Vicky Cristina Barcelona

Ten film leżał w naszych rodzin­nych ToDosach fil­mo­wych naprawdę długo. Płytkę jakiś czas temu przy­tar­gała zdaje się żona (chyba że płytka tra­fiła do nas via prasa kobieca kupo­wana na Zachodzie (a więc w Jeleniej Górze:)) przez bab­cię Wulę i wyko­nała trzy­stu­ki­lo­me­trową podróż do naszych wło­ści — dia­bli wie­dzą jak było) i tak sobie ta płytka leżała nie­ru­szana a wszel­kie napo­mknię­cia Dorophy o obej­rze­niu w końcu jej zawar­to­ści zby­wa­łem jakimś kolej­nym fil­mem z zom­bie czy wam­pi­rami w roli głów­nej. Jednak dwa sezony True Blood wzięły i śmi­gnęły i w końcu stało się nie­unik­nione — DVD w czyt­niku PS3 wylą­do­wało (baj­de­łej, śliczny upsca­ling ta kon­sola czyni, serio). Od kiedy tylko płytka poja­wiła się w naszym domu, jakoś znie­lu­bi­łem ją i nie mia­łem ochoty wsa­dzać jej w żaden otwór, by wyświe­tlić. Nie prze­ko­ny­wało mnie nazwi­sko reży­sera, nie nęciły jakoś szcze­gól­nie nazwi­ska odtwór­czyń głów­nych ról kobie­cych a i tele­wi­zyjne rekla­mówki nijak nie prze­ko­nały mnie, że oto będziemy mieli cros­so­ver Allena z Almodovarem.

I wie­cie co? Miałem rację. Wczoraj film obej­rze­li­śmy i… Kompletne, totalne, masa­kryczne roz­cza­ro­wa­nie. Układałem sobie recen­zję tego filmu długo i pra­co­wi­cie w mojej mało miesz­czą­cej ostat­nio gło­wie ale i tak wszystko się tam spro­wa­dzało do jed­nego stwier­dze­nia: ten film to w cało­ści dzieło żało­śnie nieporadne.

Nieporadna jest fabuła wyglą­da­jąca na skle­joną naprędce przez ucznia sta­ży­sty jakie­goś pośled­niego pisa­rza. Nieporadny jest sce­na­riusz, któ­rego napi­sa­nie musiało boleć Woodiego bar­dzo. Nieporadnie są popro­wa­dzone przez reży­sera (oj psuje nam się Woody na sta­rość) posta­cie, nie­po­radne dia­logi wsa­dził w ich usta a gra aktor­ska tylko odzwier­cie­dla nie­po­rad­ność całej konstrukcji.

Ten film jest po pro­stu bar­dzo, bar­dzo słaby prak­tycz­nie pod każ­dym względem.

A boli to tym bar­dziej, że ma się wra­że­nie odwa­le­nia chał­tury przez reży­sera i samych aktorów/aktorki. Narracja pro­wa­dzona zza planu przez nar­ra­tora total­nie roz­kłada każdą moż­li­wość zagra­nia cze­goś. Ot choćby banalna scena, w któ­rej Juan chce se pomi­ziać stopą nogę Christiny i bie­da­czek nie tra­fia, przez mizia biedną Vicky, co można było roze­grać ład­nie i zgrab­nie zosta­wia­jąc nieco swo­body akto­rom… Nie, nawet ta bzdurna scena musi być przez nar­ra­tora opo­wie­dziana, aktor­stwo tym samym zabite a wszel­kie ewen­tu­alne emo­cje tar­ga­jące widzem na dzień­do­bry ubite u samych ich począt­ków. Serio, pomysł na reali­za­cję jest tak total­nie sko­pany, że aż przy­kro patrzeć.

Nudnawą całość ratuje nieco Penelope Cruz, która jest śliczna, która miała w fil­mie być neu­ro­tyczną muzą i prze­kleń­stwem mala­rza Juana. Tyle w zamy­śle ale Woody ten naj­bar­dziej ener­ge­tyczny dla filmu wątek sko­pał tak kon­cer­towo, że aż oczy bolą. Ta para miała roz­sa­dzić ten film, ten tok­syczny zwią­zek miał wpro­wa­dzić nie nutę a całą sym­fo­nię koja­rzo­nego z połu­dniową namięt­no­ścią sza­leń­stwa… Tyle w zało­że­niu bo choć Penelopa się sta­rała jak mogła i w tym fil­mie zde­cy­do­wa­nie zagrała pierw­sze aktor­skie skrzypce (co nie zna­czy, że nie widzie­li­śmy jej lep­szych kre­acji), to jed­nak fun­da­men­talne sce­na­riu­szowe braki poło­żyły cały ten zamysł na łopatki i z połu­dnio­wego ognia zro­bił roz­mem­łaną papkę w nie­straw­nym stylu.

