Zmartwychwstanie? Chyba jeszcze nie.

Ano tak, blo­ga­sek zaległ odło­giem a ja czuję się w obo­wiązku powia­do­mić, dla­czego tak się ostat­nio dzieje, że tu się wła­ści­wie nic nie dzieje. W sumie całość wywodu można spro­wa­dzić do jed­nego słowa: dzieci. Obydwa nasze szkraby ostat­nio mocno dały się nam we znaki (zna­czy Dorocie szcze­gól­nie, ja ucie­kam jak tylko się da naj­da­lej od oko­ło­dzie­cio­wych obo­wiąz­ków), a że są rze­czy ważne (blog) i waż­niej­sze (piwo… eee… dzieci oczy­wi­ście) to i mamy prze­stój na stro­nie. A tak w tele­gra­ficz­nym skrócie:

  • da Majek sie­dzi już trzeci tydzień w domu wal­cząc z jakimś prze­wle­kłym zapa­le­niem gar­dła, oskrzeli czy czego tam innego. W zeszły czwar­tek jed­nak młoda zafun­do­wała nam istne trzę­sie­nie ziemi, po któ­rym cały dzień cho­dzi­łem na wstecz­nym biegu i wylu­zo­wa­łem dopiero w pią­tek wie­czo­rem. Co się stało? A to, że w czwar­tek nasza pani dok­tor Queen rzu­ciła podej­rze­nie, że Majce dziać się może zapa­le­nie płuc. Info nas po pro­stu zmro­ziło a Dorophę pod­ła­mało. Aby usta­lić, czy fak­tycz­nie mamy do czy­nie­nia z zapa­le­niem, czy też może czymś wyjąt­kowo wred­nym, na pią­tek wie­czo­rem mie­li­śmy się sta­wić w szpi­talu coby strze­lić mło­dej fotkę x-rayami i spraw­dzić, co się w tych płu­cach wyczy­nia. Wróciłem więc w pią­tek sko­nany z roboty (mia­łem straszną jazdę, w sumie zwy­cza­jowo w piątki), zja­dłem conieco, wpa­ko­wa­łem małą do tak­sówki i jazda do szpi­tala. Na izbie przy­jęć zoba­czy­li­śmy obraz bli­ski Sodomy i Gomory w jed­nym — MNÓSTWO dzie­cia­ków kasz­lą­cych, pry­cha­ją­cych, ledwo zipią­cych. To się nazywa dro­gie dzieci „grypa sezo­nowa” i jest o wiele więk­szym skur­wy­syń­stwem, niż tak bar­dzo medialna i tak bar­dzo pro­mo­wana w imię wyda­nia kil­ku­set milio­nów publicz­nych zło­ci­szy grypa so cal­led „świń­ska” czy jaką tam jesz­cze wymy­ślą. Na to żaden z sze­rzą­cych panikę kon­cer­nów far­ma­ceu­tycz­nych szcze­pionki ni lekar­stwa sen­sow­nego nie wymy­ślił ale że zaro­bić trzeba… Anyway, strze­li­li­śmy fotkę i się oka­zało, że da Majek płuca ma czy­ste, nie pali, tabaki nie wciąga i można dzie­ciaka zosta­wić na kolejne tygo­dnie w domu bez potrzeby bra­nia pod kro­plówkę czy robie­nia innych zastrzy­ków. Odetchnęliśmy bar­dzo. Bardzo bar­dzo. Przebardzo!
  • Gucio oka­zuje się być cho­le­ry­kiem. A kon­kret­niej: ma pory, kiedy po pro­stu musi drzeć ryja bo ina­czej dia­bli wie­dzą, co się wyda­rzy. Więc drze tego ryja ile wle­zie, szlag go tra­fia aż robi się czer­wony jak burak, napina się tak, że nie­je­den kul­tu­ry­sta pozaz­dro­ściłby twar­do­ści mię­śni a sku­tek jest taki, że już jedną prze­pu­klinę mamy — pęp­kową. Ponoć nie ma się czym przej­mo­wać i „to się wchło­nie” ale dzie­ciak dziw­nie wygląda w oko­li­cach pępka a nie mam poję­cia jak ma się wchło­nąć coś, co wyla­zło przez napady wście­kli­zny mło­dego. Uspokoiłbym się, gdyby „się mu wchło­nęły” te jego napady. Gorzej, że pod tym wzglę­dem jest strasz­nie podobny do mnie — szlag go trafi a po jakimś dłuż­szym lub krót­szym cza­sie wszystko mija jak ręką odjął i uśmie­cha­ją­cego się mło­dego aż chce się zjeść bo taki jest słodki, tłu­ściutki i śliczny jak z obrazka. Do czasu kolej­nego prze­kształ­ce­nia w bestię. Ot Gucia źle nazwa­li­śmy. Powinien mieć na pierw­sze Jekyll a na dru­gie Hyde. Albo odwrotnie.
  • Doropha jest wykoń­czona. Zmęczona potwor­nie, zbo­lała, zestre­so­wana i w ogóle mały potwór zmie­nił mi żonę w robota usłu­go­wego dla owego potwora. Mądre głowy gadają, że „to się wyrówna” a ja mam ogromną prośbę do owego „wyrów­na­nia” — przy­bądź prędko bo mi z żony nic już nie zostanie.
  • Ja sta­ram się zmy­kać i umy­kać jak tylko mogę. Gutka pod­czas napa­dów szału nawet nie doty­kam bo młody zmie­nia wtedy barwę z soczy­ście pomi­do­ro­wej na soczy­ście bura­czaną z ten­den­cją do fio­letu a ja czuję fale anty­pa­tii, zło­ści i życze­nia śmierci w jed­nym. Staram się poma­gać ale szcze­rze mówiąc po całym dniu w robo­cie z póź­niej­szą codzienną rutyną kąpieli, buja­nia, nosze­nia itd. powoli chyba dostaję na łeb i coraz bar­dziej zasta­na­wiam się, czy nie ogło­sić Dorophy świętą. Za stary już chyba jestem na małe dzieci, zbyt szybko szlag mnie tra­fia a cier­pli­wość to cnota, która gdzieś mi umknęła. Muszę nad tym popra­co­wać. Zdaje się, że dobrym reme­dium na chwile zwąt­pie­nia byłoby wysko­cze­nie z kum­plami na piwo dla nabra­nia skrawka cho­ciaż dystansu i lek­kiego wylu­zo­wa­nia atmos­fery. No nic, coś muszę w tym tema­cie przed­się­wziąć. I to szybko.

