Menu serwera

Rogue One: A Star Wars Story (Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie) - recenzja

Rogue One: A Star Wars Story (Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie) – recenzja

No i ruszyliśmy z das Gutem na nowe Gwiezdne wojny. W końcu. Jakoś nie wyszło nam kupno biletów na premierę i swoje odczekaliśmy ale za to trafiliśmy do IMAXa, dorwaliśmy dobre miejsca, założyliśmy okulary i się zaczęło…

Recenzować film ze świata Gwiezdnych wojen jest ciężko. Większość z czytających takie recenzje miało z tym fenomenem kulturowym styczność, wielu śledzi tę sagę od samych początków jej istnienia i dorastało wraz z nią. Można Gwiezdne kochać, lubić i szanować bądź mieć je w odwłoku, niemniej na pewno się o serii słyszało czy się chciało, czy też nie. O czymś takim ciężko pisać tak, by nie wpaść w konflikt z wyznawcami lub nie być zaoranym przez kolesi wkuwających kwestie filmowe na pamięć. Dlatego nie będę pisał o tym, co się na ekranie działo. Raczej o tym, jak na to z das Gutem reagowaliśmy.

Zacznę może od epizodu wcześniejszego, czyli siódmego licząc na palcach, czyli od Przebudzenia mocy. Zarówno dla mnie jak i dla Guta to jedna z ulubionych części GW z bardzo wielu powodów. Przede wszystkim i mnie, i Gutowi podobało się to pełne zaangażowania prowadzenie narracji w kierunku podstaw GW, pierwszego nakręconego epizodu sagi. Bardzo przypadło nam do gustu mocne osadzenie epizodu w świecie GW, czuliśmy tę więź z wcześniejszymi epizodami, podobało nam się rozwinięcie historii. Film był dobry i basta, nawet jeśli nie jakiś odkrywczy i nie operującymi nowymi zagraniami a właściwie w całości bazujący na pomyśle sprzed lat. Oglądało nam się to po prostu dobrze. Dlatego trochę żeśmy się z młodym obawiali skrętu w bok, oglądaliśmy tylko trailery i staraliśmy się nie dowiadywać niczego z fabuły, by w miarę możliwości być zaskoczonymi pozytywnie lub negatywnie ale przynajmniej być zaskoczonymi. Nie udało się, przespaliśmy premierę a wszyscy znajomi, którzy na filmie byli, podpowiadali tylko jedno: bierz młodego pod rękę i idź na ten film! Tym sposobem oczekiwania wzrosły, chcieliśmy czegoś nowego, innego i – jak to malowniczo określił das Gut – „fajnego!”. I to dostaliśmy, oj jak żeśmy to dostali…

Z fabuły das Gut wiele może nie wyniósł, za co błogosławieni niech będą twórcy, bo robili film dla starszego widza i to widać i czuć. Natomiast w warstwie wizualnej odnieśli pełen sukces udowadniany nie raz gromkim „oooch, ja cię, tato, ale to super!” dobiegającym od strony młodego. Mnie warstwa wizualna powaliła po prostu. W końcu dostałem coś, na co czekałem od dawna: wdrożone na ekranie Star Wars Dark Forces, które idealnie oddawało industrialny charakter budownictwa Imperium. Z drugiej strony sceny z siedzib rebelii dosłownie wyciągnięto mi z głowy – zawsze tak sobie je wyobrażałem. Na wielką pochwałę zasługuje coś, na co zwrócił uwagę Kuraś w swojej facebookowej pisaninie o Łotrze 1 – ta analogowość ichniej technologii, którą pamiętamy z Nowej nadziei, te wszystkie pokrętła, przyciski, guziki, mazane w monochromie i lowresie schematy i wykresy na ekranach… Boskie!

Całość nie jest natomiast oczywista od strony dobra i zła patrząc. Dychotomia nie jest oczywista, na co zwrócił mi z resztą uwagę sam das Gut. Widziałem jakie wrażenie zrobiła na nim scena skoku na transporter Imperium, gdzie trup się ściele, przypadkowi przechodnie dostają po tyłku, dziecko płacze wśród wybuchów… No terrorka na maksa i tu się nieco lico dasGutowe zawiesiło w wyrazie zdumienia a później zastanowienia. I samo dziecko mi w końcu powiedziało, że z tych rebeliantów to niezłe łobuzy i przestępcy tak po prawdzie. O jakże ja cenię swojego juniora za takie wstawki! I jakże cenię twórców filmu za dostarczenie tego typu rozterek w ten dotychczas jednowymiarowy wszechświat! Odbyliśmy z młodym całkiem ciekawą dyskusję o doborze metod działania Dobra walczącego ze Złem i kiedy te metody zmieniają Dobro w to, z czym właśnie walczy. Dobra pogaduszka i raz jeszcze zwracam uwagę na to, że to właśnie po tej części Gwiezdnych ona się odbyła. Coś w tym filmie jest, co intryguje nawet siedmiolatków…

Finałowa scena batalistyczna to już Pluton jak żywy a wejścia Vadera zrobiły na nas obydwu ogromne wrażenie. W końcu wiemy, dlaczego zwykli zjadacze chleba tak drżeli przed Vaderem. Do tej pory Vader skupiał się głównie na umniejszaniu stanu osobowego własnej armii ale nie w tym filmie! Tu jest pokazana ta straszna MOC nie jako bzykające mieczyki świetlne ale konkretna siła czyniąca pogrom.

Ogólnie wyszliśmy zachwyceni. Film rewelacyjny i nie możemy się już doczekać kolejnych historii ze świata Gwiezdnych Wojen. Jeśli jakimś cudem jeszcze na film nie trafiłeś/trafiłaś a świat GW do ciebie gada – idź koniecznie! To najlepszy film ze świata SW od czasu Imperium kontratakuje i basta! Ten film dobry na tak wielu płaszczyznach, że to aż dziw, że udało się zachować przy okazji ten gwiezdnowojnowy feeling…

Chcemy jeszcze!

,

2 odpowiedź do Rogue One: A Star Wars Story (Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie) – recenzja

  1. byte Styczeń 9, 2017 o 10:11 #

    Mnie tak średnio podeszło, nie żebym był zawiedziony, ale chyba miałem za wysokie oczekiwania idąc do kina. Największy żal ma za Tarkina i Księżniczkę – CGI jednak jeszcze nie dorosło do animowania ludzkich twarzy w zbliżeniach.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Wesołych Świąt!
Wesołych Świąt!

Spokojnych, radosnych, bogatych wrażeniowo, rodzinowo i podchoinkowo Świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam my: das Gut, da Majek, Doropha und papa...

Zamknij