<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>CoSTa&#039;s Family Page &#187; Demoscena</title>
	<atom:link href="http://costa.info.pl/category/demoscena/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://costa.info.pl</link>
	<description>Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną.</description>
	<lastBuildDate>Mon, 06 Feb 2012 21:42:49 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Andromeda Software Development</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/11/andromeda-software-development/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/11/andromeda-software-development/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 24 Nov 2009 10:18:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Blog]]></category>
		<category><![CDATA[Download]]></category>
		<category><![CDATA[Filmik]]></category>
		<category><![CDATA[iPod/iPhone]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=4106</guid>
		<description><![CDATA[<script type='text/javascript' src='http://costa.info.pl/wp-includes/js/jquery/jquery.js?ver=1.7.1'></script>
99,999 procent populacji ludzkiej tytuł tego wpisu kompletnie nic nie mówi. I OK, nic to nie szkodzi. W sumie co kogo obchodzi grecka grupa demoscenowa trzaskająca demko za demkiem. Mnie obchodzi z dwóch względów: 1 — to Grekusy :); 2 — niektóre z ich demek są naprawdę plastycznie rewelacyjnie pomyślane a także niezgorzej technicznie wykonane. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>99,999 procent populacji ludzkiej tytuł tego wpisu kompletnie nic nie mówi. I OK, nic to nie szkodzi. W sumie co kogo obchodzi grecka grupa <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Demoscena" title="A co to jest demoscena?">demoscenowa</a> trzaskająca demko za demkiem. Mnie obchodzi z dwóch względów: 1 — to Grekusy :); 2 — niektóre z ich demek są naprawdę plastycznie rewelacyjnie pomyślane a także niezgorzej technicznie wykonane. A więc zapraszam do obejrzenia zbioru demek, jaki mnie się uskładał z różnych źródeł takich jak <a href="http://www.pouet.net/" title="Strona serwisu">Pouet.net</a> czy <a href="http://www.demoscene.tv/" title="Strona serwisu">Demoscene.tv</a>.</p>
<p>OK, a teraz prawdziwy powód powstania tego wpisu: po prostu testuję osadzanie playlist na blogu, a że przy okazji może komuś spodoba się nieco demoscenowej twórczości — czemu nie testować w ten właśnie sposób? Wszystkie demka lecące we flashowym playerze są oczywiście jak najbardziej do obejrzenia na iPhone czy czymkolwiek innym, co wyświetli h.264 (prosiłbym o przetestowanie osoby z komórkami so called „smart”) — linki do poszczególnych filmików na końcu wpisu. Tak swoją drogą — świetnie się te filmiki na iPhone ogląda a może któregoś z jabłkomaniaków scena przy okazji wciągnie? Anyway, czas test <a href="http://www.longtailvideo.com/" title="Strona playera">JW Playera</a> rozpocząć.</p>
<p><embed src='http://dl.dropbox.com/u/1944692/Mediaplayer/player.swf' width='410' height='488' bgcolor='undefined' allowscriptaccess='always' allowfullscreen='true' flashvars='description=ASD - Dema&#038;file=http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD.xml&#038;title=ASD - Dema&#038;linktarget=_blank&#038;controlbar=over&#038;playlist=bottom' /></p>
<p>A poniżej wszystkie filmiki przygotowane dla iPhone (powinny śmigać jednak wszędzie, gdzie h.264 da się odpalić):</p>
<p><a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2001-Cadence_And_Cascade-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2001 — Cadence And Cascade</a> (m4v; 41,5mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2002-Edge_Of_Forever-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2002 — Edge OF Forever</a> (m4v; 33,5mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2003-Dreamchild-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2003 — Dreamchild</a> (m4v; 39mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2004-Eon-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2004 — Eon</a> (m4v; 23,5mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2004-Planet_Risk-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2004 — Planet Risk</a> (m4v; 44mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2005-Ambience_For_The_Masses-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2005 — Ambience For The Masses</a> (m4v; 23mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2005-Antidote_For_The_Masses-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2005 — Antidote For The Masses</a> (m4v; 22mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2005-Iconoclast-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2005 — Iconoclast</a> (m4v; 58mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2005-PixelShow_2005_Invitro-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2005 — PixelShow Invitation</a> (m4v; 14mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2006-Animal_Attraction-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2006 — Animal Attraction</a> (m4v; 42,5mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2006-Captive-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2006 — Captive</a> (m4v; 23mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2006-Evolution_Of_Vision-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2006 — Evolution Of Vision</a> (m4v; 24mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2006-Lithography-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2006 — Lithography</a> (m4v; 4mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2007-Beyond_The_Walls_Of_Eryx-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2007 — Beyond The Walls Of Eryx</a> (m4v; 23mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2007-Lifeforce-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2007 — Lifeforce</a> (m4v; 61mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2008-Alcatraz_Realtime_Generation_Invitation-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2008 — Alcatraz Realtime Invitation</a> (m4v; 23mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2008-Metamorphosis-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2008 — Metamorphosis</a> (m4v; 29mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2008-Midnight_Run-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2008 — Midnight Run</a> (m4v; 29mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2008-Size_Antimatters-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2008 — Size Antimatters</a> (m4v; 39,5mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2009-Chameleon-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2009 — Chameleon</a> (m4v; 27mb)<br />