Dialogi są fatalne, grze akto­rów bra­kuje ognia (jedna Penelopa nie dała rady ucią­gnąć całego filmu), fabuła jest banalna do strzy­ka­nia w kościach, zdję­cia OK choć bez rewe­la­cji, takoż i dźwięk. To film mocno poni­żej prze­cięt­nej a ocenę, którą mu zaraz wysta­wię pod­bija tylko i wyłącz­nie uroda Penelopy, która cudną kobietą jest i jako jedyna spra­wiała na ekra­nie wra­że­nie auten­tycz­nej. Reszta nie potra­fiła w bez­na­dziejny skrypt tchnąć choć odro­binę życia i ja się w sumie im nie dzi­wię. Dziwię się, że mając przed oczami sce­na­riusz, w ogóle zgo­dzili się uczest­ni­czyć w tej chał­tu­rze. No ale cze­góż nie potrafi zdzia­łać magia nazwi­ska reży­sera, prawda? Nawet ewi­dentna wpadka będzie dosta­wała bóg raczy wie­dzieć skąd wzięte pochlebne recenzje.

Mnie i Dorocie się ten film po pro­stu nie podo­bał. Oglądaliśmy wcze­śniej­sze filmy Allena, oglą­da­li­śmy Penelopę potra­fiącą u Almodovara robić na ekra­nie rze­czy cudowne, widzie­li­śmy Johansson gra­jącą dosko­nale… I z per­spek­tywy tego, czym ten film mógł być mówimy: ten film tym nie jest.

Ocena w skali 1–10: 3

Film w ser­wi­sie imdb.com
Film w ser­wi­sie Filmweb.pl

, ,

Kilka słów o CoSTa

Mąż, ojciec i w przyszłosci być może właściciel knajpy, w której będzie serwowana tylko wódka, tylko zimna i tylko na butelki.

Socjal

Jeszcze Ci mało? Śledź nas w sieciach społecznościowych...

9 Komentarzy do “Vicky Cristina Barcelona”

  1. ish 04/05/2010 do 16:19 # Odpowiedz

    k’man… film warto obej­rzec cho­cia­zby dla jed­nej sceny — tej z momen­tem:) nie mow ze ten watek ci nie pasowal:)

    • CoSTa 05/05/2010 do 05:31 # Odpowiedz

      Wszystko si ale cho­lera film to nie jeden wątek i nie jedna fajna scena :)

  2. rafaelmet 04/05/2010 do 20:55 # Odpowiedz

    Ej, ale muzyka daje radę.

  3. grzes_l 05/05/2010 do 11:39 # Odpowiedz

    Zgadzam sie nie­mal w calo­sci.
    Choc na plus bym zali­czyl te odro­bine hisz­pan­skiej egzo­tyki jakos tam odda­nej i kon­trast mie­dzy ame­ry­kan­skim cha­rak­te­rem a euro­pej­ska (do tego polu­dniowa) dusza. Do tego pod­kre­slil­bym dru­go­pla­nowa role „chlo­paka z Ameryki” moim zda­niem naj­bar­dziej auten­tyczna postac w calym fil­mie — naprawde przy­zwo­icie zagrana. Jednak ten film warto bylo obej­rzec dla Penelopy tylko…

  4. anka 05/05/2010 do 12:34 # Odpowiedz

    swo­jego czasu na pyta­nie jak mi się „vicky…” podo­bała odpo­wie­dzia­łam, że kate­dra Gaudiego wypa­dła bar­dzo prze­ko­nu­jąco :)
    innymi słowy film ten mnie zawiódł.

  5. Drezyna 06/05/2010 do 12:36 # Odpowiedz

    I warto dodać, że kre­ce­nie jed­nego filmu rocz­nie od pra­wie czter­dzie­stu lat musi się stać dzia­ła­niem mocno fru­stru­ją­cym. Woody chyba jest już po ludzku zmę­czony całym tym fil­mo­wym zgieł­kiem. Inna sprawa: czy potrafi żyć na fil­mo­wej eme­ry­tu­rze, bez krę­ce­nia kolej­nego filmu?

    • CoSTa 07/05/2010 do 10:24 # Odpowiedz

      To dobre pyta­nie. Mam wra­że­nie, że filmy Allena to taka rów­nia pochyła — z roku na rok jest coraz gorzej. Może już czas na zasłu­żoną eme­ry­turę mister Allen?

Trackbacki/Pingbacki

  1. Woody Allen x2 @ Hadret’s.Blog - 30/05/2010

    […] film cał­kiem nie­dawno recen­zo­wał u sie­bie CoSTa. W zasa­dzie na tym mógł­bym skoń­czyć swoją recen­zję, jako że nie­mal cał­ko­wi­cie się […]

Dodaj komentarz