Menu serwera

Swarzewo...

Wypoczyn nad Bałtykiem aka ZA KRÓTKO KIERW…

Z urlopem w tym roku mieliśmy pewien problem. Owóż nie chcieli mi dać tego urlopu a Dorophie dali z pocałowaniem ręki i jeszcze prosili, by więcej wzięła bo wyrobiła dni wolnych, że trudno o więcej. Jak więc widać już na starcie byliśmy zupełnie niezsynchronizowani a to dopiero początek kłopotów.

Zasadniczo jakoś tak mam, że kiedy zmieniam pracę (a ostatnimi czasy jakoś często mi się to zdarza), zawsze dzieje się to w okolicach lata, co skutkuje jednym: zatrudniający nie chce mi dać urlopu i basta. W sumie się nie dziwię bo iście sobie na tygodniowe czy dwutygodniowe wolne po kilku miesiącach pracy jest nieco karkołomnym questem ale efekt następujących po sobie pracowych migracji i ich letni okres dał w efekcie z cztery lata bez wyjazdu gdziekolwiek i powoli chęć palnięcia sobie w głowę by choć przez chwilę wyrwać się z kieratu. Moje wolne wisiało do ostatniej chwili na włosku ale jakimś cudem się udało i oto ruszyliśmy.

Ruszyliśmy nad polskie morze zwane Bałtyk, w okolice Władysławowa a konkretnie wylądowaliśmy na stancji w miejscowości Swarzewo. Ot mieścinka drobna, w której do morza co prawda dojścia było tyle, co nic ale za to jako baza wypadowa sprawowała się nieźle. Doropha z dzieciakami i nieocenioną babcią Wulą wylądowały na wybrzeżu już w sobotę 10-go sierpnia, ja dojechałem dopiero w poniedziałek (cóż, trzeba było przez weekend skopać kilka skaweńskich dup w Warhammerze :)). Po początkowych perturbacjach z zaklepaną stancją, której standard okazał się być baaaardzo daleki od oczekiwań, rodzina ruszyła do innej, w której ostatecznie znaleźliśmy domową atmosferę, miłą Panią Reginę, czyste i schludne pokoje i w cenach całkiem sympatycznych.

Jako się rzekło – dojechałem do stada w poniedziałek, co okazało się być wyzwaniem dla cierpliwości i stanu nerwów. Wielkie, gorące, czarne, mokre, murzyńskie dildo w odwłok debilom w Trójmieście, którzy remont najbardziej newralgicznej ulicy prowadzącej z Trójmiasta na Hel zaplanowali właśnie na wakacje. Efekt oczywisty do przewidzenia – MEGA korki! W pewnym momencie przestałem już liczyć czas spędzony w korku bo nie miało to najmniejszego sensu.

W końcu jednak dojechałem i jeszcze tego samego dnia skoczyliśmy na Hel, by zobaczyć Koniec Polski. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że autochtoni jakoś inaczej patrzą na nasz kraj i uznają ów cypelek za naszego kochanego kraju początek. Ja, wychowany w górach, przekonany byłem, że wszelki przemyt i początek polskości dzieje się w górach a tu proszę, ktoś ma w tym temacie odrębne zdanie. Cóż, widać punkt widzenia faktycznie zależy od punktu siedzenia.

Hel powitał nas wiatrem, zimnem, falą ale miejscami także i słońcem a wszystko razem złożyło się na bardzo ładny obrazek, daleki co prawda od wakacyjnych marzeń (do wody za diabła nie dało się wejść – za zimno!) ale prawdziwie ładny, nieledwie wręcz piękny. Dzieciaki oczywiście w tyłkach miały takie piękno ale łaziły dzielnie a Majce chyba nawet się podobało.

Swarzewo o świcie, fociła Doropha

Swarzewo o świcie, fociła Doropha

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze miejscowość zwaną bodajże Kuźnica, w której wpadła nam w żołądki fląderka (niezła całkiem) i przekonanie, że tam warto śmignąć bo nie dość, że nad samym morzem miejscowość umieszczona to jeszcze całkiem sympatyczne miejsce do spacerowania ma i sporą bazę dla pływaków. Było cholera wietrznie więc surferów i kitesurferów namnożyło się jak mrówków, co wyglądało całkiem ładnie.

