Praca — przekleństwo czy błogosławieństwo?

Ostatnio dostaję w robo­cie ostro w wydaj­no­ściowy tyłek. Sytuacja jakich pew­nie w wielu fir­mach wiele — wyla­tuje twój boss, jego obo­wiązki spa­dają na innych (w tym i cie­bie), dosta­jesz na twarz zada­nia, o któ­rych nie masz więk­szego poję­cia i jakoś musisz się w tym odnaleźć.

Mówiąc szcze­rze dosyć to moty­wu­jące dozna­nie jest i spra­wia nawet cał­kiem sporo frajdy. Tyle, ile nauczy­łem się w ciągu ostat­niego tygo­dnia, pew­nie i przez pół roku nie wcią­gnął­bym na stu­diach. Wiedza naj­lep­sza z moż­li­wych, z pierw­szej ręki, z linii frontu dosłow­nie, cie­pła, pach­nąca i aż pro­sząca się o kon­sump­cję. Do tego w dużych ilo­ściach i z wido­kami na jesz­cze tych ilo­ści zwięk­sze­nie. Nauka przez prak­tykę to jed­nak naj­lep­szy spo­sób przy­swa­ja­nia cze­go­kol­wiek i na wła­snej skó­rze prze­ko­nuję się, że nie ma nic lep­szego, niż kilka moty­wa­cyj­nych szturch­nięć do napię­cia musku­łów i dania z sie­bie spo­rej dawki ener­gii na ogar­nię­cie tego całego bałaganu.

Oj tak, praca potrafi być moty­wu­jąca, potrafi być moto­rem zmian, do któ­rych doj­rze­wał­bym pew­nie latami. Pod tym wzglę­dem to nie­kwe­stio­no­wane bło­go­sła­wień­stwo — moty­wuje do roz­woju, do par­cia do przodu, do wyostrze­nia zmy­słów i uru­cho­mie­nia tych wszyst­kich męskich przy­mio­tów, które śpią w nas ulu­lane bez­pie­czeń­stwem i wygodną dzi­siej­szej egzy­sten­cji. Człowiek staje się dra­pieżny, czujny, chętny do podej­mo­wa­nia wyzwań i nawet jeśli cza­sem dosta­nie po łbie, to pod­nie­sie się i pój­dzie dalej roz­py­cha­jąc się łok­ciami i wal­cząc z prze­ciw­no­ściami. Praca stała się dla nas, wygod­nych byłych myśli­wych w pap­ciach, spo­so­bem na uży­wa­nie naszych zwią­za­nych z agre­sją, prze­mocą i chę­cią wła­da­nia (a wszystko dla zapew­nie­nia bytu) instynk­tów. Praca dostar­cza adre­na­liny, dostar­cza bodź­ców, dostar­cza satys­fak­cji z wygra­nej i smutku z prze­gra­nej. W jakiś dzi­waczny i pokrętny spo­sób tele­fon może stać się narzę­dziem walki a mysz i kla­wia­tura zbroją. I to jest bło­go­sła­wień­stwo pracy — to natę­że­nie doznań i wyrwa­nie z codzien­no­ści papciów.

Ale jest i druga strona medalu. To owej pracy prze­kleń­stwo. Co nim jest? Dla mnie — pewna fik­cja tych zacho­wań, pewna umow­ność, oszu­stwo, jakie doko­nuje się na swo­ich instynk­tach i naj­głęb­szych, zapi­sa­nych w genach potrze­bach. Stoczona walka na myszkę i tele­fon dostar­cza frajdy ale pod­skór­nie czuję, że o nie o taką frajdę cho­dzi. Zwycięstwo z bez­wła­dem i kor­po­ra­cyjną iner­cją dostar­cza adre­na­liny (zaprawdę powia­dam Wam, w fir­mie, w któ­rej robię jest to Duży Problem) ale z tego zastrzyku nie­wiele wynika.

