Menu serwera

B-Twin Original 3

Rowerowanie – dopadło i mnie :)

No i chyba wsiąkłem. A zaczęło się tak niewinnie… Jakiś rok temu kupiliśmy sobie rodzinnie rowerki. Tanie, bo my biedni jesteśmy ale jeżdżące, a o to nam głównie chodziło. Mój rowerek nazywa się B-Twin Original 3 i jest zapewne jakąś chińszczyzną jakich wiele, ale dał mi fantastyczną rzecz: przekonanie, że rower to kawał dobrej zabawy i sposób na ruszenie czterech liter w nieco innej formie, niż sprzed telewizora na kanapę i z powrotem.

W zeszłym roku jakoś nie kręciłem zawzięcie ale w tym to się zaczyna zmieniać. Winien wszystkiemu jest da Killa, który swego czasu facetem był potężnym ale od czasu dopadnięcia go przez pedałowatego wirusa ;) wziął i zmienił się diametralnie. Popatrzyłem na zdjęcia i nie uwierzyłem. Po czym rzekłem sobie: CoSTa, może to jest sposób na rosnący brzuch?

Wsiadłem więc na swoje dwa kółka i zacząłem jeździć. Początkowo było źle. Bolało wszystko: uda, łydki, barki, dłonie, ręce (wbrew pozorom górne partie ciała też potrafią mocno pracować) a przede wszystkim dupa. O jak dupa bolała strasznie! Na tyle, że w ogóle w kąt chciałem to cholerstwo rzucić i dać sobie spokój. Na szczęście mój mentor zadał mi jedno, zasadnicze pytanie: „czy masz pampersy?”

Kupno gaci ze zmiękczającą wkładką było cudownym doświadczeniem! Nagle można było jeździć dalej i dłużej. To nie to, że dupa nie boli – boli nadal ale przynajmniej nie jest katowana na wszystkie sposoby. Drugim fajnym gadżetem okazały się być podarowane mi przez rodzinę rękawiczki. Niby bzdura ale komfort jazdy znacznie wzrósł, łapy nie odpadają a te chińskie (czy kto tam te B-Twiny składa) wynalazki przestają siać spustoszenie w organizmie.

I wiecie co? Lato trwa a ja już powoli myślę o dystansie 70 kilometrów, który mam zamiar do końca lata powiększyć do okrągłej setki. Na razie moim szczytem możliwości jest 60 przejechanych kilometrów ale już widzę, że będzie więcej i to bez większych problemów. Po ostatniej wycieczce z kolegami starczyło sił na spokojnie jeszcze z 10-20 kilometrów ale wolę wolniej a stabilniej zwiększać dystanse.

Jazda na rowerku ma MOC! Owszem, lekko nie jest a miejscami wręcz ciężko ale satysfakcja po przejechaniu dystansu, o którym się kiedyś nawet nie myślało, jest niesamowita. No i człowiek się uczy, jak ważny jest sprzęt i te wszystkie gadżety. Ot prosty przykład:

Zaczynałem jeździć w zwykłych spodenkach, które wydawały mi się wygodne i w ogóle. Dupa tam, po trzydziestu kilometrach zaczynało mnie wszystko uciskać, blokowało przepływ krwi, powodowało mrowienia i z czasem po prostu ból. Te obcisłe gacie z pampersem to wynalazek szatana – nic się nie podwija, wszystko siedzi na swoim miejscu, dupsko nawet nieco zadbane… Co za doskonały pomysł!

Inny przykład może: zaczynałem jeździć wrzucając na nogi trampki (kocham, nie oddam, najlepsze obuwie pod Słońcem). I znów okazywało się, że miękka podeszwa to katorga dla stopy cisnącej na pedał. Stopy puchły, z czasem po prostu bolały. Zmieniłem trampka na but do biegania (tak, mam coś takiego na wszelki wypadek, gdybym zgłupiał na tyle, by biegać :)). Cóż za komfort! Nagle 50 kilometrów przestało być jakimś nieosiągalnym wyzwaniem, po prostu wzięło i się samo pewnego dnia wykręciło.