<a href="http://dl.dropbox.com/u/1944692/Demoscena/ASD-2009-Rupture-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">ASD — 2009 — Rupture</a> (m4v; 44,5mb)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/11/andromeda-software-development/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>iPhone aplikacja — ModBox</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 29 Jun 2009 19:10:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Apple]]></category>
		<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[iPod/iPhone]]></category>
		<category><![CDATA[Program]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=3502</guid>
		<description><![CDATA[No i w końcu coś demoscenowego wzięło i się na iPhone pokazało. W sumie nie mam bladego pojęcia, dlaczego jeszcze żadne demka na iPhone nie śmigają. Czy to tylko kwestia kasy za SDK? Kaman, jeśli w tym kraju (lub gdziekolwiek indziej) znajdzie się grupa gotowa kodować na iPhone fajne demka, to ja z chęcią te [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="float:right; margin:0 0 10px 15px; width:240px;">
		<img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox06.png" width="240" />
		</p><p>No i w końcu coś demoscenowego wzięło i się na iPhone pokazało. W sumie nie mam bladego pojęcia, dlaczego jeszcze żadne demka na iPhone nie śmigają. Czy to tylko kwestia kasy za SDK? Kaman, jeśli w tym kraju (lub gdziekolwiek indziej) znajdzie się grupa gotowa kodować na iPhone fajne demka, to ja z chęcią te 99 dolców rocznie za SDK wywalę. A w imię wspierania dobrych idei, a co :)</p>
<p>A póki co proszę Państwa pierwszy związany mocniej ze sceną programik. Oczywiście player <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Moduł_muzyczny" title="A co to jest ten moduł muzyczny?">modków</a> ale za to zrobiony nieźle. Zwie się ów programik <strong>ModBox</strong> [<a href="http://itunes.apple.com/WebObjects/MZStore.woa/wa/viewSoftware?id=314931534&#038;mt=8" title="Program w AppStore">AppStore</a>], gra wszystkie podstawowe standardy modków a z bajerów — może łączyć się z serwerem i ściągać modki z owego wprost do programu oraz potrafi zestawić własny serwer FTP, na który można wrzucać już posiadane modki, tak by zawsze były pod ręką. Nie pytajcie, dlaczego Jobs w mądrości swojej nie pozwala na normalne wrzucanie plików do iPhone — jabłko jest po prostu głupie i tyle. W związku ze związkiem trzeba się pieprzyć z jakimiś serwerami FTP i innymi dziwactwami. Ale to działa, program gra całkiem sympatycznie a do grania wykorzystuje bibliotekę MikMod. Nic tylko brać i modki na uszy wrzucać :)</p>

<a href='http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/20090629-modbox01/' title='ModBox - gramy moda!'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox01-150x150.png" class="attachment-thumbnail" alt="ModBox - gramy moda!" title="ModBox - gramy moda!" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/20090629-modbox02/' title='Przeglądanie zasobów'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox02-150x150.png" class="attachment-thumbnail" alt="Przeglądanie zasobów" title="Przeglądanie zasobów" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/20090629-modbox03/' title='Autorzy dostępni online'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox03-150x150.png" class="attachment-thumbnail" alt="Autorzy dostępni online" title="Autorzy dostępni online" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/20090629-modbox04/' title='Czego by se tu posłuchać...'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox04-150x150.png" class="attachment-thumbnail" alt="Czego by se tu posłuchać..." title="Czego by se tu posłuchać..." /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/20090629-modbox05/' title='Pryszczersi mają tu orgazm :)'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox05-150x150.png" class="attachment-thumbnail" alt="Pryszczersi mają tu orgazm :)" title="Pryszczersi mają tu orgazm :)" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/20090629-modbox06/' title='MadBox - About'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2009/06/20090629-ModBox06-150x150.png" class="attachment-thumbnail" alt="MadBox - About" title="MadBox - About" /></a>

<p>Poniżej filmik, na którym pokazano nieco programik i stawianie serwera FTP.</p>
<p><object width="500" height="281"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ondDYdAf0uM?version=3&#038;feature=oembed"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/ondDYdAf0uM?version=3&#038;feature=oembed" type="application/x-shockwave-flash" width="500" height="281" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true"></embed></object></p>
<p><a href="http://modbox.rsinsch.de/" title="Strona programu">Strona programu</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/06/iphone-aplikacja-modbox/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Twoje prawa</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/twoje-prawa/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/twoje-prawa/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 11:26:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Czy czasem zastanawiałeś (aś? jest jakaś –aś, która to czyta?) się może czasem nad tym, co tak właściwie stworzyłeś? Siedzisz na scenie już jakiś czas, dojrzałeś do zrobienia czegoś naprawdę swojego (ewentualnie tłuczesz prodki scenowe już od dłuższego czasu), publikujesz to ku uciesze gawiedzi… Ale wiesz co to w sumie jest? Olejemy teraz scenową terminologię [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Czy czasem zastanawiałeś (aś? jest jakaś –aś, która to czyta?) się może czasem nad tym, co tak właściwie stworzyłeś? Siedzisz na scenie już jakiś czas, dojrzałeś do zrobienia czegoś naprawdę swojego (ewentualnie tłuczesz prodki scenowe już od dłuższego czasu), publikujesz to ku uciesze gawiedzi… Ale wiesz co to w sumie jest? Olejemy teraz scenową terminologię i odejdziemy daleko od sceny i jej rozumienia niektórych pojęć. Przesiadamy się na nieco inny tryb myślenia — powiedzmy, że prawniczy. Spójrzmy na twoje dokonanie właśnie z takiego punktu widzenia. Za podstawę patrzenia posłuży nam wiekowa już rzecz, czyli ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994. Późniejsze modyfikacje olejemy. Nie dojedziemy do aż tak szczegółowych zagadnień, raczej pokombinujemy w sposób nieco bardziej ogólny.</p>