Następnego dzionka postanowiliśmy odwiedzić gdańskich znajomych mojej rodzicielki i skoczyć tu i ówdzie. Plany omal nie spaliły na panewce a to za sprawą korków, przez które spędziliśmy z pół dnia w samochodzie i co potwornie nas zniechęciło do jeżdżenia gdziekolwiek dalej, niż okolice naszej bazy. W końcu jednak do Gdańska dojechaliśmy, wpadliśmy popodziwiać organy oliwskie a później lotem strzały rzuciliśmy się w kierunku gdyńskiego oceanarium. Dzięki korkom przyjechaliśmy zdecydowanie zbyt późno, by wchodzenie tam miało jakiś sens ale za to nawiedziliśmy gdyńskie wybrzeże i pooglądaliśmy Dar Pomorza oraz ORP Błyskawica.

Dar Pomorza - ładne cholerstwo

Dar Pomorza – ładne cholerstwo

Dzionek zakończyliśmy wjazdem do rewelacyjnej knajpy Nordowy Mol, co po kaszebsku przekłada się na „Północny punkt”, gdzie niżej podpisany raczył się czerniną (smaczne acz strasznie syte danie – talerz czegoś takiego wystarczy do zaspokojenia nie tylko pierwszego ale i drugiego a nawet trzeciego głodu), mało lokalnymi żeberkami zrobionymi po prostu świetnie z dodatkiem całkiem udanego sosu dzadziki. Doropha jadła kaszubską wersję placka ziemniaczanego (smaczne!) a babka wsuwała pierogi (takoż dobre!). Piszę o knajpce bo jeśli będziecie w okolicy, wpaść po prostu trzeba. Miejsce zrobione ładnie, obsługa hożych dziewuch zacna a kuchnia smaczna i w porcje szczodra.

Niestety aura nie sprzyjała nam i następnego dnia, czyli w środę. Zaczęło się w sumie obiecująco, bo słonkiem acz wietrznym ale zaraz przyszły chmury i zaczęło padać w cholerę. Cóż, wakacje nad naszym morzem to nie wakacje nad Śródziemnym i trzeba było jakoś inaczej czas sobie zorganizować. Wpadliśmy na pomysł, by skoczyć do helskiego fokarium, który to pomysł okazał się być strzałem w dychę. Miejsce co prawda wielkie jakieś nie jest, wiwisekcji foki jako atrakcji także nie zapewnia ale w końcu trafiliśmy do miejsca, na które wydano pieniądze i zrobiono to w sposób przemyślany. Foczki uwijały się w basenach a prócz ich oglądania można było wciągnąć całkiem pouczający film oświatowy o fokach, morświnach i o tym, jak to im źle człowiek robi. Kiedyś jedna z drugą łebska foka wezmą, jakiegoś prawnika najmą i będzie pozamiatane, PKB padnie na pysk od odszkodowań a Donek nie będzie miał gdzie wracać na weekendy bo mu Gdańsk uchatki odbiorą.

Czwartek 15-go to było jakieś kościelne święto i moje przeczucie, że przecież „wszystko będzie zamknięte” w związku z czym gdzie nie ruszymy, odbijemy się od ściany. Kapitalizm jednak rządzi się swoimi prawami i „dzień święty święcić” obchodzone było w nadmorskich kurortach jak należy: handlem na całego, tłumami na deptakach i pootwieranych wszystkich możliwych atrakcjach.

Jako że dzień od rana był raczej deszczowy, postanowiliśmy skoczyć do jakiegoś aquaparku by sobie choć raz na wyjeździe dupki zmoczyć. Mimo cen z kosmosu, dupy i z każdego innego dziwnego miejsca jednocześnie, ludzi był taki bezlik, że czekanie w kolejce do wejścia obsługa obliczyła na jakieś pół godziny minimum. Cóż, daliśmy sobie siana i dobrze, bo wylądowaliśmy dzięki temu w czymś, co zwie się „Tarzan Park” czy jakoś tak i gdzie można sobie połazić po drzewach. Majka – jako rodzinna melepeta – beczała, za to Gutek wprost oszalał z radości robiąc łatwą trasę czterokrotnie i chcąc ją łoić razy kolejne. Grzecznie syna za nogę wyprowadziliśmy i ruszyliśmy do Władysławowa by coś przekąsić i zobaczyć w ogóle to całe morze.

