Fajny film oglądaliśmy. Momenty były!

Zostaliśmy total­nie zdo­mi­no­wani przez Gutka. Blog prak­tycz­nie prze­stał żyć a sama myśl o tym, by siąść i napi­sać coś cie­ka­wego po całym dniu sprzą­ta­nia, mycia, pracy i czasu pły­ną­cego mię­dzy pal­cami po pro­stu odrzuca. Miałem moment wczo­raj, w któ­rym się­gną­łem po net­bo­oka gotowy skre­ślić kilka słów o faj­nym doku­men­cie, jaki oglą­da­li­śmy z Dorophą ale po pro­stu mnie przy­blo­ko­wało. Zamknąłem dra­nia, odpa­li­łem Dooma na iPhone i po pro­stu roz­wa­la­łem cie­sząc się z tych kilku chwil, w któ­rych nie trzeba myśleć i cią­gle się czymś przej­mo­wać. Nie mam poję­cia jak Doropha to wszystko wytrzy­muje ale jakiś pomnik muszę jej ule­pić. To pewne.

Ad rem. Oglądaliśmy bodajże w nie­dzielę świetny doku­ment na TVN Style (o dziwo — cał­kiem sen­sowna oferta pro­gra­mowa dla kobiet ale zda­rzają się i rodzynki dla face­tów), któ­rego tytułu już nie pamię­tam ale który był o tym, co nas aktu­al­nie naj­bar­dziej absor­buje — o macierzyństwie/tacierzyństwie i o tym wszyst­kim, co dzieje się po uro­dze­niu dziecka. Z tym że był to jeden z tych doku­men­tów, które patrzą na cały pro­ces od dru­giej, tej mniej nagła­śnia­nej strony.

Utarło się twier­dze­nie, że dziecko to naj­więk­sze dobro, jakie może spo­tkać dwoje kocha­ją­cych się ludzi. Czy aby na pewno? Cały doku­ment był poświę­cony tej mniej zna­nej, mniej nagła­śnia­nej stro­nie posia­da­nia potom­stwa — o wpły­wie, jaki wywo­łuje poja­wie­nie się dziecka na życie dwojga ludzi. Konkluzja wstępna: jest nisz­czy­ciel­ski!

Oglądaliśmy z Dorophą doku­ment, pod­czas emi­sji któ­rego głowy same nam się kiwały by potwier­dzić to, co pre­zen­to­wane tam pary mówiły. Pojawienie się dziecka to dla związku rewo­lu­cja, kom­pletna zmiana, totalne prze­krę­ce­nie i prze­kre­śle­nie dotych­cza­so­wego życia, wyeli­mi­no­wa­nie drob­nych przy­jem­no­ści (o tych więk­szych nawet nie ma co wspo­mi­nać)… To tor­nado, które wywróci, prze­ni­cuje, wypluje, wchło­nie i znów wypluje potężną dawkę obo­wiąz­ków, stresu, zmar­twień, wydat­ków, kolej­nych obo­wiąz­ków, jesz­cze odro­biny stresu a na koniec i tak jesz­cze dorzuci nieco zmar­twień na dokładkę. Wszechobecne zmę­cze­nie, wywo­łane nim otę­pie­nie, brak chęci na jaką­kol­wiek aktyw­ność wią­żącą się z wydat­ko­wa­niem ener­gii ponad tę potrzebną na spra­wo­wa­nie opieki… Widzę swoją żonę (a Gucio jest absor­bu­jący, oj jest absor­bu­jący jak dia­bli), widzę jej potworne zmę­cze­nie i znu­że­nie i sta­ra­jąc się jej jakoś pomóc sam łapię się na chęci po pro­stu leże­nia i nic­nie­ro­bie­nia. Stres, który przy tym wszyst­kim się two­rzy jest POTWORNY! Czasem cho­dzę nabu­zo­wany jak szyb­ko­war na ostrym ogniu i tylko szu­kam oka­zji, by jakoś pary upu­ścić. Kończy się to w oczy­wi­sty spo­sób — wku­rzam wszyst­kich i wszystko (łącz­nie z kotem), mam chęć cza­sem gryźć i zabi­jać a cza­sem dla odmiany pła­kać. Mam chęć zro­bić wszystko, by jakoś tego stresu się pozbyć.

Z Dorotą jest nie lepiej — całe to gada­nie o uro­kach macie­rzyń­stwa można mię­dzy bajki wło­żyć, kiedy Twój dzień ogra­ni­cza się do pobudki o jakiejś sza­lo­nej poran­nej godzi­nie i od tego momentu jesteś słu­żącą dla swo­jego dziecka. Gorzej, że nie masz cza­sem poję­cia, co powo­duje płacz, wner­wie­nie i krzyk małego. Nie jesteś w sta­nie tego ogar­nąć, nie rozu­miesz, nie możesz się z tym małym zwie­rząt­kiem poro­zu­mieć… Naprawdę nie mam poję­cia jak ona to wytrzy­muje. Mnie po pro­stu zaczyna bra­ko­wać cier­pli­wo­ści, dener­wuję się a mały natych­miast to wyczuwa i tak nakręca się wza­jemna spi­rala masakry.