Jeśli ktoś ciekawy, to rowerek sprawuje się nad zwyczaj dobrze, jeździ fajnie i na dzień dzisiejszy nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Taniocha ale działająca całkiem nieźle. Przerzuteczki śmigają, duże kółka dają speeda odpowiedniego, całość może i trochę skrzypi ale już mi w tyłek wrosła i na razie nie zmieniam na nic innego. Rower za osiem stów w zupełności wystarczy, by pokręcić się po okolicy.

B-Twin Original 3

B-Twin Original 3

Uczę się na samym sobie, w co następnego zainwestować, by móc rozwijać swoje możliwości. Na razie nie planuję żadnych innych inwestycji, chyba że przy dłuższych dystansach coś wyjdzie i trafię na barierę, której nie będę mógł inaczej przeskoczyć. Wygodny plecak z piciem na plecach, okulary na oczach (muchy strasznie w oczy lecą, bez okularów się nie da) i świat stoi przede mną otworem!

Zajebiste!

Poniżej ostatnia wycieczka z kumplami po okolicy Poznania i moje drugie 60 przejechanych na rowerze kilometrów w życiu. Będzie więcej! Wkręciło mnie!

,

11 odpowiedzi do Rowerowanie – dopadło i mnie :)

  1. Piotrek / savek Lipiec 11, 2016 o 21:30 #

    No kolego bardzo mnie to cieszy bo nie ukrywam, że i sam kręce szprychą z wielkim zamiłowaniem. Jest moc! Tak trzymaj! Ja dziś przekręciłem total na 1000 km – aż ciężko mi w to uwierzyć bo na początku roku przypominałem jeszcze Muminka ;) a teraz ubrania w rozmiarze „L”. hehe

    • CoSTa Lipiec 12, 2016 o 08:54 #

      Będę walczył! Tym bardziej, że to cholera przyjemne :)

  2. Konrad Burkowski Lipiec 11, 2016 o 21:49 #

    Dajesz! Ale to nie rower gubi kilogramy, a dieta. U mnie 37 kilo w dół :-)

    • CoSTa Lipiec 12, 2016 o 08:55 #

      Rower i dieta. Bez ruchu samo u mnie nic nie spadnie, taką już mam genetykę. Nad dietą muszę jeszcze popracować, to fakt.

  3. bobiko Lipiec 12, 2016 o 09:24 #

    No Kostas, jestem z Ciebie dumny i trzymam kciuki za rowerowego bakcyla, zeby wciągnął na dobre.

    Mnie kilka lat temu to samo dopadło i jeżdże po dzień dzisiejszy – nie wyobrażam sobie tygodnia bez kręcenia a staram choć 150km wykręcić. Jeśli chodzi o dietę to ją połączyłem rower – MŻ (http://blog.bobiko.pl/2012/12/najwiekszy-sukces-w-2012-roku-operacja-schudnij/)

    Po dzień dzisiejszy utryzmuje wagę w okolicach 89kg ale bede musiał w końcu oponkę zgubić. No i siłownia, ćwiczenia okołorozwojowe :)

    Jeśli masz pytania odnośnie jednośladów to wal śmiało na priv.

    ps.: Dobrze, ze wybrałeś stravę ;) bede rozdawał kudosy ;)

    • CoSTa Lipiec 12, 2016 o 09:59 #

      Dzięki za wsparcie! Jak na razie sprawia mi to mnóstwo frajdy i niechaj już tak zostanie. Jeśli do końca wakacji wykręcę stówkę, to będzie impreza co się zowie! :)

  4. Łukasz Horodecki Lipiec 12, 2016 o 09:43 #

    Dobra robota, witam wśród zarażonych!

    Rower jest spoko, nie chińszczyzna, tylko francuszczyzna :) Pewnie stalowa rama swoje waży, ale ja też zaczynałem od dwudziestokilowego trekingu na ramie ze stali cro-mo i dało się setkę pociągnąć. Wystarczy regularnie czyścić napęd i smarować łańcuch, a posłuży długi czas.

    Pewnie nie muszę pytać, czy jeździsz w kasku?

    Jak będziesz zastanawiał się, w co teraz zainwestować, to gorąco polecam buty i pedały spd. Nie jest tanio niestety, ale luksus pedałowania na bardzo sztywnej podeszwie jest spory. No i fakt, że zawsze masz optymalnie ustawioną stopę i nie ma mowy o zsunięciu się jej z pedału też dużo daje.