Tam przeżyłem SZOK. Prócz tego, że nam się pogoda poprawiła, okazało się, że Władysławowo to nadmorski kurort pełną gębą z tysiącami turystów okupującymi setki knajpek, sklepików z pamiątkami i w ogóle. Szczerze mówiąc greckie wyspy mogłyby się sporo nauczyć w temacie zaradności i biznesowego podejścia do turystyki. Czy jest drogo? W żadnym razie! Ceny w porządku, obsługa zawsze miła nawet w pośledniej jakości lokalach czy sklepikach, miejsca ogólnie zadbane i przyjemne. Tego dopiero dnia poczułem, że jestem na wakacjach wciągając dwa slushe (nie wiem jak się fachowo nazywa drobno zmielony lód z tymi pokręconymi kolorkami robiącymi za napój), pogryzając pizzą i wracając z plaży, na którą w końcu trafiliśmy. Nad polskim morzem byłem może z dwa razy w życiu a i to w czasach komunę pamiętających i zderzenie tego, co miałem w pamięci z tym, co zastałem teraz na miejscu wywołało ogromny pozytywny – jako się rzekło – szok.

Następny szok zafundował mi widok władysławowskich plaż, które mimo ogólnego chłodu acz i wychodzącego słonka pełne były ludzi. PEŁNE! Rio? Chowaj się poślednia plażo w tym dalekim kraju! Możecie sobie drodzy Brazylijczycy sprawdzić co znaczy słowo „tłok na plaży” odwiedzając na nasz kawałek Bałtyku. No dupa przy dupie, parawanik przy parawaniku i coś, czego na plażach w Grecji w ogóle nie widziałem – wszędzie alkohol. Polacy nie gaszą pragnienia wodą czy innym sokiem a tylko i wyłącznie piwem. Piwo było wszędzie, pił dosłownie każdy facet i większość babeczek. Jeśli ktoś jeszcze dziwi się statystykom utonięć, niechaj już się nie dziwi. Nie rozumiem tego, czy naprawdę Polacy nie potrafią spędzać wolnego czasu bez alkoholu? Cóż, co kraj, to i obyczaj…

Tu poproszę nieco miejsca na osobistą ekspiację i potrzebę wylania z siebie żółci wszelakiej. Tak, pociągnę jeszcze wątek parawaników i piwska bo okrutnie mnie ta polska specjalność zdziwiła i odrzuciła, a że słów użyję średnio parlamentarnych, młodzież niechaj czyta bo może dotrze. Oby.

Otwórz te bolesne wypociny


Polaku kurwa twoja pierdolona mać! Publiczna plaża JEST KURWA PUBLICZNA! Wsadź sobie swój pierdolony parawanik w dupę albo ja ci go tam wcisnę jeśli będziesz mi swoim wyobrażeniem prywatności uniemożliwiał dostęp do morza. Osłonięty jebanym parawanikiem kawałek plaży NIE JEST KURWA TWÓJ, ty idioto! NIE, KURWA, NIE!!! To nie są pierdolone angielskie grodzenia (jeśli w ogóle wiesz o czym piszę), swoją jebaną szmatką na kijkach nie nabywasz prawa własności gruntu i kiedy ci tę szmatkę przestawiam by mi na drodze nie stała, tylko proszę, spróbuj podskoczyć a może jeden z tych kijków parawanowych wsadzę ci nie tylko w dupę ale i w mordę i gdzieś się tam po drodze spotkają.

