Ufff… Koniec koszmaru. Po Budmie.

Skończyło się. Nareszcie! To były jedne z naj­kosz­mar­niej­szych dwóch tygo­dni, jakie kie­dy­kol­wiek prze­ży­łem. Nawał roboty mia­łem po pro­stu kosmiczny a ter­miny to była czy­sta abs­trak­cja. W pew­nym momen­cie zła­pa­łem się na tym, że strze­lam z sie­bie pro­jek­tami z szyb­ko­ścią jakiejś nie­wiel­kiej agen­cji rekla­mo­wej. Problem w tym, że jestem jeden jedyny i nie mam tu kurna nikogo wię­cej do pomocy, co nie­stety skoń­czyło się obraz­kiem jak z kosz­maru każ­dego dete­powca czyli wska­no­wy­wa­niem pró­bek nowo­ści kolo­ry­stycz­nych (tak, ska­ne­rem biur­ko­wym za ok. 200 zyla :)) do świe­żut­kiego kata­logu i wrzu­ca­niem doń tłu­ma­czeń owych nowo­ści. Na godzinę przed deadline wyzna­czo­nym przez dru­kar­nię. Plikowanie drań­stwa to była po pro­stu mor­dęga a o korek­cie tego osiem­dzie­się­cio­stro­ni­co­wego asa mogłem tylko poma­rzyć. No i błę­dów pole­ciało w cho­lerę, za co mia­łem chyba wyle­cieć z roboty ale na szczę­ście mister pre­zes miał kupę spo­tkań i jakoś oka­zji do kop­nię­cia mnie w dupę mu nie star­czyło. I dobrze, bo bym oddał. Znacznie, znacz­nie moc­niej. Za cało­kształt i stan przy­go­to­wań do targów…

Anyway, naro­bi­łem się. Na pra­co­wego NASa za chwilę zacznę prze­no­sze­nie i indek­so­wa­nie całej tej góry danych, która po tar­gach na dysku mi się ostała. Tysiące fotek, setki tysięcy pli­ków, kil­ka­na­ście fil­mów, kil­ka­dzie­siąt giga­baj­tów danych. Z tych wszyst­kich danych szcze­gól­nie w jed­nym przy­padku jestem bar­dzo zado­wo­lony. Ano, cho­dzi o wspo­mnianą już przeze mnie swego czasu kolek­cję Brilliance. Narobiłem się przy niej po pachy i mogę rzec, że od strony wizu­al­nej to ponie­kąd moje dziecko. Owszem, i tu błę­dów sporo (w dzień sła­nia do druku dosta­łem fizyczne próbki pod­łogi i jej kolo­rów i z dziką rado­ścią stwier­dzi­łem, że skany kom­plet­nie są nie na temat :)) ale ogólne wra­że­nie było chyba dobre. Faceci na sto­isko się gar­nęli (co nie­trudno zro­zu­mieć) ale i kobitki rzu­cały hasłami, że im się podoba. Poniżej kilka fotek z eks­po­zy­cji i dwoma katalogami.

Niestety moje dziecko wyla­tuje mi z rączek i leci do jakie­goś studia/agencji, która ma zadbać o dal­szy roz­wój marki. Szkoda kur­czę bo mia­łem już dosyć kla­rowną wizję roz­woju tejże ale cóż począć, można się co naj­wy­żej cie­szyć, że sporo roboty mi z ple­ców spadło.

Jestem tymi dwoma tygo­dniami wykoń­czony. Powinienem dziś robić bóg raczy wie­dzieć jak wiele i jak szybko ale mam po pro­stu dosyć. W week­end zali­czy­łem jesz­cze trasę Poznań — Jelenia Góra — Poznań, z czego kurs powrotny wle­ką­cym się opłot­kami auto­bu­sem i szcze­rze mówiąc marzę o chwili wytchnie­nia. Siadłbym do bar­dzo zanie­dba­nego (za co bar­dzo prze­pra­szam) bloga, nagrał­bym w końcu z Opim tego cho­ler­nego pod­ca­sta, który nam się cią­gle wymyka, napił­bym się w spo­koju piwa, na tre­ning bym sko­czył jak biały człowiek…

Dupa, już dzwo­nią zła­masy. Albo urlop, albo L4. Przynajmniej dzień. Tak dla zwy­kłego wyha­mo­wa­nia. No nic, może w przy­szłym życiu :)

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

Jedna odpowiedź do “Ufff… Koniec koszmaru. Po Budmie.”

  1. Piotr / savek 26/01/2010 do 19:27 # Odpowiedz

    Wytrwałości życzę ;)

Dodaj komentarz