Menu serwera

Whiplash

Whiplash

Film odpalałem z wielkimi nadziejami na niezapomniane widowisko. Na coś, co będzie aktorskim popisem, historią ciężkich zmagań z trudną materią muzyki i bezprzykładnego dążenia do perfekcji. Kiedy poster promocyjny składa się zasadniczo z samych pochwał, masz prawo spodziewać się czegoś specjalnego, czegoś wyskakującego ponad średnią.

Czy to otrzymuje się oglądając Whiplash? W skrócie: nie do końca.

Mam wrażenie, że film nieco się zawalił pod własnym ciężarem – chciano zbyt wiele, nawkładano zbyt dużo a w konsekwencji zrobiło się zbyt ciężko i cała konstrukcja posypała się i pokryła kurzem, zanim na dobre powstała. Whiplash jest jak amerykański film o bohaterskim bejzboliście chcącym być koniecznie najlepszym pod Słońcem rzucającym, co mu się w końcu udaje w Wielkim Finale i to ze złamaną ręką i przy aprobującym grymasie na twarzy oldschoolowego w metodach (jak się okazuje najlepszych) trenera. Na swój sposób prawdziwe i pewnie wzruszające ale niekoniecznie nas, Europejczyków, mających duży problem w pojęciu o co w bejzbolu w ogóle chodzi. Whiplash ma ten luksus, że jest o jazzie, czyli o materii przez Europejczyków znacznie lepiej rozumianej ale niestety rozumienie materii dalej nie usprawiedliwia tego, co oglądamy. Wszystko jest bowiem potwornie przerysowane, jak w filmach o bohaterskich bejzbolistach.

Filmowi brakuje przede wszystkim finezji. W przeciwieństwie do opisywanego nieco wcześniej Birdmana, Whiplash jest jak uderzenie młotkiem – wszystko od razu oczywiste, jasne i przejrzyste. Reżyserem filmu jest niejaki Damie Chazelle, który na koncie ma na razie tyle, co nic i gratulując mu z całego serca niezłego w sumie filmu, muszę niestety wytknąć facetowi dziesięć lat młodszemu ode mnie, że niestety to widać. Za mały bagaż życiowych doświadczeń, być może zbyt nisko rozwinięta wrażliwość a być może za duże ustępstwa na rzecz producentów spowodowały, że Whiplash jest obrazem dosyć jednowymiarowym a przez to w pewnym momencie po prostu nieinteresującym.

Czy to film zły? Nie, absolutnie nie! Ten film jest po prostu mało angażujący. Miotający się po ekranie facet sypiący wulgaryzmami może co najwyżej budzić zdziwienie wśród normalnych ludzi, którzy komuś takiemu spuściliby najzwyczajniej łomot za podobne traktowanie. Nieco rozlazły studencina, który chce być koniecznie najlepszy także średnio przekonuje – mało w nim pasji, mało zawzięcia, mało tego magnetycznego czegoś, co nawet amerykańskiego bejzbolistę potrafi czasem do siebie przekonać. Wątki miłosne są, bo muszą być ale równie dobrze mogłoby ich nie być – nie wprowadzają żadnego napięcia, służą jednej scenie w kawiarni, w której chłopak rzuca dziewuchę w imię dążenia do perfekcji, sucho z resztą i bez jakichś większych emocji.

Za to świetnie ale to świetnie są pokazane zajęcia muzyczne, ćwiczenia czy jak to się tam muzycznie fachowo zwie. Kompletnie niezrozumiały dla laika język, jakieś takty, rwania, perfekcja w grze, idealne zestrojenie zespołu, nuty, jakieś numerki koło nich… My, laicy, gówno wiemy o tym, jak się gra muzykę, jak się ją ćwiczy, ile wymaga pracy i jakie tajemnice trzeba przyswoić, by w ogóle o jej rozumieniu „mechanicznym” zacząć rozmawiać. Gdyby nie ten miotający się koleś, mógłbym te zajęcia oglądać godzinami, bo oto nagle zza latającej ręki dyrygenta wyłania się obraz ciężkiej pracy wielu ludzi, której to pracy po prostu nie rozumiemy, która jest inna, nieznana, dziwna, magiczna poniekąd… Niestety w filmie za słabo pokazano, jak ciężko jest wyrwać z instrumentu brzmienie i tempo, na którym zależy wykonawcy czy twórcy dzieła. Owszem, były chwile, kiedy pokazywano mechanikę stukania w instrument. Ale nie szła za tym żadne głębsza myśl, żadna idea walki z materią instrumentu, rzeźbienia w nim, wyrywania tego, na czym muzykowi zależy. Pokazano krew ale nie ma się odczucia tkwiącego w tym sensu. Gdzieś po drodze zaginęła rzecz ważniejsza od owej krwi: odpowiedź na pytanie „po co to wszystko”.

O filmie w serwisie Filmweb

, ,

1 odpowiedź do Whiplash

  1. Jajcuś Luty 11, 2015 o 12:41 #

    [SPOILER ALERT]

    Zgodzę się właściwie ze wszystkim… ale dodam jeszcze jedno. Jakby poszukać w tym filmie jakiegoś przesłania, to wyjdzie, że „mobbing jest cool”, że ten środek może być usprawiedliwiony przez cel. Pewnie miało być standardowe „ktoś, kto naprawdę czegoś chce, ten to osiągnie, dowolnym kosztem”, ale wyszło „chcesz być kimś, to musisz dostać wpierdol”. Smutne.
    Gdzieś tam główny bohater podaje to rozumowanie w wątpliwość… ale finałowa scena nie pozostawia wątpliwości. Stanowczo wolałbym inne zakończenie.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Birdman
Birdman

Za jasną cholerę nie wiem, jak zabrać się do recenzji filmu, który mocno poruszył Dorophę i mnie, po obejrzeniu którego...

Zamknij