma za co dziekowac, cala przyjemnosc po naszej stronie. Praca ciezka, ale nic innego nie daje takiego MEGA efektu jak to co robimy:)Polecamy sie na przyszlosc;)

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Tato, komputer mi nie działa!

Disclaimer: od jakiegoś czasu mniej lub bardziej (niestety raczej mniej ale to się zmieni, obiecuję) intensywnie pisuję do Mojego jabłuszka....

Zamknij