<p align="center"><strong>Co jest chronione?</strong></p>
<p>Twoja prodka, cokolwiek to jest, jest przez nasze polskie prawo chroniona. Mówiąc bardziej ogólnie — każdy przejaw twórczej aktywności człowieka jest chroniony. Dzieło i jego autor są nierozdzielne, nie można pozbyć się prawa autorskiego do dzieła (to prawo jest niezbywalne), nie można się autorstwa dzieła wyprzeć, nie można także przywłaszczyć sobie autorstwa cudzego dzieła (to jakże znany plagiat). Artykuł 1 punkt 1 ustawy definiuje CO podlega ochronie ustawy o prawie autorskim. Leci on mniej więcej tak: <em>„Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór)”</em>.</p>
<p>Przejedźmy przez to jakoś ze zrozumieniem. „Każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze” oznacza mniej więcej tyle, że warunkiem koniecznym jest, by autorstwo dzieła można przypisać indywidualnie, konkretnej osobie. Jeśli dzieło zostało stworzone wspólnie, przez kilku autorów — ich wkład w dzieło powinien być rozpoznawalny, możliwy do określenia indywidualnie (kto zrobił co).</p>
<p>„Ustalony w jakiejkolwiek postaci” oznacza mniej więcej tyle, że istotne jest, by dzieło zaistniało jakoś fizycznie albo w sposób umożliwiający jego odbiór przez osoby trzecie (nie tylko samego autora). Czy to w formie obrazu, rzeźby, fresku czy też ciągu bitów — dzieło musi być jakoś utrwalone. Nie będą podlegały ochronie myśli autora lub jego zamiary stworzenia czegośtam. To „coś” ma być stworzone i „ustalone” w jakiejkolwiek postaci.</p>
<p>„Niezależnie od wartości” oznacza dokładnie to co oznacza. Dzieło może być gówno warte ale to nie jest przesłanką do nieobjęcia tegoż dzieła ochroną. Także utwory rozdawane za darmo (czyli scenowe prodki na ten przykład) jak najbardziej podlegają ochronie prawa autorskiego. Cena, wartość merytoryczna — nie mają tu nic do gadania.</p>
<p>„Niezależnie od przeznaczenia i sposobu wyrażenia” jest chyba jasne w rozszyfrowaniu. Czy dzieło powstaje z przeznaczeniem na aukcję na cele dobroczynne, czy też z przeznaczeniem na party — podlega ochronie. Przez „sposób wyrażenia” rozumieć należy już samą formę dzieła. Może to być obrazek walnięty z rzutnika na ścianę bloku, może to być dystrybuowany w necie kawałek muzyczny… Nośnik, sposób przekazania, wyrażenia właśnie utworu nie ma żadnego znaczenia.</p>
<p>Tyle definicja. Co po niej przeciętnemu zjadaczowi scenowego chleba? Ano przede wszystkim to, że każdy przejaw scenowej aktywności (chodzi o „dzieła”, nie o picie :)) jest objęty ochroną prawną. I to, jak ładnie ustawa później wspomina, „od chwili ustalenia, chociażby miał postać nie ukończoną”. Tak więc nawet twoje szkice (stepsy?), o ile istnieją one nie tylko w twojej głowie ale także w postaci weryfikowalnej, sprawdzalnej dla osób trzecich — także one są chronione. Bo to właśnie TY jesteś autorem tychże szkiców, kawałków patternów, notatek do arta… Ochrona prawna przysługuje bez potrzeby spełnienia jakichś dodatkowych formalności. Nie trzeba nigdzie zgłaszać faktu stworzenia dzieła. Od momentu jego „ustalenia” jest się autorem w rozumieniu ustawy.</p>
<p>No dobrze, wiesz już, że łaskawie prawo uznaje cię za autora twojego własnego scenowego i wymęczonego dokonania. A jeśli tak nie do końca jest to twoje własne dzieło, jeśli na ten przykład nieco sobie „uszczknąłeś” z cudzego dzieła, być może w sposób znaczący ale tylko przerobiłeś? Niekoniecznie z miejsca jesteś w rozumieniu polskiego prawa ripperem :). W artykule 2 punkt 1 rzeczonej ustawy definiuje się bowiem pojęcie czegoś takiego jak „opracowanie utworu”. Za przykłady podaje się w ustawie tłumaczenia (np. książek), przeróbki, adaptacje… Żeby jakoś to przenieść na nasze podwórko — autorem tłumaczenia jakiegoś artka z Hugiego będzie koleś, który tegoż artka przetłumaczył. W żaden sposób nie umniejsza to prawa do autorstwa pierwotnego autora artykułu. Podobnie ma się sprawa z przeróbkami np. jakiejś scenowej grafy. Oczywiście przeróbka musi być widoczna i łatwo rozpoznawalna. Zmiana samego podpisu autora na swój na pewno tego warunku nie spełnia :).</p>
<p>W punkcie 4 tego samego artykułu bardzo wyraźnie stoi: <em>„Za opracowanie nie uważa się utworu, który powstał w wyniku inspiracji cudzym utworem”</em>. Należy to rozumieć w ten sposób, że jeśli jakiś utwór zainspirował cię do stworzenia twojego własnego utworu — nie traktuje się tego faktu jako przeróbkę. Inspiracja to jednak nie przerabianie!!! Nie należy mylić tych dwój pojęć! Inspiracja to „natchnięcie” obserwacją jakiegoś zjawiska (także czyjegoś utworu) do stworzenia własnego, niepowtarzalnego dzieła.</p>
<p>Punkt 5 tegoż artykułu bardzo ładnie i klarownie mówi, co należy czynić gdy jednak się przeróbkę lub opracowanie tylko dokonało i niewiele więcej. Otóż należy wtedy wymienić twórcę i tytuł dzieła pierwotnego. To dlatego między innymi w książkach jest podawany ich tytuł w języku oryginalnym, w tym, w którym książka powstała. Jeśli tylko przerobiłeś grafikę, muzykę lub inne scenowe dzieło (książki na scenie mało kto pisze, a szkoda), powinieneś dołączyć informację o pierwotnym autorze dzieła.</p>
<p>Z takich ogólniejszych informacji warto jeszcze poświęcić nieco uwagi artykułowi 3 ustawy, w którym mowa jest między innymi o antologiach, wyborach ale i bazach danych. Chodzi o pewne usystematyzowane zbiory, których to przyjęta systematyka jest właśnie chroniona. Powiedzmy jesteś ambitnym kolesiem i tworzysz zbiór twoim zdaniem najlepszych grafik scenowych mijającego roku. O ile prawa autorskie do grafik pozostają przy ich twórcach, o tyle sama kompilacja, klucz według której została stworzona i przyjęte standardy – jednym słowem właśnie rzeczona systematyka – jest twoim dziełem i to właśnie tobie przysługują prawa autorskie do niego. Nie myl się! Nie do grafik! Tylko do sposobu ich skompilowania.</p>
