Menu serwera

Tematy zastępcze

Dziś będzie krótko bo i pora późna, i zmęczenie spore ale kilka myśli mi się po głowie snuje i nie wiem zbytnio, co z nimi zrobić. To może po prostu wywalę z siebie i mi ulży.

Wracając dziś z roboty słuchałem sobie w radio transmisji z tzw. debaty w sprawie ACTA. Akurat trafiłem na wystąpienie Boniego, który ładnie referował, jakie obszary powinny być w najbliższej przyszłości podległe dalszej debacie i konsultacjom, że wykorzystana będzie do słuchania ludu platforma odpowiednia itd., itp. Przyznaję, całej debaty nie słuchałem bo dla mnie to nieco ponad siły było ale wystąpienie Boniego sprawiało w tym przelotnym słuchaniu wrażenie kompetentnego, przygotowanego jak trzeba i w ogóle.

Później siadłem na moment do społecznościówek, radio sobie jeszcze odpaliłem, jakieś wiadomości wciągnąłem i… Nic już z tego nie rozumiem. Lud, internet, blogerzy – domagali się debaty. Debatę zorganizowano, przybył premier i inni przedstawiciele rządu a tu się okazuje, że co który bloger/internauta/whateva bardziej zaangażowany, tym większego focha strzelał i nie miał zamiaru z premierem swojego kraju – w sprawie ponoć tak bardzo go interesującej – spotkać się i porozmawiać. Bo klienci, bo za późno, bo za wcześnie, bo cośtam… Dziecinada. Jednak dopiero po poczytaniu opinii tych luminarzy polskiego internetu o poziomie debaty, ręce mi opadły do kolan i jedyne określenie, jakie przychodzi mi do głowy to „żenująca dziecinada”. Było luminować drogi luminarzu a nie pitolić teraz trzy po trzy.

Ale w sumie powiewa mi to całe ACTA. Zdajmy sobie sprawę, że żyjemy w świecie już opanowanym przez korporacje piszące nam prawa i z garbem rządów golących nas na każdym kroku w imię Sprawiedliwości Społecznej czy Innego Wzniosłego Hasła TM. To pierwsze nazywa się lobbying i występuje w dwóch odmianach: legalnej i podstołowej. Odmiana legalna dba o odpowiednie krycie poczynań odmiany podstołowej, co czasami nie wychodzi i robią się wtedy lekkie kwasy, które na szczęście dla korporacji można w miarę łatwo ominąć smarując tu i ówdzie. Do Sprawiedliwości Społecznej, w imię której zabiera się większości z nas znaczną część naszych dochodów, nic nie mam i uważam, że jest potrzebna. Ale nie do końca wierzę w to, że ona w ogóle się dzieje. Idea jest OK ale co do wykonania…

Ale to tak naprawdę tematy zastępcze. Aktualnie bowiem żyję sobie z Bandą Trojga, którą lepiej by było określić mianem Chorej Bandy Trojga.

To, co potrafi wykaszleć z siebie Doropha, powinno być wzorem do naśladowania dla każdego szanującego się gruźlika. Mam pełne spektrum przeróżnej maści odgłosów, z których te dobywające się z okolic oskrzeli, można określić jako lekką przygrywkę do niepomiernie głębszych i nasyconych chorobą odgłosów z dna płuc. I jeszcze mówi mi: „nie może mi się urwać”, na co ja w myślach zapytuję: „ale które płuco? Lewe, czy prawe?”.

Gustavo (ogląda się ten Big Time Rush, a co :)) co prawda choróbsko ma już jakby za sobą ale wciąż jednak lepiej go trzymać wewnątrz, zamiast puścić swobodnie na dwór, by ujście dla energii malucha znaleźć. Efekt? Oczywisty dla każdego posiadacza rezolutnego dwulatka: eksperymenta wszelakie. Czy stół wytrzyma pieprznięcie oń samochodem marki Duplo? Czy samochód marki Duplo wytrzyma pieprznięcie oń stołkiem? Czy ściana marki ściana wytrzyma napór połączonych sił samochodu marki Duplo i stołka? Czy zakończony lekko szpicowato dziób samolotu (ma młody taki wytrzymały modelik) może posłużyć za rylec w ścianach i do uwiecznienia Różnych Fajnych Wzorków? Czy darcie pyska wpływa na głębokość czerwieni pojawiającej się na mordzie staruszka? Czy kot zawsze wydaje takie dźwięki, gdy się go za ogon ciągnie? A gdy się go czymś rzuci? A czy siostra wydaje cieńsze dźwięki po ugryzieniu, czy też może po przyłożeniu z samochodu marki Duplo (zaiste, wiele funkcji może jeden samochód spełniać)?

Świat dwulatka to świat ciągłego próbowania się z otaczającą rzeczywistością. OK, wiemy to i przyjmujemy do wiadomości. Jednak czasami młody sprawia wrażenie nawiedzonego przez demony (z trzy co najmniej) i wtedy zaczynają się trudne chwile a Doropha powtarza sobie pod nosem litanię „tylko spokój może nas uratować, tylko spokój może nas uratować, tylko spokój…”. Problem w tym, że po opeerze młody potrafi zrobić się tak rozkosznie słodki, że pobliskie lody topią się, Warta gubi krę a na Grenlandii lodowiec cofa się jeszcze bardziej. Ten malec w części odpowiada za efekt cieplarniany i mamy na to dowody!

No i co tu robić z taką małą cholerą?

Majka takoż przez chorobę przeszła ale chyba nie do końca, bo wciąż jej coś z kinola leci. Na szczęście niezbyt często, niezbyt rzadko a córka moja jakimś cudem opanowała trudną sztukę wycierania sobie glutów i można już ją traktować jako Autonomiczną Jednostkę Chorobową, która o podstawowe swoje potrzeby zadba a wrzucać w nią trzeba tylko kalorie, witaminy i lekarstwa. Moje kochane…

Tak więc sorry panie premierze i panowie blogerzy/internauci/whateva – jesteście tematami zastępczymi, które tylko mają za zadanie na moment uwolnić mnie od ciągłej, obsesyjnej myśli:

Jak przetrwać ten rodzinny zwierzyniec nie wytłukując się nawzajem?

Na razie jakoś dajemy radę. Na razie…

, , , ,

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Tymek i Mistrz

Polecam komiks Tymek i Mistrz część 1! Bo jest bardzo fajny i śmieszny! :) I też dlatego, że Tymek idzie...

Zamknij