Parawanik także nie zakryje, przeciętna korzystająca z urlopu polska rodzino, że jesteście bandą pijaków żłopiących piwo tak, jakby miało się ono za chwilę skończyć. No żesz kurwa, naprawdę nie można spędzić urlopu nie napierdoliwszy się od rana na plaży??? LUDZIE! Jesteście tam z dzieciakami!!! O godzinie trzynastej widziałem ojczulka rodziny z dumnie powtykanymi w piasek sześcioma czy siedmioma butelkami po browarze oraz dzielnie goniącą go żonkę, lekko tylko opóźnioną ilościowo. Dosłownie WSZYSCY chlali browar, i to niezależnie od miejsca – w wodzie też. Efekt? Pijackie darcie mord w południe na plaży to polska norma. Słów innych, niż „kurwa” raczej mało co słychać i niestety wyjazd nad polskie morze to dla rodziny wielkie nieporozumienie. Znaczy dla rodziny, w której nie złopie się na potęgę „bo wakacje” i mówiącej do siebie czymś więcej, niż kurwami przerywanymi półsłówkami.

Żałosne…

Infrastrukturę nadmorską już mamy. Ludzie niestety do niej jeszcze nie dorośli.

Efekt: Bałtyk jest piękny, kurorty też już mamy niezgorsze a prywatna inicjatywa aż furczy. Ale polska słoma z butów wyłażąca na każdym kroku skutecznie morduje całą frajdę z wyjazdu. Czegoś takiego nie widziałem w żadnym innym kraju i zdaje się to nasza narodowa specjalność. Szkoda, wielka szkoda.

A co do samego morza – jako się rzekło, jest piękne ale cholera ZIMNE! Rozpieszczony Morzem Śródziemnym i żyjąc w przekonaniu, że woda w lecie gdzie się nie wlezie musi być ciepła, przeżyłem szok termiczny, który nauczył mnie szacunku dla Bałtyku. Jasny gwint, było naprawdę zimno! :)

Następny dzień to była już sobota czyli nasz ostatni dzionek nad morzem. I okazało się, że wszystko, co najlepsze, Bałtyk zachował dla nas właśnie na ten dzień. Doskonała pogoda i plaża w Chałupach to było coś, co przywróciło mi wiarę w wypoczynek na naszym wybrzeżu. Cudne słoneczko robiło swoje ale ja byłem wręcz onieśmielony urokiem chałupskiej plaży. Ludzi niewiele, kilometry piasku i rewelacyjnego wybrzeża, woda rześka jak cholera co prawda ale wręcz zapraszająca do wejścia, Gut mający do dyspozycji największą piaskownicę, jaką mógł sobie wymarzyć i ogólny nastrój spokoju, błogostanu i chęci do nicnierobienia. Ooooo, jakże ten dzień był znakomity! Tydzień czegoś takiego po prostu zniszczyłby wszelki pracowy stres i przegonił precz wszelkie zmęczenie. To była fantazja. Szkoda, że tylko jednodniowa…

W niedzielę wpakowaliśmy się do samochodu, pożegnali wylewnie z goszczącą nas panią Reginą i jej sympatycznym domkiem (25 złociszy za łóżeczko, ceny bardzo OK tym bardziej, że ze Swarzewa w sumie wszędzie było blisko i gdyby nie korki, byłaby to znakomita baza wypadowa) i ruszyliśmy do Poznania. W korkach straciliśmy z półtorej godziny i zmęczeni w końcu wylądowaliśmy w domu. I tak prozaicznie skończył się nasz wypoczyn.

Szkoda :/

Poniżej fotograficzna relacja z tych kilku dni względnej swobody (dzieci to zło! :)). Miłego oglądania!

, ,

8 odpowiedzi do Wypoczyn nad Bałtykiem aka ZA KRÓTKO KIERW…

  1. byte Sierpień 21, 2013 o 20:48 #

    O, kolega też Seacikiem pomyka. Co to jest, Altea, Leon?

    • CoSTa Sierpień 21, 2013 o 20:52 #

      Kolega niestety Seacikiem nie pomyka, fura jest matki i tak, to Leon. Wypasiona furka! Oj, jak ja go chcę!

  2. matipl Sierpień 22, 2013 o 11:54 #

    Co Ty się chłopie dziwisz, jak jedziesz z tłumem? Są piękne, ciche polskie plaże gdzie nie musisz oglądać wspomnianych pijanych mord.
    Są inne drogi, które się nie korkują, ale jak jedzie się z resztą…. Są też tramwaje wodne/statki 3city Półwysep Helski, co byłoby atrakcją, a i oszczędnością nerwów i czasu.