Różne są moty­wa­cje pod­ję­cia pracy z czego naj­bar­dziej oczy­wi­sta to chęć zaro­bie­nia pie­nię­dzy, co ma zaspo­koić wewnętrzny impe­ra­tyw zapew­nie­nia bytu sobie i bli­skim. Problem w tym, że to wszystko odbywa się zbyt moim zda­niem wir­tu­al­nie, by mieć jakiś fak­tyczny zwią­zek z zaspo­ka­ja­niem tych gene­tycz­nie zapro­gra­mo­wa­nych potrzeb. Walka w pracy dostar­cza satys­fak­cji ale po cza­sie oka­zuje się, że jest to bar­dzo powierz­chowna satys­fak­cja, bar­dzo płytka, nie przy­no­sząca pełni doznań, do odczu­wa­nia któ­rych wyewo­lu­owa­li­śmy. Być może pro­ble­mem jest zbytni postęp i nie­moż­ność dosto­so­wa­nia się do coraz więk­szej wir­tu­ali­za­cji życia. A być może pro­blem tkwi tylko we mnie. Jak by nie było, bra­kuje mi pew­nej fizycz­no­ści w dozna­niach pły­ną­cych z pracy. Brakuje mi tro­feów. Nie uznaję pie­nię­dzy za takowe — to tylko kolejny ze środ­ków słu­żą­cych zdo­by­ciu rze­czy, arte­fak­tów, zapew­nie­niu bytu u jego pod­staw. Ale pie­nią­dze nie są tro­feum samym w sobie. Raz są, raz ich nie ma (zazwy­czaj nie­stety ich nie ma) ale o niczym nie świad­czą. W głębi swo­jego DNA jestem łowcą i potrze­buję doznań daleko wykra­cza­ją­cych poza oglą­da­nie stanu konta.

Zaczynam rozu­mieć miło­śni­ków spor­tów eks­tre­mal­nych pija­nych adre­na­liną. To wła­śnie ta potrzeba gna ich do robie­nia rze­czy, któ­rych ja bym nie zro­bił. Rozumiem to choć instynkt samo­za­cho­waw­czy mówi mi, że to, co ludzie robią cza­sami w poszu­ki­wa­niu doznań bywa po pro­stu głu­pie. Słucham swo­jego instynktu bo to naj­lep­szy doradca i po pro­stu ma rację. Tenże instynkt mówi mi też, że na dłuż­szą metę próba zaspo­ko­je­nia swo­ich arche­ty­picz­nych pra­gnień za pomocą wyzwań sta­wia­nych przez pracę nie ma po pro­stu żad­nego sensu. Dlaczego? Ze względu wspo­mnianą wir­tu­al­ność pracy i ulot­ność doznań przez nią oferowanych.

Praca ofe­ruje mi ety­kietę zastęp­czą na opa­ko­wa­nie. Surogat tego, o co w życiu męż­czy­zny cho­dzi. Udawane, ulotne, nie pozo­sta­wia­jące więk­szych śla­dów dozna­nie, które z pod­skór­nie i gene­tycz­nie wyczu­wa­nym sen­sem życia nie ma nic wspól­nego. Praca nie jest więc ani prze­kleń­stwem, ani bło­go­sła­wień­stwem. Jest sta­nem, po któ­rym czuje się tylko zmęczenie.

Tak jak to wła­śnie czuję teraz.

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

9 Komentarzy do “Praca — przekleństwo czy błogosławieństwo?”

  1. Pitmac 26/02/2010 do 14:53 # Odpowiedz

    ano dla­tego ze pra­cu­jesz dla kogoś ‚gdyby to była praca na wła­sny rachu­nek zapewne dostar­czało by ci to czego odczu­wasz brak. Tak mi sie przy­naj­mniej wydaje :)

    • CoSTa 26/02/2010 do 16:00 # Odpowiedz

      Możliwe. Widzę brac­kiego robią­cego na swój rachu­nek i tak se kom­bi­nuję, że robota to po pro­stu robota. Się ją wyko­nuje i tyle. Czy na wła­sny rachu­nek, czy na cudzy — satys­fak­cję może dawać mniej­szą lub więk­szą ale to jed­nak cią­gle nie to.

  2. Biter 26/02/2010 do 15:03 # Odpowiedz

    Coś w tym jest, dla­tego też trzeba sie raz na jakiś czas „zre­sto­wać” a także jakieś zaję­cia poza­lek­cyjne upra­wiać… no i dobrze ze jed­nak praca nie jest nudna i jednobarwna ;)

    • CoSTa 26/02/2010 do 16:01 # Odpowiedz

      Ano — przy maszy­nie bym zdur­niał do szczętu a tu się cho­lera dzieje miej­scami aż za dużo :). A potrzeba resetu przy wódeczce musi być jakoś nie­ba­wem zre­ali­zo­wana. Nie ma jakie­goś party na horyzoncie?