<p align="center"><strong>Kiedy jest chronione?</strong></p>
<p>No dobrze, jest sobie jakiś utworek ale to nie wszystkie przesłanki, by był on chroniony prawem autorskim. Trzeba jeszcze sprawdzić, czy ten może w myśl ustawy podlegać ochronie. Przepisy ustawy stosuje się do utworów:</p>
<ol>
<li>których twórca lub współtwórca jest obywatelem polskim – to oczywiste. Polskie prawo będzie chroniło głównie utwory obywateli Polski. Ale nie tylko! Także utwory obywateli innych krajów są u nas chronione.</li>
<li>które zostały opublikowane po raz pierwszy na terytorium Polski albo równocześnie na terytorium Polski i za granicą – tu chyba nic nie trzeba tłumaczyć. Zauważ, że publikacja musi się jednak odbyć u nas w kraju.</li>
<li>które są chronione na podstawie odpowiednich umów międzynarodowych – za standard przyjmij, że wszystko co zostało gdzieś w świecie w jakiś sposób opublikowane jest także i u nas chronione. Wiem, to spore uproszczenie ale o wiele łatwiej w ten sposób rozwiewać jakieś wątpliwości :)</li>
</ol>
<p>Świetnie, wiemy już, że utwór musi być w jakiś sposób opublikowany i że trzeba być obywatelem naszego radosnego kraiku, by polskie prawo tenże utwór chroniło (to znaczy nie trzeba ale jesteś zdaje się Polakiem więc ten warunek akurat masz głęboko). Sprowadza się to więc w sumie do problemu publikacji. Cały artykuł 6 ustawy (sporawy) definiuje różne pojęcia, między innymi publikacji utworu. Od razu na twarz dostajemy zdanie <em>„utworem opublikowanym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został zwielokrotniony i którego egzemplarze zostały udostępnione publicznie”</em>. Co z niego wynika? Kilka istotnych rzeczy.</p>
<p>Po pierwsze: aby mówić o publikacji, należy mieć na tę publikację zgodę autora utworu. Nie ma bata! Nie może być sytuacji, kiedy to twój kolega robi sobie np. modułek a ty mu ten modułek zapierniczasz i wrzucasz na eftepa. Jeśli autor modka się na takie coś nie zgodził to nie można mówić o publikacji. Wynikają z tego pewne konsekwencję zarówno dla ciebie, jak i dla autora. Przede wszystkim to nie jest tak, że skoro autor się nie zgodził to możesz sobie robić z jego dziełem co chcesz, wszak go nie publikujesz. Łamiesz jednak inne prawa autora a temu — z racji ich łamania — przysługują już odpowiednie środki, którymi może zmusić cię do zaprzestania rozpowszechniania jego dzieła.</p>
<p>Odwróćmy sytuację i powiedzmy, że to ty jesteś autorem feralnego modka. Muzysia powstała z przeznaczeniem na jakąś składankową płytę, którą miał tam sobie ktoś wydać, za co ty miałeś dostać kasiorkę. Podsyłasz wydawcy utworek do wglądu, jego kolejne wersje, podsyłasz i podsyłasz aż pewnego dnia widzisz w Empiku tę właśnie płytkę leżącą grzecznie na półce i czekającą na nabywców. Jednak ani przez moment nie wysłałeś do wydawcy dzieła skończonego! Podsyłałeś mu szkice, na których publikację się nie godziłeś! Co teraz? Ano teraz jest tak, że twój utwór nie został opublikowany. To znaczy został, ale bez twojej zgody. A to już podstawa dla ciebie do wszczęcia pewnych kroków prawnych.</p>
<p>Po drugie: co to jest utwór rozpowszechniony? Ano jak się okazuje pojęcia opublikowania i rozpowszechnienia nie są tożsame według ustawy. <em>„Utworem rozpowszechnionym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został udostępniony publicznie”</em>, tak twierdzi ustawa. Co to znaczy? Ano to, że aby uważać utwór za rozpowszechniony trzeba 1) mieć na takie działanie zgodę autora, 2) udostępnić publicznie, czyli umożliwić ludziom kontakt z tym utworem. Nieważne w jaki sposób. Powiesić obraz w galerii, postawić rzeźbę na placu, wystawić plik do ściągania z netu… Chodzi o to, by utwór był dostępny dla osób trzecich. Pominiemy radośnie inne postanowienia artykułu 6 i od razu przeskoczymy do omówienia kwestii…</p>
<p style="text-align: center;"><strong>Komu przysługuje ochrona?</strong></p>
<p>Innymi słowy – zobaczymy jak ustawa definiuje autora i współautora</p>
<p>Artykuł 8 punkt 2 wprowadza pewne domniemanie, że twórcą utworu <em>„jest osoba, której nazwisko w tym charakterze uwidoczniono na egzemplarzach utworu lub której autorstwo podano do publicznej wiadomości w jakikolwiek inny sposób w związku z rozpowszechnianiem utworu”</em>. Ładnie to brzmi ale w istocie nie jest to skomplikowane. Domniemuje się, że autorem utworu jest osoba, która do tego autorstwa się przyznaje w taki czy inny sposób. Przyjęty sposób musi jednak umożliwiać osobom trzecim zapoznanie się tymże przyznaniem. Przekładając na język sceny – podpis na grafice, informacja w dołączonym pliku informacyjnym, informacja w patternach czy też tagach mp3… Takie sposoby jak najbardziej spełniają wymagania ustawy.</p>
<p>Ciekawy jest punkt 3 tego samego artykułu, który brzmi: <em>„Dopóki twórca nie ujawnił swojego autorstwa, w wykonywaniu prawa autorskiego zastępuje go producent lub wydawca, a w razie ich braku — właściwa organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi”</em>. Jeśli więc wydasz swoją scenową prodkę anonimowo (zdarzają się takie?), ustawowo twoimi prawami autorskimi zajmuje się wydawca lub producent, których zazwyczaj na scenie brak. Pozostaje ci więc odpowiednia organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Ciekawe, która by to była… :). Pewnie żadna, bo najpierw w takiej organizacji trzeba by się było zarejestrować czy w jakiś inny sposób do niej przynależeć, ot choćby by organizacja wiedziała kogo i za co chronić. Wniosek: lepiej podpisuj swoje dzieła.</p>
<p>Artykuł 9 punkt 1 wspomina o współtwórcach. Ograniczymy się tu tylko do stwierdzenia, że <em>„współtwórcom przysługuje prawo autorskie wspólnie”</em>. Tak więc będąc współautorem dzieła masz do niego takie same prawo jak i pozostali autorzy. Może to twierdzenie trywialne ale kiedy już zaczniesz działać zarobkowo nagle okaże się, jakże istotne. Z dziełem wspólnym, stworzonym przez dwóch lub więcej autorów jest jednak masa kłopotów, których opisanie zajęłoby niejedną pracę magisterską więc pozwolę sobie to darować.</p>
<p style="text-align: center;"><strong>Ale tak właściwie to co jest chronione?</strong></p>