    A co do diety i roweru – przy ostrym jeżdżeniu nie da się stosować diety. Nie dość, że trzeba jeść cały czas na rowerze, to jeszcze należy odpowiednio zbudować rezerwy przed każdą dłuższą jazdą, a po ostrym wysiłku włącza się odkurzacz i trzeba przed delikwentem jedzenie chować :) A kilogramy i tak schodzą :D

    Aha – gdzieś w okolicach pierwszych tras 100+ się zaniepokoiłem, że nagle zaczęło mi kg przybywać mimo jeżdżenia. Okazało się, że tłuszczu dalej ubywało, ale nogi się wyraźnie rozrosły :) Tak więc się nie przejmuj, gdy waga nagle zacznie pokazywać nie to, czego się spodziewasz.

    • CoSTa Lipiec 12, 2016 o 10:08 #

      O dziwo nie waży to wszystko jakoś wiele i na razie nie mam zamiaru nawet zmieniać. Niech posłuży ile wlezie. Później się pomyśli ale ja z tych, co to za bardzo nie lubią pakować w sprzęt bez potrzeby. Jeśli się zaczną dystanse, wtedy uderzę po poradę :)

      Kasku jeszcze brak, co próbowałem dopasować, to niewygodne w cholerę i bardziej przeszkadzało, niż miałoby pomagać. Wiem, wiem… Trzeba, głowę ma się jedną i to rzecz ważna. Obiecuję, w końcu nabędę.

      Buty i pedały wpadną, jak zacznę pod setkę robić. Kumpel, z którym jeżdżę, ma takie cuda i nie mogę się nadziwić, jaki to dobry wynalazek. Na razie jak widzisz śmigam sobie relaksowo ale faktycznie, na dłuższe wypady rzecz wygląda na nieodzowną. Buty na pewno, choć patent z biegowymi uznaję za zajebisty – podeszwa trzyma ładnie a ciśnięcie na pedał jest praktycznie nieodczuwalne. Póki co dobrze to działa.

      Wagą się nie przejmuję, raczej jej strukturą :)

      Czyli wychodzi mi na to, że pod koniec wakacji i przy trasach pod 100 trzeba będzie wydatkować. No i dobrze. Odezwę się w temacie sezonu jesiennego i sensownych łachów na takie pory.

      • Łukasz Horodecki Lipiec 12, 2016 o 10:57 #

        Jak nie czujesz się swobodnie z kaskiem bezpośrednio na głowie, to spróbuj zakładać go na buffa (lub jakiś tańszy odpowiednik, w decathlonie są po 14 złotych). Poprawia odprowadzanie potu, a kask nie drażni skóry przy dłuższym jeżdżeniu (a tak miałem ze starym kaskiem Krossa).

        Kaski z Biedronki czy Lidla, jak śmiesznie by to nie brzmiało, to całkiem przyzwoity pomysł. Mają takie same atesty jak markowe i dużo droższe produkty, a różnią się najwyżej wagą, wygodą, aerodynamicznością czy wentylacją. Warto poprzymierzać przy okazji, może coś przypasuje.

        Bardzo fajne kaski i tanie w porównaniu do bardziej lansiarskich marek (Giro, Rudy i takie tam) robi czeska firma Force.

        • bobiko Lipiec 12, 2016 o 11:39 #

          Używam a właściwie używałem kasku z lidla i muszę przyznać, że nie jedną wyprawę przeżył a i dzięki niemu raz głowa została nienaruszona. To nic, ze z lidla czy biedry, ważne zeby pasowała na łbie ;)

Trackbacki/Pingbacki

  1. Moje pierwsze 100 kilometrów! - CoSTa's Family Page - Wrzesień 13, 2016

    […] Obiecałem sobie na początek wakacji, że do ich końca dam radę na rowerze śmignąć 100 kilometrów. I udało się! W ostatnią niedzielę wziąłem i wsiadłem na rowerek z zaciętą miną, dupą gotową na ból, litrami picia w plecaku i w ogóle przygotowany tak bardzo, jak to tylko w moim amatorskim jeżdżeniu jest możliwe. No i proszę, udało się… […]

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
The Color Run w Poznaniu – byliśmy, zobaczyliśmy, ubrudziliśmy się :)

Ha! Nawet nie przypuszczałem, że to taka fajowa impreza! The Color Run w Poznaniu się odbyło, Doropha naciągana przez znajomych...

Zamknij