Menu serwera

Sześć lat pracy później…

I minęło sześć (albo nawet i siedem, ciężko się doliczyć) lat pracy w firmie zwącej się Kronospan. To było długie i ciężkie sześć lat, podczas których nauczyłem się bardzo wiele o tym, jak pracuje spora międzynarodowa korporacja. Sześć lat, które odcisnęło na mnie spore piętno.

Czym się tam zajmowałem? Zacząłem i skończyłem jako ichni „grafik” choć tak po prawdzie z grafiką miałem niewiele wspólnego, bo grafik ze mnie żaden. Za to cakiem sprawny ze mnie składacz różnych rzeczy i tym się właśnie zajmowałem – DTP i wszystko, co się z tym wiąże: od przygotowania ulotek, przez projektowanie opakowań, po składanie katalogów i organizowanie sesji zdjęciowych produktów. Generalnie byłem kolesiem od wszystkiego, z robieniem prostych stronek włącznie.

Z czasem na barki zrzucano mi coraz więcej zadań i jakoś nie wiedzieć kiedy zajmowałem się zaspokajaniem wszystkich graficznych potrzeb grupy spółek Kronospanu. A było i jest tego od cholery i trochę i byłem na najlepszej drodze do dania sobie siania, kiedy przyjęli w końcu kolesia, który nieco mnie od tego całego detepowego dziergania odciążył. Podzieliliśmy się obsługą produktów i tym sposobem zostały mi na głowie same produkty wykończeniowe czyli panele podłogowe, ścienne i cała masa drobnicy z tym związanej. W łapkach swoich miałem pieczę nad CI grupy i poszczególnych spółek i całą związaną z tym produkcję korporacyjnego śmiecia w postaci faktur, papierów firmowych i czego tam jeszcze.

Wraz z mijającym czasem i rosnącym doświadczeniem, na klatę dostawałem coraz to sympatyczniejsze zadanka aż w końcu jakoś całkiem niedawno polazłem do prezesa z prośbą o podwyżkę, którą otrzymałem, w zamian dostając zmianę obowiązków i obietnicę nowej zabawy w korpoświecie. Brzmiało to całkiem fajnie i nawet się nie zastanawiałem zbytnio, by tę propozycję przyjąć. Otóż miałem zająć się całością reklamy w grupie – od jej tworzenia począwszy po dbałość o jej emisję w mediach, dogadywanie się z owymi mediami, organizowanie kampanii itd. Do tego wszystkiego miałem mieć pod sobą decyzje dotyczące druku wszelkich naszych wydawnictw, dbałość o zachowanie ciągłości dostaw drukowanych materiałów wspomagających sprzedaż a nawet kwestie związane z tworzeniem, utrzymaniem i przygotowywaniem ekspozycji dla naszych klientów.

Brzmi nieźle i szczerze mówiąc takież też było. Ale niestety nie wszystko wyszło tak fajnie, jak wyjść powinno. Niestety nie doczekałem się osoby, która przejęłaby ode mnie obowiązki stricte detepowe i żeby nie było – znalazłem takową ale oczywiście po odbyciu rozmowy kwalifikacyjnej korpo zamilkło a wszelkie dopraszanie się u przełożonego jakiejś rekacji spełzło na niczym. Efekt był taki, że zasuwałem za dwoje albo i troje bo ktoś tam wpadł na pomysł, że przecież powinienem jeszcze zająć się magazynowaniem materiałów marketingowych. W tych warunkach zadbanie o cokolwiek graniczyło z cudem. Samo detepowanie zajmowało mi praktycznie cały pracowy czas bo taka korporacja ruchu w poligrafii i okolicach generuje naprawdę sporo. W tych warunkach po prostu nie było możliwe zajęcie się nowymi obowiązkami w sposób solidny i zaczęła się równia pochyła ciągłych lagów w terminach, niemożności zajmowania się zadaniami i zwyczajne niewyrabianie na zakrętach. Korytko z rzeczami „do zrobienia” puchło o wiele szybciej, niż chudło korytko z rzeczami „zrobionymi”. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której zaczęto przebąkiwać o musie zlecania prac na zewnątrz i zlecono mi znalezienie odpowiednich firm, na co ja z kolei nie miałem czasu bo zleceń z klauzulą „ultra pilne i w ogóle na wczoraj” napływało coraz więcej a wymagalność starych rosła z dnia na dzień. Wiem, że to wydaje się banalne – podzwonić po kilku firmach, wymacać stawki i lecieć z ofertami do przełożonych. Problem w tym, że te prace zlecone oczywiście musiałbym nadzorować, w tym briefować, przesyłać materiały, dbać o zgodność z ogólną linią graficzną materiałów dla naszych produktów i robić te dziesiątki innych rzeczy związanych z nadzorem (o raportach dla przełożonych że już nie wspomnę). Taką przesiadkę trzeba przygotować, wykonawców zleceń odpowiednio w produkcie przeszkolić itd. itp. Kto przez to przechodził (także z drugiej – wykonawcy – strony), ten wie ile przy tym jest pracy organizacyjnej.