<p>Ba! Żeby to ująć w dwóch słowach… No nie da się po prostu. Tak zwana treść prawa autorskiego to czasem skomplikowane zagadnienie, którego w łatwy sposób nie idzie omówić.</p>
<p>Przede wszystkim najważniejsze jest rozróżnienie autorskich praw osobistych i autorskich praw majątkowych. To podstawa i w sumie do tego ten art zmierza.</p>
<p>Co to są autorskie prawa osobiste definiuje artykuł 16 ustawy. Według niego:<em>„autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i nie podlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do:</em></p>
<p><em> 1) autorstwa utworu,<br />
2) oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo,<br />
3) nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania,<br />
4) decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności,<br />
5) nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.”</em></p>
<p>Brzmi groźnie? Spoko, będzie groźnej :). O co tu chodzi? Ano w prawniczym stylu próbuje się tutaj opisać tę szczególną zależność, która łączy autora i jego dzieło. Autor jest twórcą dzieła, dzieło powstaje w wyniku jego procesów myślowych i późniejszego przekształcenia tychże procesów w formę możliwą do odbioru przez osoby trzecie. Chodzi oczywiście o możliwość obejrzenia, przeczytania, wysłuchania czy czego tam jeszcze tego dzieła. Zauważ, że to właśnie autor i tylko autor może się podpisać pod swoim dziełem (czy też jego częścią jeśli jest to dzieło tworzone wspólnie). Ustawodawca mówi jasno i wyraźnie – rippy won! To właśnie autorowi pozostawiono możliwość dochodzenia jego praw w razie naruszenia integralności utworu ale także i „rzetelności wykorzystania”. To twój, autora, sposób na obronę przed niezgodnym z twoją wizją wykorzystaniem utworu. Możesz żądać np. usunięcia swojej grafiki z pisemka. Możesz nie życzyć sobie rozpowszechniania swojej muzyki na jakichś składankach. Generalnie to ty decydujesz o tym gdzie i jak ma być utwór wykorzystywany.</p>
<p>Według przytoczonego przepisu autorem dzieła pozostaje się na zawsze. Nie można autorstwa zbyć czy się wyprzeć. To dzieło umysłu i rąk twoich i za nie ponosisz odpowiedzialność ale także tobie powinny przypaść za nie wszelkie zasługi. Autorstwa dzieła nie można sprzedać czy w jakikolwiek inny sposób zbyć. „Jak to?” krzykniesz, „przecież mogę komuś sprzedać moją muzykę/grafikę/whatever!”. I tu dochodzimy do czasami trudno pojmowalniej różnicy między autorskim prawem osobistym a autorskim prawem majątkowym.</p>
<p>Autorskie prawo majątkowe to, w dużym skrócie, twoje prawo do dysponowania dziełem w merkantylnym ujęciu. Otóż możesz bowiem swoje dzieło sprzedać czy w jakiś inny sposób udostępniać odpłatnie. Jednak sprzedając dzieło NIE PRZESTAJESZ być jego autorem! W zakresie określonym umową z nabywającym przekazujesz temu nabywającemu prawo własności (czy inne prawo) do swojego dzieła. NIE PRZEKAZUJESZ autorstwa! Autorem jesteś i pozostaniesz po wsze czasy ty i tylko ty! Nie wiedzieć czemu czasem zdarza się ludziom to mylić. Szczególnie w sytuacji zależności pracodawca – pracownik. O tym napiszę nieco dalej.</p>
<p>Tu sięgnijmy do źródeł, czyli do ustawy. Artykuł 17 tejże ładnie i klarownie określa, co może autor. A autor ze swoim dziełem może zrobić wszystko! Proszę bardzo: <em>„Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, twórcy przysługuje wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu.”</em>. Jaśniej nie da się tego ująć. Ograniczenia (a są takie) do korzystania z prawa autorskiego do utworu muszą być określone przez ustawę! Uwierzcie mi na słowo — to spore obostrzenie. Żaden tam minister w drodze jakiegoś rozporządzenia nie może wedle swojej woli ograniczać waszego prawa do dysponowania dziełem. To może tylko ustawa, a tę uchwala sejm. Dalsze artykuły to bełkot szczegółowy i nim się nie będziemy zajmowali. Teraz przejdziemy do tej zależności pracodawca — pracownik, o której wspominałem nieco wyżej.</p>
<p>Załóżmy, że jesteś scenowcem-robolem. Kolesiem jakich tysiące na świecie. Ot pracujesz po prostu u kogoś. Łączy cię z tym kimś dla ułatwienia umowa o pracę. No i tworzysz sobie grzecznie i robolisz na kapitalistę, za co dostajesz (zawsze o dziwo :)) za małe pieniądze. I tu pytanie się nasuwa: co z moimi dziełami, które tak pracowicie i w pocie czoła za pomocą swych talentów u pracodawcy wykonałem? A co ma być? Jesteś ich autorem a kasując za nie pieniądze — przekazujesz swoje prawa, określone w artykule 17 nieco wyżej przytoczonym, na rzecz pracodawcy. To wbrew pozorom całkiem prosta zależność. Może tak teoretycznie ją nieco niżej opiszę.</p>
<p>Pracodawca najmuje cię, twoje talenta i umiejętności, do wykonania określonego zakresu prac. W różnych formach umów różnie jest to robione ale to temat na innego arta. Ty grzecznie dla pracodawcy pracujesz (zachodzi więc stosunek zależności i podwładności) i wyniki swoich prac jesteś zobowiązany mu przekazać (pamiętaj! ciągle piszę o umowie o pracę!). Tak, kochany ty mój biedny scenerze. Wszystko co stworzysz w robocie z góry traktuj jako własność pracodawcy. Pracujesz na jego sprzęcie, za jego pieniądze — naturalnym jest, że skutki wszystkich twoich działań przechodzą na pracodawcę (te pozytywne i negatywne zresztą też choć tu już trzeba by się zagłębić w szczegóły). Skutek jest taki, że nie masz przysługujących ci z artykułu 17 praw. Po prostu przechodzą one na pracodawcę. Może on sobie twoimi obrazkami handlować, darować poderwanym laskom… Ale nie jest autorem tych prac! Autorem jesteś ciągle ty i tylko TY! Nie wynikają jednak z tego korzyści opisane w artykule 17. Nie możesz swojego dzieła sprzedawać czy w inny sposób rozpowszechniać i czerpać z tego korzyści. Więc twoje autoskie prawa majątkowe przechodzą na pracodawcę, choć wciąż (i zawsze) twoje autorskie prawa osobiste pozostaną przy tobie.</p>
<p>Tak więc drodzy pracujący bracia scenowi — nie dajcie się zwariować. Wasze utwory tworzone w stosunku pracy nadal są waszymi utworami, tyle że nie możecie już nimi swobodnie dysponować w myśl artykułu 17, gdyż za zrzeczenie się tych praw dostaliście od pracodawcy (oby!) sowitą zapłatę :).</p>
