Blog umarł aka pierwsze da Majkas RPG ever

Masakra. Tak jed­nym sło­wem mógł­bym opi­sać to, co dzieje się w naszej rodzi­nie ostat­nio. Mnóstwo zmian, kom­pletny brak czasu na cokol­wiek, per­ma­nentne zmę­cze­nie i nie­wy­spa­nie… W sumie jest nor­mal­nie i nie dzieje się nic, czego nie można by się było spo­dzie­wać w rodzi­nie z dwójką dzie­cia­ków, z czego jedno jest cho­ro­wite a dru­gie dzie­wię­cio­ki­lo­wym nowo­rod­kiem, nie­mniej zwala się na nasz łeb coraz wię­cej a za sprawą naszych robót zarob­ko­wych — będzie tego jesz­cze wię­cej. Potrzebujemy das Urlaub (coś jesz­cze z lek­cji nie­miec­kiego pamię­tam :)) pronto! Najchętniej od dzieciaków…

OK, ale co tak wła­ści­wie się wyczy­nia? Z big new­sów — Doropha zmie­nia pracę. Pracowała dotych­czas w czymś, co nazywa się TUW Tuz i którą to pracę bar­dzo sobie chwa­liła za sprawą swo­jej prze­ło­żo­nej, która po pro­stu boską kobietą jest i basta. No nie może być ina­czej, gdy ma się kie­row­nika lubią­cego pomy­kać w gla­nach i wiel­bią­cego szi­towe hor­rory z lat 80-tych. To po pro­stu musi być dobry czło­wiek i taka wła­śnie jest Danka. Każdemu życzę takiego szefa, serio. Ale do garnka coś też trzeba wło­żyć i na pro­po­zy­cję z Warty Doropha z wiel­kimi opo­rami ale jed­nak odpo­wie­działa pozy­tyw­nie. Dorcia ponie­kąd wraca na stare śmieci gdyż w Warcie już robiła, nie­mniej i pie­nią­dze inne będą, i sta­no­wi­sko znacz­nie faj­niej­sze a i doświad­cze­nie łapane w dużych fir­mach mocno pro­cen­to­wać będzie w przy­szło­ści. Tak czy ina­czej ozna­cza to dla Doroty totalną wywrotkę i ostre wej­ście w pracę zaraz po ukoń­cze­niu macie­rzyń­skiego. Ma w związku z tym dziew­czyna stres potężny i jako matka po pro­stu zamar­twia się, jak sobie dzie­ciaki bez niej pora­dzą. Jakoś sobie pora­dzić muszą…

Da Majek po skoń­cze­niu się mro­zów przy­po­mniał sobie, że ma aler­gię na wszel­kie grzy­bowe gówno lata­jące w powie­trzu i zaczyna fun­do­wać nam stały zestaw swo­ich dole­gli­wo­ści — ostat­nio był to ból ucha i bóle wzro­stowe. Efekt jest taki, że młoda w nocy śpi mocno w kratkę i dobija wydaj­ność Doroty przez skra­ca­nie jej snu do mini­mum. Dorzuciwszy do tego zaglu­ta­nego kinola i zakasz­lane gar­dło mamy już pra­wie pełen obraz dnia codzien­nego mojej żony: wycie­ra­nie nosów, prze­wi­ja­nie, kar­mie­nie, wmu­sza­nie lekarstw i tak w kółko. Jakim cudem moja żona jesz­cze nie osza­lała — tego nie wiem.

Piszę tak w licz­bie mno­giej bo oczy­wi­ście Gucio musiał także zała­pać jakie­goś syfa i naj­praw­do­po­dob­niej nasza mie­szanka genowa także u niego obja­wiła się skłon­no­ściami aler­gicz­nymi. Młody rzęzi na potęgę, cią­gle coś ma w gar­dle a każdy rodzić małego dzie­ciaka wie w tym momen­cie, że ozna­cza to rzeź­nię dla rodzi­ców. Odkaszlywanie, nie­umie­jęt­ność wysmar­ka­nia się, ścią­ga­nie glu­tów na siłę, poda­wa­nie gów­nia­nego w smaku anty­bio­tyku… Wieczory to kon­cert pła­czu i skarg mło­dego. Tyle dobrego, że nasza dwójka jakaś taka grzeczna jest i wesoła mimo cho­rób, a widok Gucia robią­cego masę na potęgę, wcią­ga­ją­cego coraz odważ­niej prze­różne papki (i tak naj­bar­dziej kocha ssać kaba­nosa — spraw­dzi­łem :)) oraz sze­roko uśmie­cha­ją­cego się swoim zaśli­nio­nym pyskiem i zasmar­ka­nym kino­lem jest o pro­stu roz­koszny. Majka to też kawał świet­nej dzie­wu­chy, któ­rej jedy­nym pro­ble­mem jest roz­pie­ra­jąca ją ener­gia, któ­rej ciężko dać ujście zamy­ka­jąc ją w domu ze względu na kolejne cho­rób­ska. Eeeech te alergie…

U mnie zaś zmiany może nie­wiel­kie prócz tego, że wywa­lili mi szefa, co skoń­czyło się przej­mo­wa­niem coraz więk­szej ilo­ści obo­wiąz­ków po owym. Skutek jest jasny do prze­wi­dze­nia — roboty mam po pro­stu mul­tum, moje ToDosy pęcz­nieją w jakimś sza­lo­nym tem­pie, zawa­lam ter­miny i zaj­muję się coraz bar­dziej wszyst­kim, tylko nie DTP. Robią ze mnie mar­ke­to­ida i nawet bym się z tego cie­szył, bo prze­cież całe życie czło­wiek przed kom­pu­te­rem sie­dzieć nie może a i nie chce (no, przy­naj­mniej ja) i czas już wziąć się za tak zwaną „karierę” ale moment jesz­cze nie jest odpo­wiedni. Dzieciaki za małe, obo­wiąz­ków rodzin­nych za dużo, zmę­cze­nie codzienną rutyną zbyt wiel­kie. Efekt jest taki, że w swoim cza­sie pracy pró­buję wyko­ny­wać obo­wiązki dwóch osób, oczy­wi­ście nie ma mowy o jakichś idą­cych za tym pie­nią­dzach a moja fru­stra­cja zaczyna przy­bie­rać nie­bez­pieczne formy. Jeszcze tro­chę cze­goś takiego i idę do firmy brata kopać rowy. Bez stresu, płaca nie­wiele niż­sza, zdro­wie sobie poprawię…