  3. Jajcuś 26/02/2010 do 15:10 # Odpowiedz

    A może po pro­stu ta praca zbyt wir­tu­alna? Ja chyba też nie miał­bym wiele satys­fak­cji z pracy, która polega przy­sło­wio­wym na prze­kła­da­niu papie­rów z jed­nego miej­sca na dru­gie, pil­no­wa­niu, żeby cyferki w kolum­nach się zga­dzały (księ­go­wość), czy nama­wia­niu ludzi do kupna cze­goś, czego nie potrze­bują (mar­ke­ting). Czy nawet pil­no­wa­nie, żeby pod­władni robili co do nich, a nie bez­po­śred­nio do mnie, należy (sta­no­wi­sko kierownicze).

    Na szczę­ście jestem inży­nie­rem. Programistą/administratorem. Moja praca to wkład w two­rze­nie kon­kret­nego urzą­dze­nia, utrzy­ma­nie kon­kret­nego sys­temu (jak on działa, czy „wygląda” zależy ode mnie). Efekt mojej pracy nie jest cał­kiem wir­tu­alny (cho­ciaż o „fizycz­no­ści” np. opro­gra­mo­wa­nia też trudno mówić) i to jest chyba to ‘tro­feum’… nawet jak zostaje u pra­co­dawcy, czy klienta.

    • CoSTa 26/02/2010 do 16:03 # Odpowiedz

      Na szczę­ście mam robotę, któ­rej wymierne efekty widzę, doty­kam, wącham i biorę udział w ich powsta­wa­niu od samego pra­wie że początku, po nie­malże koniec. To nie o to cho­dzi. Po pro­stu sama insty­tu­cja pracy jako takiej nie wydaje się być wystarczająca.

  4. byte 26/02/2010 do 15:55 # Odpowiedz

    A może zegar bio­lo­giczny zgłu­piał i uznał, że czter­dziestka za zakrę­tem? Brakowało mi tylko „mam już czter­dziestkę a jesz­cze niczego w życiu nie osiągnąłem”.

    Wyluzuj. Zmęczonyś, to przej­dzie. Każdy był zmę­czony, każdy będzie, nic nowego. Może to kwe­stia roz­ło­że­nia akcen­tów? Zbytnie przej­mo­wa­nie się pracą nie ma więk­szego sensu, tro­feów bym tam nie szu­kał. Zepnij się, zrób czarny pas (czy jak to się tam nazywa w aikido) i będziesz miał coś, co możesz posta­wić na szafce. Laurki od szefa nie posta­wisz, bo szyb­ciej szef się zmieni niż laurka zżółk­nie. A ten nowy może mieć już zupeł­nie odmienną opinię.

    Wiosna idzie, panie! Dziób w górę, dzieci pod pachę i szu­kaj­cie wie­wió­rek. Po latach tylko to się pamięta.

    • CoSTa 26/02/2010 do 16:11 # Odpowiedz

      Bycik, ale chyba nieco nie chwy­ci­łeś o co loto. Ja nie narze­kam na pracę. Ja mam jej po uszy i spra­wia mi mnó­stwo rado­chy, przy­nosi wymierne korzy­ści w róż­nej postaci (nooo, tej pie­nięż­nej przy­da­łoby się wię­cej) i w ogóle ostatni tydzień to był taki speed, że nie wiem czy na zakrę­cie wyro­bię. Świetna sprawa choć dia­bel­nie męcząca. Laurek od szefa nie potrze­buję bo do niczego mi nie są potrzebne — robię swoje i chyba robię to nie­źle. To wystarczy.

      Mnie się roz­cho­dzi o to, że to jesz­cze nie to. Że czuję potrzebę wyci­ska­nia soku ale z tego wyci­śnię­tego w robo­cie dobrego wina raczej nie będzie. Przydałoby się coś bar­dziej, wię­cej i z przytupem.

      Zegar bio­lo­giczny z tego co widzę ma się raczej dobrze. Może cho­lera aż za dobrze? A może fak­tycz­nie zbliża się syn­drom czer­wo­nego Ferrari? Yeah, w sumie czemu nie? Ładna kurna fura :)

  5. btd 27/02/2010 do 15:14 # Odpowiedz

    No to życzę ci tego fer­rari :) Wszystkiego naj­lep­szego :-D

Dodaj komentarz