Menu serwera

Birdman

Birdman

Za jasną cholerę nie wiem, jak zabrać się do recenzji filmu, który mocno poruszył Dorophę i mnie, po obejrzeniu którego zrobiliśmy głośne „WTF?” i który przymusił nas do zamiany kilku zdań o tym, co dopiero zobaczyliśmy.

Czytam recenzje, czytam komentarze, czytam wyrazy zachwytu, czytam pozorowane na zblazowane opinie tych, którym wydaje się, że połknęli wszelką mądrość, czytam opinie krytyczne, czytam, czytam, czytam… To błąd. Jeśli filmu jeszcze nie widziałeś, nie czytaj o nim, nie łap za recenzje i pod żadnym pozorem nie przeglądaj forów czy innych miejsc wątpliwej jakości uzewnętrzniania się małolatów. Nie psuj sobie przyjemności świeżego podejścia, czystego umysłu w interpretacji wydarzeń, nie wrzucaj sobie garba ewentualnych uprzedzeń. Po prostu ze spokojem obejrzyj ten film.

Zasadniczo wszystko jest dosyć proste: starzejący się bohater, któremu po czasach młodości i wspaniałości została tylko sława i niewiele więcej, chce w końcu coś w życiu osiągnąć, zrobić coś ważnego, coś istotnego, coś, za co warto będzie go pamiętać. Cały film to właściwie opowieść o rozpaczliwej walce o znalezienie sensu w życiu, które nie ułożyło się, jak powinno, życiu miałkim i przeciekającym przez palce, w którym wszystko, co ważne, ginie gdzieś przytłoczone kolorowymi piórami życiowej roli Birdmana – największego sukcesu będącego przy okazji największym rozczarowaniem życiowym bohatera. Dualizm osobowości Riggana Thomsona miejscami przeradza się wręcz w osobowość wieloraką a chwile w filmie, w których Birdman walczy z Thomsonem są jak patrzenie na dialogi Jekylla z Hydem: fascynują. Te dwie osobowości przez cały film ze sobą walczą i jest to moim skromnym zdaniem walka przez Thomsona przegrana.

Ten film to dramat. Głęboki, poruszający dramat ukazujący powolny upadek człowieka na rzecz jego o sobie samym wyobrażenia. To także tragikomedia ukazująca jak bardzo złożoność życia i miejscami zabawne dla oglądającego sceny (świetne wyjście na fajkę i konsekwencje owego) potrafią powoli drążyć i niszczyć psychikę dokładając kolejny kamyczek do już usypanego wielkiego stosu o nazwie „za dużo na mych barkach”.

Są w tym filmie sceny kluczowe, których trudno się na pierwszy rzut oka dopatrzeć a które ujawniają się po przemyśleniu i poukładaniu całości. Fantastyczna, doskonała scena rozmowy z byłą żoną w garderobie podczas antraktu – niby nic ale tam mamy przyznanie się bohatera do porażki. Zupełnej… Totalnej… Kompletnej… Zwróćcie uwagę, jak to jest zrobione, jak to jest pokazane, jak to jest przegadane – absolutny majstersztyk.

Fantastyczna jest konstrukcja filmu, nieprawdopodobna dbałość o detale oraz nienachalne używanie prostych w sumie do rozgryzienia alegorii, które jednak swoją robotę robią doskonale (ach te ujęcia w wąskich korytarzach!). Operatorka stylizowana na długie ujęcia i użycie głównie bliskiego planu i zbliżeń także robią swoje – w filmie siedzi się obok bohaterów, patrzy im się w oczy, liczy pory i zmarszczki na skórze. Tak musi być, to musi być tak pokazane, nie może być inaczej – musimy widzieć bohatera takim, jakim jest: człowiekiem starszym, zniszczonym, dalekim od ideału. Operatorka w tym filmie zasługuje na wszelkie ochy i achy, jakie można z siebie wydobyć.

Muzyka… Chyba najlepsze, co można było dobrać, zostało dobrane. Synkopowana perkusja, nienachalny jazz… Z natury swojej ta muzyka pasuje jak ulał do chaosu, jaki dzieje się przed oczami, stanowi idealne tło i doskonale podkreśla swoją obecnością lub brakiem momenty, które trzeba było podkreślić.

To dla mnie jeden z najważniejszych filmów ostatnich lat – przykład perfekcji wykonania, dzikości scenariusza, fenomenalnej gry, wielopoziomowości fabuły i odwagi w podejmowaniu zagadnień podstawowych ujętych w z pozoru banalnej historii. Inárritu (reżyser i współscenarzysta, facet od Amores perros, Babel czy 21 gram) dał absolutnie radę, poprowadził mnie po mistrzowsku po swojej historii, porwał mnie swoją opowieścią i zaciągnął w kilka miejsc, których dawno w sobie nie odwiedzałem. Magiczna robota…

Strona filmu

, ,

Trackbacki/Pingbacki

  1. Whiplash - CoSTa's Family Page - Luty 11, 2015

    […] brakuje przede wszystkim finezji. W przeciwieństwie do opisywanego nieco wcześniej Birdmana, Whiplash jest jak uderzenie młotkiem – wszystko od razu oczywiste, jasne i […]

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Theory of Everything
The Theory of Everything! Trash!

Dzisiejszą wrzuteczkę sponsoruje ból zatok i takie zielono-żółte, ciągnące się i nie chcące wyjść z kinola coś, co w konsystencji...

Zamknij