O tym wszyst­kim (i o wielu innych spra­wach) był ten pro­gram. Życie sek­su­alne? Jakie życie sek­su­alne! Zapomnij na naj­bliż­sze mie­siące! Kultura? Wyjście do kina? Rozmowa o czymś innym, niż dziecko… To wszystko ginie w natłoku potrzeb i żądań małego czło­wieczka, który absor­buje Cię total­nie. To wszystko było w tym pro­gra­mie powie­dziane a cza­sem ogromna gorycz, jaka wyle­wała się z ekranu aż pora­żała. Ale — ot kunszt reali­za­tor­ski — dawało się ją zro­zu­mieć! Świetny doku­ment, który obna­żył wiele aspek­tów posia­da­nia dzieci, na które rodzice po pro­stu nie są przygotowani.

To, co mnie roz­wa­liło, to koń­cówka doku­mentu i kolejny powód do kiwa­nia gło­wami. Na pyta­nie, czy jed­nak warto te dzieci mieć, chyba wszyst­kie przed­sta­wione pary zgod­nie odpo­wie­działy jedno: warto! Nam wystar­czy spoj­rzeć na sze­ścio­let­nią już Majusię, którą kochamy nad życie i bez któ­rej po pro­stu nie wyobra­żamy sobie oby­dwoje już świata, by dokład­nie i dogłęb­nie wie­dzieć, co ci ludzie mieli na myśli. Niczego tak bar­dzo nie warto, jak mieć dziecko. Jedna z kobiet pięk­nie powie­działa, że dzieci są dopeł­nie­niem naszego ist­nie­nia na tej pla­ne­cie, że to ostatni ele­ment ukła­danki, po uło­że­niu któ­rego można powie­dzieć, że to wszystko ma sens i jakiś kie­ru­nek. Bo tak wła­śnie jest — to jest ów ulti­mate goal, do któ­rego dążymy poga­niani wymo­gami natury i ewo­lu­cji. I nie zro­zu­mie się tego, dopóki nie będzie się dziecka trzy­mało w swo­ich ramio­nach i nie będzie się oglą­dało jego roz­woju, nie będzie się na ów wpły­wało i nie będzie się widziało, jak z małego zwie­rzątka dewa­stu­ją­cego Twoje życie, staje się ten mały czło­wie­czek kimś Tobie najbliższym.

Przepiękny choć pro­sty doku­ment o rze­czach naj­bar­dziej przy­ziem­nych a prze­cież sta­no­wią­cych esen­cję pro­cesu zwa­nego macie­rzyń­stwem. Szkoda, że to sta­cje pry­watne muszą takimi tema­tami się zaj­mo­wać a nie tele­wi­zja publiczna. No ale do tego był czas się przy­zwy­czaić

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

5 Komentarzy do “Fajny film oglądaliśmy. Momenty były!”

  1. monsun 26/10/2009 do 10:14 # Odpowiedz

    Mamy z żoną tak samo. Męczę się strasz­nie gdy muszę zostać dłu­żej w pracy i wiem że tam, w domu, moja ład­niej­sza połowa wal­czy z dwoma małymi potwo­rami. Ktoś (nie pamię­tam kto) powie­dział: miłość do dziecka jest w tedy, gdy jed­no­cze­śnie chcesz je przy­tu­lić i udusić.

  2. btd 26/10/2009 do 10:24 # Odpowiedz

    Wypas wpis.

    Dobrze ują­łeś wszyst­kie moje obawy zwią­zane z kolej­nym etapem.

    I faj­nie że są pro­gramy demi­to­lo­gi­zu­jące rodzi­ciel­stwo, szkoda tylko że u nas mało się prze­bi­jają przez w dupy wyjęte stereotypy.

  3. krzychu 28/10/2009 do 17:40 # Odpowiedz

    phi! czy trzeba oglą­dać doku­ment, aby potwier­dzić to, co się wie samo z sie­bie ;P
    Dziecko to 3 lata wyjęte z życio­rysu na star­cie. A potem jest już tylko … ina­czej! W grun­cie rze­czy to jedna wielka ssawka kasy — dziecko to poważna inwe­sty­cja roz­cią­gnięta na przy­naj­mniej kil­ka­na­ście lat.
    A co w zamian?
    To, co napi­sa­łeś w ostat­nim aka­pi­cie.
    I to jest aku­rat prawda.

    • CoSTa 29/10/2009 do 08:55 # Odpowiedz

      „phi! czy trzeba oglą­dać doku­ment, aby potwier­dzić to, co się wie samo z sie­bie ;P”

      Niektórzy są jesz­cze przed eta­pem „mamy dzie­ciaka” i faj­nie by było, gdyby wcze­śniej się o tym jak wygląda macie­rzyń­stwo dowia­dy­wali, zanim się na dziecko zde­cy­dują bo póź­niej może docho­dzić do róż­nych nie­faj­nych rze­czy. Tak jak to napi­sał btd — demi­to­lo­gi­za­cja rodzi­ciel­stwa ma pro­blem z prze­bi­ciem się przez hura­op­ty­mi­styczne zało­że­nie, że mieć dzieci jest faj­nie. Otóż nie zawsze i nie dla wszyst­kich. I to jest także prawdą, czy Ci się to podoba, czy też nie.

    • btd 29/10/2009 do 11:25 # Odpowiedz

      Dokładnie, nie wszy­scy są tak sta­rzy że mają 2 dzieci.

      Lepiej być uświa­do­mio­nym niż zro­bić a potem jakoś będzie. Bo fak­tycz­nie, może jakoś być, a może być do dupy.

Dodaj komentarz