Pojechaliśmy, zjedliśmy, nie przytyliśmy

I wró­ci­li­śmy wczo­raj z pra­wie tygo­dnio­wego wypadu do Jeleniej Góry z oka­zji oczy­wi­ście świą­tecz­nej. Plany mie­li­śmy wiel­kie, listę todo­sów pełną a życie zwy­cza­jowo wszystko zwe­ry­fi­ko­wało i podało nam po swo­jemu i lekko al dente.

Zaczęło się już w dniu wyjazdu, kiedy to Doropha pod­nio­sła dosyć istotną rodzinną kwe­stię: kinol Gutka jakiś taki sią­piący jest. Jako że dobro mło­dego ponad wszystko — bab­cia Wula, która przy­je­chała spe­cjal­nie po nas, wzięła sobie dzień wol­nego na żąda­nie i umy­śli­li­śmy, by jechać w ponie­dzia­łek, kiedy to być może kinol Gutka ustali w którą stronę zmie­rza — czy w stronę sika­nia sma­rami na lewo i prawo, czy też może w jakieś nieco bar­dziej suche regiony. Się oka­zało, że powinno być OK więc wsie­dli­śmy w wysłu­żony już nieco samo­chód i ruszy­li­śmy z kopyta do Jeleniej Góry. Zapakowani byli­śmy niczym ci Cyganie — po sam dach i z zapa­sem rze­czy na mie­siąc z okła­dem. Ale jako się rze­kło plany takoż były bogate we wra­że­nia: mie­li­śmy mię­dzy innymi śmi­gnąć do Szklarskiej Poręby i poka­zać da Majkowi jak śnieg wygląda oraz jak się na san­kach zjeż­dża bo prze­cież z kli­ma­tem nam się nic nie dzieje i to wcale nie prawda, że coś nam się ocie­pla. Efekt tej nie­prawdy jest taki, że młoda przez sześć lat swo­jego życia śnieg widy­wała spo­ra­dycz­nie a na san­kach nie jeź­dziła chyba ni razu. Koszmar nie dzieciństwo…

Anyway, poje­cha­li­śmy. Na miej­scu udało mnie się jesz­cze spo­tkać z kil­koma zna­jom­kami z liceum (hi Rutensy, hi Asia, hi Leon!) ale to był łabę­dzi śpiew mojej świą­tecz­nej aktyw­no­ści. Następnego dnia jak mnie nie ścięło kata­rzy­sko… Reszty może­cie się domy­ślić — ści­nało po kolei wszyst­kich i to przy samej ziemi. Najgorzej ma oczy­wi­ście Doropha, która z racji kar­mie­nia nie może przy­jąć żad­nej sko­ma­so­wa­nej dawki leków a naj­le­piej o dziwo trzyma się nasza zazwy­czaj mocno cho­ro­wita Majusia, która tro­chę nosem pocią­gnęła i to w sumie wszystko, co ją złego ze strony wiru­sów spo­tkało. Wyjeżdżając zosta­wia­li­śmy kona­ją­cych dziad­ków i bab­cie oraz mocno osła­bioną cho­inkę. Do osła­bie­nia jele­nio­gór­skiej lodówki rąk przy­ło­ży­li­śmy już my sami i nie możemy zwa­lać na cham­skie wirusy.