    „Czwartek 15-go to było jakieś kościelne święto” – Primo to jest wolne z okazji święta Wojska Polskiego, tego dnia przypada też rocznica Cudu nad Wisłą (1920), jak również Matki Bożej Zielnej (Wniebowzięcie NMP).
    A secundo, to zamknięte z okazji świąt oznaczonych na czerwono mają być głównie sklepy, a nie punkty gastronomiczne. A i tak sklepy, gdzie sam szef lub osoba na umowę-zlecenie nie da rady samemu (więc osiedlowe,miasteczkowe jak najbardziej mogą być otwarte).

    • CoSTa Wrzesień 9, 2013 o 15:15 #

      Sorry, że dopiero teraz odpowiadam. Ot życie przycisło i na stronę nie wchodziłem od miesiąca prawie :/

      Co do korków – pewnie, że są drogi, które się nie korkują. Można też wskazać całą sieć dróg polnych zazwyczaj w ogóle nie zajmowanych wskazać jako fajną alternatywę. Tyle że niekoniecznie znam te drogi, niekoniecznie mam chęć jeździć trasami eksperymentalnymi i niekoniecznie uśmiecha mi się wylądowanie z dzieciakami w Bździnie Dolnej tylko dlatego, że ktoś nie przemyślał sprawy remontów dróg i ich terminów. W normalnych warunkach chcąc jak najszybciej dostać się z punktu A do punktu B wybiera się zazwyczaj drogi główne, jako te najbardziej przejezdne. Jak się okazuje, bywa to założenie błędne.

      Że są piękne plaże nad Bałtykiem przekonałem się niestety ostatniego dnia wyjazdu. Szkoda straszna bo Chałupy nas zauroczyły.

      15-go jest wolne z okazji święta kościelnego a nie święta WP. Zdaje się zwie się to święto Wniebowzięcia Matki Bożej.

      I dobrze, że zamykane mają być sklepy a nie punkty gastronomiczne. Dzięki temu życie kwitło!

      • matipl Wrzesień 9, 2013 o 15:24 #

        1. To trzeba chociaż raz włączyć TV 15 sierpnia, to zobaczysz gdzie jest Prezydent i całe polskie wojsko ;)
        http://pl.wikipedia.org/wiki/Święto_Wojska_Polskiego

        2. Święta kościelne są prawie codziennie ;)

        3. Rozumiem, że możesz nie znać. Ale wtedy nie wybieraj się w szczycie trasą ze wszystkimi. Co roku A1, oraz inne drogi główne są przytkane do 3city, nie mówiąc o półwyspie.
        W tym sezonie było trochę lepiej w centrum Gdańska, z powodu Obwodnicy Południowej, ale reszta się nie zmieniła. Tym bardziej, że lato=remonty.

        • CoSTa Wrzesień 11, 2013 o 08:24 #

          1. W TV oglądam wszystko, tylko nie prezydenta z ferajną :)

          2. Ale niestety nie codziennie z ich okazji mamy wolne.

          3. Ciężko jechać na urlop nie w sezonie. W końcu dlatego właśnie się ten okres nazywa „sezon urlopowy”, bo wtedy wyjazd nad morze ma sens. Tak czy inaczej następne fale na pewno nie będą bałtyckie. Moja miłość do Śródziemnego tylko wzrosła :)

  3. Biter Sierpień 27, 2013 o 14:52 #

    Fajna relacja, ale miejsce faktycznie cierpi na nadmiar potocznie nazywanej hołoty i bydła. Na szczęście nad tym naszym Bałtykiem jest jeszcze trochę miejsc mniej popularnych a przez to pozbawionych tej wady – w razie czego pytaj w przyszłym roku, polecę kilka sprawdzonych miejscówek ;)

    • CoSTa Wrzesień 9, 2013 o 15:17 #

      Z powodu ekstremalnej temperatury wody, najbliższe lata nadmorskie będę spędzał o ile się tylko da w zdecydowanie cieplejszych regionach naszej planety :). Jednak jeśli nas będzie wywiewało nad nasze morze, szykuj Mapsy!

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Wygrzebane… Rogal i jego filmiki

Większość z wpadających na tego blogaska nie zna zapewne Rogala. Wiem, że słowo "rogal" od razu kojarzy się z czymś...

Zamknij