<p>A jak z drugiej strony przekłada się to na język scenowy? Ano tak, że macie prawo czynić ze swoimi pracami co tylko chcecie. Możecie je sprzedać, odstąpić, wypożyczyć, brać za to kasę (niejeden raz zresztą) i to „na wszystkich polach eksploatacji”. Co to znaczy? W dużym uproszczeniu — w każdej formie, w jakiej można przedstawić dzieło. Powiedzmy, że namazałeś obrazek, o który zabijają się Polityka, Newsweek i Wyborcza. Możesz sprzedać swoje dzieło każdemu z wydawnictw z osobna (no chyba że w umowie zawartej z wydawnictwem zastrzega ono sobie prawo do wyłączności — wtedy niech buli odpowiednio więcej). Możesz żądać zapłaty za wyprodukowanie gadżetów z twoim obrazkiem (to właśnie jest kolejne pole eksploatacji). Możesz żądać kasy za koszulki, na których pojawił się twój obrazek (lub nawet tylko jego rozpoznawalny fragment)… Pola eksploatacji to nic innego jak sposoby, na jakie można wykorzystać jakieś dzieło. Na każdym z tych pól jesteś chroniony i możesz dochodzić swojego. Taką siłę posiadasz jako autor utworu. Mało tego — możesz decydować czy chcesz, by na danym polu eksploatacji w ogóle twój utwór zaistniał. Nie chcesz badziewnych koszulek z twoim obrazkiem? Nie wyrażasz zgody i tyle :). That’s the power!</p>
<p>No dobra, rozpisałem się nieco :). Koniec zanudzania. I tak nikt tego nie przeczyta więc nie ma się co zabijać. Anyway, problem został tylko powierzchownie ruszony ale mam nadzieję, że nieco rozjaśniłem kwestię autorstwa waszego dzieła. Tak, zgadza się, będziesz scenowcze autorem po wsze czasy. Ale ktoś inny może z tego czerpać korzyści :). Scenie na szczęście to nie grozi (przynajmniej w najbliższej przyszłości) — wszak póki co panuje tu wszędobylska darmocha. Jednak dla wielu z was przesiadka z trzaskania za free i ku chwale na trzaskanie za kasę i ku pomnożeniu majątku jest już niedaleka, więc może warto się nieco zainteresować co tak właściwie nam wolno, czego nie wolno, co się należy jak psu buda a za zrobienie czego pójdziemy do pierdla. I to bez przerw na reklamy :).</p>
<p>Tak czy inaczej — miłego robienia i pamiętaj scenowcze: tyś jest autor ale praca, którą rippujesz aktualnie, też ma jakiegoś autora. Nie bądź świnia :)</p>
<p>Artykuł był naklepany dla magazynu „The Voice #3″, który jakoś nie chce się ukazać. Ukazał się za to w magazynie Savage.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/twoje-prawa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sceneware — co to?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/sceneware-co-to/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/sceneware-co-to/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 11:22:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Dziś będzie groźnie. Dziś będzie bełkotliwie i lekko bez sensu. Jednym słowem — dziś będzie o zagadnieniach tak zwanych prawnych! Ale nie ma co ziewać, sprawy nieco niżej poruszone dotyczą was jak najbardziej, drodzy scenowcy. No to jedźmy w imię boże… Jakoś nie tak znowu dawno temu ale wcale też nie wczoraj, demoscena dorobiła się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dziś będzie groźnie. Dziś będzie bełkotliwie i lekko bez sensu. Jednym słowem — dziś będzie o zagadnieniach tak zwanych prawnych! Ale nie ma co ziewać, sprawy nieco niżej poruszone dotyczą was jak najbardziej, drodzy scenowcy. No to jedźmy w imię boże…</p>
<p>Jakoś nie tak znowu dawno temu ale wcale też nie wczoraj, demoscena dorobiła się swojego terminu „prawniczego” na określenie statusu prawnego utworów rozumianych jako „scenowe”. Zaznaczmy, chodzi o utwory gatunkowo bardzo różne — kod, grafika tworzona i kolportowana w sposób nie tylko elektroniczny (na przykład różne paper-ziny), muzyka, tekst… Te wszystkie formy twórczej działalności, jakże przecież gatunkowo od siebie odległej, wrzucono do jednego worka z napisem „sceneware”.</p>
<p>Sama nazwa jest nietrudna do rozszyfrowania — ewoluowała od takich nazw jak freeware, donationware, shareware… Słówko „ware” oznacza z języka angielskiego tyle co „towar”, a zrośnięte z odpowiednim przedrostkiem oznacz status prawny tegoż „towaru”. O ile intuicyjnie już wiemy co kryje się pod pojęciem freeware: utwór darmowy, nie wymagający opłat w związku z korzystaniem z niego, chyba że licencja zawęża obszar aktywności użytkownika do pewnych szczególnych sytuacji (np. ogranicza możliwość korzystania z programu do zastosowań tylko domowych); o tyle pod pojęciem sceneware w sumie diabli wiedzą co się kryje. Szperając w necie za jakąś definicją lub chociażby czymś definicję przypominającym, nie trafiłem dosłownie na nic, co spełniałoby moje oczekiwania. A poszperałem nieco, to musze przyznać. Być może szukałem niezbyt sprawnie lub nie potrafiłem odpowiednio sformułować zapytania, niemniej wyszukiwarka milczała jak zaklęta. Być może definicje znajdują się w jakimś Hugim czy innych magach, ale przejrzenie tego stuffu to zadanie po prostu niewykonalne :). Więc po jakie licho wymyślono w ogóle ten termin? Ano zobaczmy…</p>
<p>Każda z przytoczonych grup oprogramowania (a właściwie szerszej pojętej twórczości za pomocą komputera choć w sumie niekoniecznie tylko za pomocą komputera) doczekała się wyodrębnienia pewnych dla niej tylko charakterystycznych cech. I tak:</p>
<p>Twórczość rozpowszechniana na zasadzie <strong>freeware</strong> jest generalnie twórczością wolną od jakichkolwiek opłat licencyjnych, chyba że wyraźnie zaznaczono w licencji przy spełnieniu jakich warunków za korzystanie z utworu należy się autorowi opłata. Dla przykładu: autor stworzył kolekcję ikon z przeznaczeniem do wykorzystania na stronach internetowych. Nie żąda za ich wykorzystanie opłaty od prywatnych twórców stron i ludzi tworzących strony na własne potrzeby. Jednak wyraźnie zaznacza w licencji, że wykorzystanie jego twórczości na stronach tworzonych przez firmy (a więc osoby prawne) podlega już opłacie. To bardzo typowy przykład ograniczonej licencji freeware. Autorzy potrafią czasem tworzyć konstrukcje niezwykle skomplikowane, niemniej zasada funkcjonowania licencji freeware opiera się o nieodpłatność przy korzystaniu z utworów nią objętych. Oczywiście nie oznacza to dowolności w ingerowaniu w dzieło autora! Jeżeli autor wyraźnie na takie działania nie zezwoli, przyjmuje się, że jakakolwiek ingerencja w jego utwór jest złamaniem jego praw autorskich. Jednym słowem i prościej — używaj do woli ale niech bóg cię broni przed zmianą, o ile ci na to wyraźnie nie pozwalam w licencji.</p>