Wigilia się odbyła asep­tycz­nie, mało wylew­nie i w towa­rzy­stwie licz­nych chu­s­te­czek higie­nicz­nych. Dla nie­ocze­ki­wa­nego nie­zna­jo­mego nie wysta­wi­li­śmy zastawy bo sukin­syn zakradł się w tym roku wcze­śniej i obie­rał nas z resz­tek god­no­ści fun­du­jąc nam płacz nad naszym losem strasz­nym bo cho­ro­wi­tym. Jednak wie­czoru nie można uznać za nie­udany a to za sprawą świet­nych pre­zen­tów, jakie sobie spra­wi­li­śmy. Niżej pod­pi­sany dostał dwie spa­sione gierki: Assassin’s Creed 2 (dobra jest!) i Uncharted 2 (boska jest! Już prze­la­złem leżąc w wyrze!). Doropha obło­wiła się nie­źle dosta­jąc try­lo­gię Stiega Larrsona, kupę gaci i innych bab­skich uten­sy­liów oraz wszystko, co zostało nakrę­cone w tema­cie serialu Kochane kło­poty, który wielbi wielce (42 płytki — matko, nie wiem kiedy to obej­rzymy wszystko :)). Da Majek dosta­wał pre­zenty na bie­żąco więc pod cho­inką może nie­zbyt ich było wiele ale za to były bar­dzo wycze­ki­wane. Tak, wpa­dła kolejna lala, tym razem już total­nie różowa Barbie Muszkieterka, do tego jakaś gra, która ma da Majka zapę­dzić do nauki lite­rek (o dziwo — to działa) i chyba jesz­cze jakaś drob­nica. Gucio dostał mocno bra­ku­jącą nam karu­zelkę nad wyro — ot by miał się w co wga­piać. Do tego oczy­wi­ście plu­szaki, grze­chotki i Bóg raczy wie­dzieć co jesz­cze. Dziadek Marek dostał coś pach­ną­cego i coś gra­ją­cego. Długo za tym bie­ga­łem ale w czyt­ni­kach wylą­duje mu sied­mio­od­cin­kowy serial The Blues krę­cony pod okiem Martina ScorseseWima Wendersa. Do tego dziad­kowi wpa­dli obo­wiąz­kowo jego uko­chani Stonesi (kon­cer­towo na DVD) i jakiś jesz­cze blu­esik, któ­rego nie­stety już nie pamię­tam. Babcia Wula dostała solidny zestaw wypoczynkowo-przygotowawczy. A tak, jako że eme­ry­tura nad­ciąga nie­uchron­nie, czas zapla­no­wać sobie tę podróż dookoła świata. Pomoże jej w tym Kobieta na krańcu świata (świetne fotki!), do lek­tury któ­rej bab­cia dostała ciśnie­niowy imbry­czek z róż­nymi kawami z jej ulu­bio­nego Pożegnania z Afryką. Niestety Brzozikom jakoś niczego nie udało nam się zna­leźć w Jeleniej Górze a i z racji cho­rób­ska nie za bar­dzo było kiedy bie­gać, więc rodzina brac­kiego jakoś nie­ba­wem nie­chaj się prze­syłki spo­dziewa a w niej coś sym­pa­tycz­nego na pewno się znaj­dzie. Będzie to oczy­wi­ście retor­sja na ichni pre­zent, który dostał się naszej rodzince. Otóż brat z żoną wpa­dli na pomysł, że za grubi jeste­śmy i że czas nas nieco odchu­dzić. A naj­lep­szym spo­so­bem będzie oczy­wi­ście zago­nie­nie nas przed… tele­wi­zor :). Tym spo­so­bem jedzie do nas mata do tań­cze­nia i gierka ade­kwatna. Oj poleje się potu, poleje…

Jak już wspo­mnia­łem, te święta spę­dzi­łem głów­nie w wyrze sią­piąc i kicha­jąc. O dziwo wszel­kie objawy magicz­nie zani­kały mi pod­czas gra­nia na mojej uko­cha­nej kon­soli, którą oczy­wi­ście musie­li­śmy zabrać no bo jak to tak jechać bez kon­soli… Tym spo­so­bem popchną­łem ostro fabułę w InFamous a po roz­pa­ko­wa­niu pre­zen­tów pogra­łem hard­co­rowo w Assassin’s Creed 2 i Uncharted 2. AC2 jest naprawdę dobre! Gra się bajecz­nie, świat jest bogaty a gra­fika bar­dzo dobra (choć na Xboxie ponoć zde­cy­do­wa­nie lep­sza. Eeeechhh…). No i fabuła jak na razie nie roz­cza­ro­wuje. Z tym że w AC2 pogra­łem rap­tem z cztery godzinki bo na swoje nie­szczę­ście do czyt­nika kon­soli wrzu­ci­łem Uncharted 2. I tu mały wtręt o tym, jak roz­po­znaje się gry genialne. Gry genialne mają to coś, co nie pozwoli ci na ode­rwa­nie się od pada. Mają to coś, co po prze­bu­dze­niu o szó­stej rano każe ci jako pierw­szą odpa­lić kon­solę a nad kawą czy toa­letą nie pozwali ci myśleć. Uncharted 2 to wła­śnie taka gra a nawet nie połu­pa­łem jesz­cze w multi (ponoć nie­złe)! Świetna gra­fika, dosko­nała fabuła, rewe­la­cyjny voice acting (w wer­sji pol­skiej też nie­zgo­rzej), nie­za­po­mniane, fil­mowe prze­ży­cie… Łał, jestem tym tytu­łem ocza­ro­wany po pro­stu i chylę czoła przed twórcami.