Poza tym nie­stety codzienna rutyna i wyni­ka­jąca z tego nuda, która total­nie demo­luje pro­duk­tyw­ność. Mam jakieś fotki do obro­bie­nia, jakieś tek­sty do napi­sa­nia, jakieś pro­gramy do pote­sto­wa­nia… Później. Kiedyś. Nie teraz. Teraz jestem zmęczony…

, , , ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

6 Komentarzy do “Zmartwychwstanie? Chyba jeszcze nie.”

  1. mam Wula 16/11/2009 do 16:48 # Odpowiedz

    Kostas! Odwagi i wytrwałości!Pomyśl że ja to prze­szłam i żyję.Co prawda MOJA PSYCHIKA ZOSTAŁA MOCNO ZWICHROWANA CO DAJE SIĘ ODCZUĆ W CODZIENNYCH KONTAKTACH,NIEMNIEJ JESTEM W CAŁOŚCI I JAKOŚ FUNKCJONUJĘ. oDNO­ŚNIE DOROTKI TO JA JUŻ OD DAWNA UZNAŁAM JĄ ZA ŚWIĘTĄ JEDNAKŻE Z INNEGO POWODU NIŻ OPIEKA NAD DZIEĆMI. JEJ ŚWIĘTOŚĆ WYNIKA Z FAKTU ZNOSZENIA TWOJEGO CHOLERYCZNEGO CHARAKTERU O CZYM JAKO TWOJA MATKA WIEM NAJLEPIEJ.NABIERZ WIĘC SZACUNKU DLA SWOJEJ MAMY ZA MĘKĘ KTÓRĄ PRZESZŁA BY WYCHOWAĆ CIĘ NA LUDZI. GENERALNIE JEST DOBRZE CAŁUSKI MAMA WULA

    • CoSTa 17/11/2009 do 09:34 # Odpowiedz

      Yay, mam­cia, po lewej stro­nie kla­wia­tury masz taki kla­wisz, co się nazywa CapsLock — się go wci­śnie raz, to wszyst­kie literki wpi­sy­wane są wiel­kie, się go wci­śnie drugi raz to wszystko wraca do normy. Wciśniesz? :)

      A tak poza tym to respekt dla moich rodziców!

      • btd 17/11/2009 do 10:08 # Odpowiedz

        Hahaha, i chyba o tym Twoja mama wła­snie mówiła. Ale heh, widzę że z moją mogłaby sobie rękę podać :D

  2. Biter 16/11/2009 do 17:50 # Odpowiedz

    Niezły cyrk macie. Życzę cier­pli­wo­ści, bar­dzo dużo cier­pli­wo­ści… kie­dyś to musi minąć :)

  3. brocha 17/11/2009 do 00:58 # Odpowiedz

    to mija, ale to kosz­mar — potwierdzam

  4. CoSTa 17/11/2009 do 09:36 # Odpowiedz

    Ano, pew­nie to minie tak jak pra­wi­cie pano­wie. Czy nie mogłoby to minąć już? :)

Dodaj komentarz