<p><strong>Shareware</strong> opiera się na zupełnie odmiennych założeniach. W ramach licencji shareware jest tworzone głównie oprogramowanie ale może jej podlegać dowolny utwór. W dużym skrócie: utwór jest w całości własnością autora i jest udostępniany odpłatnie (!). W przypadku shareware, dla wygody klientów, zwyczajem już poniekąd stało się udostępnianie pełnej lub funkcjonalnej wersji programu (dzieła) do czasowego wykorzystania. Try it before you buy it. Użytkownik może przez jakiś czas posługiwać się np. programem jednak po upływie określonego w licencji okresu czasu jest zobowiązany albo do zakupienia pełnej wersji programu (dzieła), albo do usunięcia programu (dzieła) z komputera. Oczywiście najczęściej twórcy zabezpieczają się przed nieuczciwymi użytkownikami tworząc nie w pełni funkcjonalne wersje programów, które dopiero po wykupieniu i podaniu specjalnego np. kodu odblokowują wszystkie swoje funkcje. I dobrze, cracktra też muszą powstawać :). A więc główną cechą shareware jest odpłatność za utwór.</p>
<p>Zupełnie inną kategorią oprogramowania (w znakomitej większości jest to bowiem oprogramowanie) jest <strong>Open Source</strong>. To zupełnie inna filozofia podejścia do utworu (powtórzmy: głównie programu ale nie tylko programu!) — polegająca na udostępnieniu źródeł programu (lub np. warstw w Photoshopie (wiem, przykład głupi ale dający jakieś pojęcie o co chodzi)) do dowolnej modyfikacji przez użytkowników. De facto każda istotna modyfikacja kodu (i nie tylko kodu) źródłowego może być przyczyną powstania zupełnie odrębnego dzieła, które nadal może być rozpowszechniane na zasadzie Open Source. Klasyczny przykład to system Linux z całą masą oprogramowania nań tworzonego właśnie na licencji Open Source. Tu główną cechą jest ogólna dostępność, a co za tym idzie i nieodpłatność utworu (jako logiczna konsekwencja niczym nie limitowanej dostępności). Wszystkich krzyczących teraz, że przecież można kupić sobie Linuxa (za pieniądze!) w kiosku odsyłam do szczegółów licencji Open Source, w której ani przez chwile nie ma powiedziane, że oprogramowania Open Source nie można sprzedawać. Ba! Bardzo wyraźnie się wręcz do sprzedaży takiego oprogramowania nakłania! Zainteresowanych odsyłam ot choćby tutaj: <a href="http://www.opensource.org/docs/definition.php" target="_blank">http://www.opensource.org/docs/definition.php</a></p>
<p>Odpuśćmy sobie wymienianie innych rodzajów licencji utworów… Pogubimy się w tych wszystkich donationware, abandonware, licencjach akademickich, licencjach publicznych itd. Zaciemni nam to ogólny obraz a rzecz w sumie jest nieskomplikowana więc po co kombinować? Przejdźmy więc do meritum sprawy, czyli do kategorii sceneware. Co takiego mają produkcje scenowe, że w latach świetności demosceny uknuto taki termin? Otóż kilka wspólnych i istotnych cech prodki scenowe mają:</p>
<ul>
<li>Produkcje scenowe są darmowe, nie może być od nich pobierana żadna opłata prócz ceny nośnika (co zrozumiałe) lub jakichś innych opłat ponoszonych przez twórcę np. kompilacji (MindCandy DVD to bardzo dobry przykład), co przy okazji może już być o wiele mniej zrozumiałe i budzić sprzeciwy. Wniosek taki wysnułem z wszechobecnego na polskiej demoscenie obrzydzenia „komercją”, które zresztą można dostrzec także u naszych wschodnich, zachodnich, południowych, północnych i podbiegunowych braci i sióstr. Za scenową grafikę, muzykę, kod, tekst czy co tam jeszcze nie powinno się pobierać opłat i już. Tu widać spore podobieństwo do kategorii freeware, jednak freeware jest nieco bardziej pojemne i zezwala na odpłatność użytkowania utworu w określonych warunkach. Zresztą problem odpłatności prodek scenowych jest nieco bardziej skomplikowany. Zdarza się, że np. pismo dla grafików z chęcią opublikuje prace jakiegoś scenowego autora. Według sztywnego kodeksu honorowego scenerów tenże autor nie powinien wziąć ani grosza z publikację jego prac. Ale może autor chce wziąć jakiś grosz? Być może nie podchodzi tak restrykcyjnie do niepisanych praw sceny? Być może uważa, że skoro już „komercja” zainteresowała się jego pracami to ta „komercja” powinna za to zainteresowanie zapłacić? Jest to dosyć osobista sprawa i wcale nie taka łatwa…</li>
<li>Produkcje scenowe dystrybuowane są w dosyć swobodny sposób. Zazwyczaj wymaga się, by np. demo było kolportowane wraz ze wszystkimi plikami zawartymi w archiwum, jednak zazwyczaj nie umieszcza się o tym specjalnego pouczenia czy informacji. Generalnie sposoby dystrybucji produkcji scenowych można określić w bardzo obrazowy sposób: im więcej, im szerzej, im dalej i im szybciej utwór się rozejdzie, tym lepiej. W czasach Internetu ma to może nieco mniejsze znaczenie ale przypomnijcie sobie czasy swapperów… Ciśnienie na tych biednych chłopaków (które zresztą sami brali sobie na bary) było ogromne. Tak czy inaczej — dystrybucja nie charakteryzuje się jakimiś ograniczeniami. Nie może więc być mowy o jakimkolwiek związku ze shareware. Tym bardziej, że produkcje scenowe są z założenia całkowicie darmowe.</li>
<li>Utwory scenerów to na pewno nie Open Source (choć czasem dema czy też intra doczekują się wydania wersji źródłowych do pooglądania). Zazwyczaj koderzy zazdrośnie strzegą swoich źródeł. Za źródła nie mogą też być uznawane stepsy, które często wymagane są przy kompotach graficznych dla uwiarygodnienia autorstwa dzieła. Tym bardziej Open Source nie są modki, wszak rippowanie sampli to jedno z najcięższych przewinień muzyka o rippowaniu patternów że już nie wspomnę. Nie, stanowczo Open Source nie ma nic do roboty na scenie poza jakimiś drobnymi wyjątkami.</li>
</ul>
<p>Czym więc jest sceneware? Wychodzi na to, że specyficzną odmianą freeware. O ile bowiem freeware pozostawia jakieś furtki dla różnych rodzajów użytkowania, o tyle sceneware żadnych wątpliwości nie pozostawia — użytkownik jest ograniczony jedynie do możliwości obejrzenia/wysłuchania/przeczytania utworu i co najwyżej skopiowania go w niezmienionej formie do dalszej dystrybucji (co akurat jest bardzo wskazane). I to w sumie tyle. Jakichś większych różnic się nie dopatrzyłem.</p>