Jednak nie samym gra­niem czło­wiek żyje. Jak się oka­zuje — ma też dzieci. A dzieci muszę przy­znać mamy cudowne, cier­pliwe i wyro­zu­miałe dla sła­bo­stek swo­jego rodzica. Z Majką możemy wcią­gać Harrego Pottera i jak się oka­zuje nie ma miej­sca na żadne stra­chy (leciała w tele­wi­zorni część z Dementorami — pretty cre­epy) w zamian jest cudowne prze­ży­wa­nie przy­gody. Piękne! Majusiu! Mam cały zestaw świet­nych fil­mów przy­go­do­wych, które razem powcią­gamy! Szykuj się młoda… Gucio też oka­zał się być gościem co się zowie. Wyjazd? Zmiana oto­cze­nia? Cztery (ponad) godziny jazdy samo­cho­dem? Who cares! Byle było co jeść a damy sobie radę! Że z nosa kapie i dychać ciężko? A kto powie­dział, że ma to prze­szka­dzać w sła­niu uśmie­chów na lewo i prawo i cza­ro­wa­niu wszyst­kich jak tylko się da? O guga­niu że już nie wspomnę…

Oj dzie­ciaki to żeśmy chyba na lote­rii wygrali. Hail to lote­ria w takim razie!

Było choro ale rodzin­nie. Było zmę­cze­nie per­ma­nent­nym zatka­niem i sią­pa­niem ale na szczę­ście nie becze­li­śmy za bar­dzo. Narobiliśmy trzody w domu ojców moich ale mają zmy­warkę. Jednym sło­wem: były straty zdro­wotne ale zyski rodzinno-prezentowe :) zde­cy­do­wa­nie je przy­sło­niły. Dzięki dziadki! Miłego po nas sprzą­ta­nia i kuro­wa­nia się :).

, , , , , ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

5 Komentarzy do “Pojechaliśmy, zjedliśmy, nie przytyliśmy”

  1. Andrzej 28/12/2009 do 11:26 # Odpowiedz

    Widzę że Stieg Larrson zago­ścił pod wie­loma cho­in­kami w te święta :) Mnie się rów­nież tra­fiła pierw­sza część i powiem szcze­rze, że pre­zent rewe­la­cyjny. Mimo, że za dużo czasu nie było na lek­turę w święta, bo w końcu jeść trzeba było i z rodzinką się spo­tkać, to książka po pro­stu czyta się sama. Mówiąc krótko — ode­rwać się nie można. Niestety po dwie kolejne czę­ści będę musiał sam się wybrać do jakie­goś empiku i zro­bię to na pewno.

    • CoSTa 30/12/2009 do 13:57 # Odpowiedz

      Ano, lek­turka gruba i ponoć świetna. Obaczym. Dorophę muszę popę­dzić do czy­ta­nia zamiast do oglą­da­nia Kochanych kło­po­tów i się za to zabieram.

  2. ciotka's eleni 28/12/2009 do 11:35 # Odpowiedz

    Dzieki za spra­woz­da­nie z Waszych swiat w Jelonce. Brak inter­netu w Twoim rodzin­nym domu spo­wo­do­wal nie­jaki dystans. Teraz jest juz OK. Moze bys dorzu­cil pare zdjec?

    • CoSTa 30/12/2009 do 13:58 # Odpowiedz

      Cioteczko kochana dziś zdjątka zrzu­cam z apa­ratu i do Was wysy­łam. Dużo tego nie­stety nie ma — same zaka­ta­rzone mordy a to jakoś nie­zbyt nastra­jało do fotografowania :)

Trackbacki/Pingbacki

  1. Tweets that mention Pojechaliśmy, zjedliśmy, nie przytyliśmy | CoSTa's Family Page -- Topsy.com - 28/12/2009

    […] This post was men­tio­ned on Twitter by CoSTa, 10przykazan.com. 10przykazan.com said: Pojechaliśmy, zje­dli­śmy, nie przy­ty­li­śmy [CoSTa’s Family Page] http://bit.ly/60E3hG […]

Dodaj komentarz