Szalę przechyliła ostatnia Budma i dosłownie codzienna bytność w pracy do późnych godzin po to, by przygotować wszystko co trzeba na targi. Weekendy czy święta trzeba było przyjść, by się z tym wszystkim wyrobić a ja sobie w brodę teraz pluję, że jestem taki obowiązkowy i jeśli się do czegoś zobowiążę, to to wykonam. Pluję sobie w brodę bo mogłem ten czas w spokoju spędzić z rodziną czy grać na konsoli. Owszem, czuję satysfakcję z tego, że większość rzeczy związanych z targami udało się przygotować a organizacja jakoś sprawnie przebiegła (kudosy dla mojej koleżanki z roboty – Majki, która zorganizowała sporą imprezę dosłownie z niczego). Ale ta satysfakcja podlana jest ogromnym zmęczeniem i wyczerpaniem. Niestety na urlop nie mogłem nawet liczyć co w sumie może i na dore wyszło, bo te 34 dnia zaległego urlopu jakoś firma teraz spłacić musi a je dzięki temu mogę sobie zrobić choć tydzień nicnierobienia.

Dalej już tak być nie mogło. Nienawidzę wykonywać swoją pracę na odpierdol się, nie jestem tym typem pracownika. Oddaję albo porządnie zrobione, albo wcale. Niestety na wykonywanie swoich obowiązków w sposób porządny nawet nie miałem co liczyć więc złożyłem rezygnację i dałem sobie spokój. Być może to błędna decyzja ale zawsze to jakaś decyzja a nie takie trwanie w stanie permanetnego napieprzania bez widoków na szczyptę sensu w tym wszystkim. Robota nie sprawia mi frajdy jeśli nie ma większego sensu.

Co teraz? Diabli wiedzą. Daję sobie ten tydzień na posiedzenie w domu, na pogranie na konsoli i nieprzejmowanie się zbytnio przyszłością. Od przyszłego tygodnia pewnie zakaszę rękawy i porozglądam się baczniej po rynku pracy. Być może otworzę coś swojego i ponaparzam się z rzeczywistością na swoich warunkach. A może znajdę jakąś fajną firmę, w której to, co się robi, ma być przede wszystkim sensowne. Pieniądze są oczywście ważne ale nie najważniejsze – kiedy przez większość dnia robisz rzeczy, które są fajne ale które nie układają się w sensowną całość i które w związku z tym nie przynoszą Ci satysfakcji – odpuść sobie. Szkoda tego całego czasu na robienie rzeczy, które nie przynoszą satysfakcji.

,

12 odpowiedzi do Sześć lat pracy później…

  1. Michał Masłowski Luty 22, 2011 o 15:19 #

    Skąd ja to wszystko znam…

  2. Oktawian Luty 22, 2011 o 15:26 #

    Heh… Czasem ucieczka to jedyna droga. Gratuluję odwagi. Za 34dni pracy masz więcej niż jedną pensję. Możesz przez ponad miesiąc szukać pracy. Na luzie coś znajdziesz. A jak nie to przytul dotacje i na swoje…

    Będzie dobrze, wujku costa :)

  3. Miłosz Bolechowski Luty 22, 2011 o 16:07 #

    Jakbym własne wspomnienia czytał; przeszedłem niemal identyczną drogę i absolutnie nie żałuję. Powodzenia i wytrwałości życzę, a tymczasem – wspaniałego tygodnia :)

  4. Krychaj Luty 22, 2011 o 17:21 #

    Dlatego nie lubię korporacji. Powodzenia !

