Objawy:
- gapienie się tępe w monitor
- rozdziawianie szerokie paszczy aż po same migdałki i wydawanie dźwięku „łłłuuuueeeeechhhh”
- wyjazd biodrami ostro do przodu w poszukiwaniu pozycji zbliżonej do horyzontalnej
- wykorzystanie elementów otoczenia takich jak kręcący się fotel do samobujania się
- luźne oparcie nadgarstków o klawiaturę i wyczuwalny powiększający się bezwład w ramionach
- w tle lecące Nevertize od The Core w celu budowania odpowiedniego nastroju
Rozpoznanie:
- kryzys aka mam już kur*** dość, dajcie mi wszyscy święty spokój i pocałujcie mnie w du*** — chcę do domu!
Leczenie:
- zebranie tyłka w troki, kopnięcie komputera w komputerowe krocze i lot koszący do domu wprost pod kołderkę
Ano, dopadł mnie dziś kryzys. W ciągu ostatnich czterdziestu minut patrzyłem się tępo w monitor i próbowałem zmobilizować się do zrobienia czegokolwiek związanego z pracą. Wszystkie czynności z pracą nie związane wykonują się wręcz same ale jeśli tylko mam choćby zahaczyć o pracową tematykę, nagle wyrasta bariera nie do pokonania. Ot magia jakaś czy inna cholera.
Urlop wzięty. Od 21-go do Świąt siedzę w Jeleniej Górze gdzie mam nadzieję spotkać kilku znajomków z liceum, uwalić się przykładnie, pochwalić wagą mojego potomka wpędzając ich potomków w kompleksy, nie chwalić się swoją wagą by nie wpaść samemu w kompleksy i — nareszcie! — spojrzeć na góry, których mi w Poznaniu brakuje bardzo. Córę pewnie wezmę do Szklarskiej gdzie być może naśnieżą so called oślą łączkę i gdzie być może wreszcie uda się Majce kilka saneczkowych zjazdów zaliczyć.
A póki co czekam do fajrantu i realizuję leczenie na moją kryzysową przypadłość.








Gdybyś w jakimś ludzkim terminie zajechał, to bym się kopnął do Jeleniej. Ale przed świętami mogę zapomnieć, żona by mnie ze skóry obdarła.
Chciałem wziąć solidny urlop aż do nowego roku ale niestety, nie dane mi było. A kurczę napiłbym się wreszcie Byte w dobrym towarzystwie. Jakoś trzeba w końcu flaszkę i kilka piw zrobić bo nam dzieciaki dorosną i je w cholerę wypiją :)