W tym całym zmę­czo­nym gali­ma­tia­sie brak mi czasu i przede wszyst­kim chęci na cokol­wiek. Wracam z roboty, poma­gam umę­czo­nej Dorotce jak mogę i potra­fię, na wyso­ko­ści godziny 21-szej zaczy­nam mieć wolne i jedyne, o czym wtedy marzę, to po pro­stu zwa­lić się do wyra, przy­kryć głowę poduszką i dotrwać tak do rana. Jakim cudem Dorota to wytrzy­muje — nie wiem. Moja recepta to odmóż­dże­nie. Włączenie kon­soli i zabi­cie gazy­liona prze­ciw­ni­ków nieco pomaga. Myślenie precz, jakie­kol­wiek myśli precz, świa­do­mość zmę­cze­nia precz… Tak, do tego kon­sola się nadaje zna­ko­mi­cie. Ale jak widać po blogu wszel­kie dzia­ła­nia twór­cze po pro­stu zostały zani­hi­lo­wane. Nie ma takiej opcji, bym po pracy i tej nie­wiel­kiej dozie domo­wych obo­wiąz­ków coś jesz­cze z sie­bie wykrze­sał. Szczególnie zaś w week­endy, kiedy dzie­ciaki umę­czają na maksa. To po pro­stu niewykonalne…

Ale cza­sem zda­rza się wie­czor­kiem coś miłego i tak też było i wczo­raj. Wczoraj da Majek roze­grał bowiem swoją pierw­szą sesję RPG ever! Jako młoda elfa (tak to się bowiem ponoć odmie­nia) spo­tkała się po raz pierw­szy z praw­dziwą magią, którą sama two­rzyła. Zaangażowanie małej było chyba ogromne bo aż wypie­ków dostała i ska­kała po „sesji” jak nakrę­cona. Mistrzunio gry (czyli ja) chyba spi­sał się dobrze bo wkrę­cił małej kilka faj­nych kli­ma­tów, z dwa razy pozo­sta­wił ją spe­echless a malow­ni­cze opisy magii budzą­cej się w elfie i prze­pły­wa­ją­cej przez palce oraz całe ciało spo­wo­do­wały sze­roki uśmiech i jesz­cze szer­sze oczy u gra­ją­cej. Znaczy się solówka chyba się udała a da Majek nie może docze­kać się następ­nej sesji. Cholera, to lep­sze niż opo­wia­da­nie bajek na dobra­noc ale efekt cokol­wiek inny toto daje — tak roz­e­mo­cjo­no­wa­nej i pobu­dzo­nej to jej dawno nie widzia­łem :). No nic, zoba­czymy jak sytu­acja się roz­wi­nie i czy Doropha w roli NPCa się spraw­dzi. Oczywiście chyba nie muszę doda­wać, że Gutek jest solid­nym krasnoludem :)

I tak sobie ostat­nio wie­dziemy nasze życie. Nie odbie­ramy maili bo zwy­czaj­nie nie mamy na to czasu ni chęci, za sprawą cho­rób nie wycho­dzimy i nie udzie­lamy się towa­rzy­sko (ot spa­cerki tylko), nie piszemy na blogu, nie dzwo­nimy, nie, nie, nie… Mógłbym tak długo. To się pew­nie kie­dyś skoń­czy. Pewnie. Kiedyś…

, , , ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

4 Komentarzy do “Blog umarł aka pierwsze da Majkas RPG ever”

  1. monsun 23/02/2010 do 15:07 # Odpowiedz

    Co do urlo­pów. W ponie­dzia­łek wró­ci­łem do pracy po tygo­dnio­wym urlo­pie spę­dzo­nym w domu. Żona + córka(trzy lata) + córka(osiem mie­sięcy) + kotka(młoda/walnięta) = powrót do pracy z dużą rado­ścią. Więc uwa­żaj czego sobie życzysz ;)

    • CoSTa 26/02/2010 do 12:08 # Odpowiedz

      No tak, nie­śmier­telna mak­syma „Uważaj o co pro­sisz bo możesz to dostać” :)

      Cholera, mam zale­głe 23 dni urlopu i żad­nych wido­ków na ich sen­sowne wyko­rzy­sta­nie. Urlop w domu dopro­wa­dziłby mnie pew­nie do depresji :)

  2. krzychu 24/02/2010 do 14:09 # Odpowiedz

    Kurde, no tak, kło­pot z aler­gią… a tu jesz­cze trawy nie zaczęły się zie­le­nić i śniego-gluty leżą masą :(
    Co do gry — nie zastąpi dobra­nocki. Z mojego doświad­cze­nia wynika, że faza gier u dziew­czynki trwa mniej wię­cej do końca podstawówki ;)

    • CoSTa 26/02/2010 do 12:09 # Odpowiedz

      Nawet nie strasz. Młoda nawet jesz­cze tej pod­sta­wówki nie zaczęła a już chce mieć sesyjkę co wie­czór. Cholera, co ja sobie sam narobiłem… :)

Dodaj komentarz