  5. Biter Luty 23, 2011 o 06:05 #

    Zdrowie też ważne (to psychiczne zwłaszcza) wiec nie ma co sie szarpać skoro chęci są tylko jednostronne (też wyperswadowałem sprawę wiadomą osobie wiadomej właśnie z tych powodów, zwłaszcza jak zobaczyłem umowę). Udanego czasu z konsolą i rodziną, 34 dni to całkiem fajne wakacje :)

  6. matipl Luty 23, 2011 o 09:39 #

    Gratuluję! Dziwię się, że dałeś radę siedzieć tam ponad 6 lat.
    A ten ostatni numer, jak zamydlili Ci oczy nową posadą. Ech…
    Szkoda, bo mogło wyglądać całkiem ciekawe, gdyby kogoś na Twoje poprzednie miejsce zatrudnili…

    Nie ma tego złego. Trzymam kciuki za bezproblemowe znalezienie nowej, LEPSZEJ pracy.

  7. brzoza Luty 27, 2011 o 10:54 #

    Sto lat! Sto lat! Niech pije, pije nam !!!!
    Najlepszego braciszku.
    Stawiasz wódkę:P

  8. Beata Marzec 11, 2011 o 15:15 #

    O proszę, pracowałam tam 11 lat a nawet nie wiedziałam o Twoim istnieniu. Lokalizacja Szczecinek. Odeszłam w listopadzie 2010. Pewna pani o której wiedzą wszyscy jakie to ma pomysły na zarządzanie w pewnym momencie lekko przesadziła wydzierając się na mnie do łez. A ja postanowiłam, że nie pozwolę dłużej wyzywać się od debili, idiotów i nierobów, bo na stanowisko managerskie nie będąc kimś o mocnych plecach w tej korporacji nie dostaje się za nic. I powiem tylko jedno-żałuję, że tak późno odeszłam!!! Życzę Ci powodzenia. Pozdrawiam. Beata

    • CoSTa Marzec 11, 2011 o 22:13 #

      A ja Cię kojarzę choć pewnie styczności nie mieliśmy niestety ze sobą. Cóż, naczalstwo wszędzie podobne i nie ma się co czarować, że gdzieś indziej jest inaczej. U mnie sytuacja nieco bardziej komfortowa i spokojniejsza ale za dużo obowiązków na klatę dostałem i bez obiecanego wsparcia więc nie było sensu robić wszystkiego po łebkach. Muszę jednak przyznać, że opeery prezesa mają większą klasę :). W sumie to jedyny tam facet, który jak opierdzieli, to przynajmniej wiadomo za co i zostawi motywacyjny odcisk buta na tyłku i chce się poprawiać co się spartoliło. Pozdrawiam wzajemnie!

  9. Hadret Marzec 13, 2011 o 12:52 #

    Wow, nice. Zupełnie odwrotnie niż ja — właśnie niedawno złapałem pracę w dużej firmie informatycznej, ale trochę innej i na trochę innym stanowisku. Pamiętam, że parę wpisów (miesięcy?) wcześniej kombinowałeś jakiś własny biznes, albo przynajmniej na poły własny, nic z tego nie będzie, czy też było to stricte związane z Twoją, w tej chwili byłą, pracą?

    • CoSTa Marzec 17, 2011 o 23:03 #

      A póki co na kilku frontach patrzę jak mi się rozwinie sytuacja. Owszem, myślę o czymś własnym ale porozglądać się po rynku nie zaszkodzi. Etat ma swoje niezaprzeczalne plusy ya know… Zobaczymy jak się sytuacja rozwinie. Póki co rozsyłam oferty, knuję sobie portfolio i powolutku trzeba będzie rozesłać w kilka miejsc te swoje papiery :)

Trackbacki/Pingbacki

  1. U papy CoSTy zmiany! | CoSTa's Family Page - Czerwiec 7, 2011

    […] znalazłem sobie robotę. W lutym dałem sobie spokój z korporacją, dla której robiłem przez ostatnie sześć czy siedem lat. Powodów było sporo a […]

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Na co komu tablet?

Ot dobre pytanie. Za sprawą jabłka i papy Jobsa wziął i się zrobił nagle cały rynek urządzń, które jeszcze do...

Zamknij