<p>Trzeba jednak mieć na uwadze, że „sceneware” jest określeniem bardzo umownym. Nie ma nic wspólnego z bardzo sformalizowanym Open Source w różnych odmianach, jest to freeware ale ma kilka cech swoich bardzo charakterystycznych, na pewno nie jest to shareware czy jakieś inne abandonware. Jako że średnio wychodzi podpięcie produkcji do innych licencji niż freeware, a i w samym freeware sprawiają czasem produkcje scenowe sporo kłopotów — ukłuli sobie ojcowie sceny takie właśnie wyrażenie. Czy przydatne? Moim skromnym zdaniem i owszem, przydatne. Zawsze to jakaś cecha autonomiczna. No i nie wrzuca się wtedy szacownych prodek scenowych do jednego worka z darmowymi ikonami, programami do wyświetlania daty systemowej czy innymi takimi. Co swoja nazwa, to swoja nazwa!</p>
<p>Artykuł był naklepany dla magazynu „The Voice #3″, który jakoś nie chce się ukazać. Ukazał się za to w magazynie Savage.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/sceneware-co-to/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przeciętny scenowiec</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/przecietny-scenowiec/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/przecietny-scenowiec/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 11:09:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Jaki jest wizerunek przeciętnego scenowca? Czym takim charakteryzuje się przeciętny scenowiec, co odróżnia go od innych grup społeczno-polityczno-gospodarczo-seksistowskich? Dlaczego przeciętnego scenowca widać/czuć na ulicy i dlaczego pokazują go sobie ludzie palcami? Dlaczego na widok przeciętnego scenowca hoże dziewoje stają się jeszcze bardziej hoże i uciekają od owego najdalej jak się tylko da? Jednym słowem — [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jaki jest wizerunek przeciętnego scenowca? Czym takim charakteryzuje się przeciętny scenowiec, co odróżnia go od innych grup społeczno-polityczno-gospodarczo-seksistowskich? Dlaczego przeciętnego scenowca widać/czuć na ulicy i dlaczego pokazują go sobie ludzie palcami? Dlaczego na widok przeciętnego scenowca hoże dziewoje stają się jeszcze bardziej hoże i uciekają od owego najdalej jak się tylko da?</p>
<p>Jednym słowem — dlaczego przeciętny scenowiec jest taki przeciętny i z czego to wynika?</p>
<p>Szeroko zakrojone badania na skalę grupy Marsmellow mogą dać pewien przyczynek do odpowiedzi na te frapujące pytania. Najpierw ustalmy grupę reprezentatywną dla badań. W grupie Marsmellow (dalej MsM) będą to losowo, acz tendencyjnie, wybrane osoby. Są nimi: Biter, Chebdo, CoSTa, Dakota, Kasha, Kopernik, Mr. Byte, Ninja, Nostre, Pienia, Pyo, Schozoos, Singer oraz Skuter. Kogoś pominąłem? Narobiło się tego jak mrówków i nie idzie nad czeredą zapanować… Anyway — bardziej przeciętnie już chyba być nie może, więc rozważania czas zacząć.</p>
<p>Przeciętny scenowiec jest przeciętny z kilku powodów podstawowych. Najpodstawowszym z podstawowych jest oczywiście wrodzony brak talentu do czegokolwiek, ewentualnie zajebisty talent ale tak głęboko ukryty, że głębiej się już naprawdę nie da. Nawet seanse hipnotyczne i podobne pierdoły nie są w stanie rozbudzić tak ukrytego talentu. Czołowym przykładem na poparcie tej tezy jest nijaki Nostre. Człowiek cudowny, o wielu przymiotach, wspaniały kompan do picia, niesamowity wyciągacz fajek i koder. To ostatnie się tylko niestety nie zgadza. Podobno potrafi obsługiwać te wszystkie arcyskomplikowane kompilatory, debuggery i takie tam… Szkoda tylko, że niewiele z tego wynika! Naprawdę nie widzieliście jeszcze człowieka tak pozbawionego talentu do kodowania jak koder Nostre właśnie. Jego niesamowitą zaś cechą jest to, że potrafi do swoich niby-zdolności przekonać całe mnóstwo ludzi! Na ten przykład wszyscy członkowie MsM twardo wierzą, że Nostre jest koderem, choć ten przez cały czas istnienia grupki nie zakodował dla niej dosłownie NICZEGO. Niesamowity facet! Sięgnijmy jednak nieco głębiej w psychikę Nostrego. Przecież on musi sobie doskonale zdawać sprawę z własnych ograniczeń i braku jakiegokolwiek talentu do mieszania w cyferkach i instrukcjach! No ale MsM to nie banda matołków a osobistości stojących nieco wyżej — przeciętnych. Przeciętność nie wyklucza zaś pewnej inteligencji… Tak więc Nostre mimo wszystko jest inteligentny. No i inteligentnie zwodzi wszystkich dookoła (nie tylko MsM), że jest zajebistym koderem i generalnie małym geniuszem od algorytmów. Wiecie co? Nawet mu się to przekonywanie udaje! Dlatego diagnoza może być tylko jedna: Nostre to nie koder, a potencjalny spec od PiAr, czyli wciskania ludziom ciemnoty.</p>
<p>Tu przy okazji wychodzi na jaw niestety kolejna cecha przeciętnego scenowca: za chuja nie wie tak naprawdę, w czym jest — lub potencjalnie jest — dobry. Odkrycie swoich mocnych cech wymaga pogłębionego zerknięcia w swoje ezoteryczne JA, przenicowania swojej osobowości przez ostry filtr samooceny… A komu się chce takie pieprzone gusła odstawiać??? Scena to nie zabawa w świętych! To ciężka walka o przetrwanie na chartsach, cały brud i szlam fałszywych pochlebstw, ostra rywalizacja w pluciu na siebie nawzajem… Kto w takich warunkach ma czas i ochotę na jakieś pogłębione analizy osobowości? Tym bardziej, że ta osobowość może być rozchwiana i beznadziejnie nudna…</p>
<p>Tym tropem trafiamy do nijakiego Ninjego i jeszcze bardziej nijakiego Singera. Ten duet daje ostro popalić przy wspólnym piwie — jeden pić nie może, drugi nie chce. A jeśli chce to i tak lepiej żeby nie mógł, bo po piwie zaczyna się robić straszny ponad wszelkie wytrzymanie. Jeden ciągle marudzi, jaka to Amiga jest super a pecet do dupy. Wszystko fajnie, każdy może mieć jakieś swoje zdanie… Ale na boga! Dlaczego owo zdanie opiera koleś na podstawie oględzin działania jego własnego peceta, którego podzespoły są starsze niż niejedna przywoływana przez niego Amiga!?!? Podobnie ma się sprawa z drugim — Singer dla odmiany jest typem permanentnego nihilisty, dla którego nic nie ma sensu i wszystko jest „be”, a łączy go z Ninją uwielbienie dla narzekania. Najwidoczniej przeciętny scenowiec bez narzekania po prostu nie może się obejść i basta.</p>
<p>No i doszliśmy do pięknej cechy każdego przeciętnego scenowca: marudzenie bez granic na wszystko, co tylko możliwe. Pokażcie mi scenowca, który nie marudzi, a powiem wam, że jest to scenowiec nieprzeciętny…</p>
<p>Innym z podstawowych powodów przeciętności scenowca jest jego oczywiście lenistwo. No nie ma bata! Wszelkie rekordy pod tym względem bije nie dość, że nijaki, to jeszcze nieprawdopodobnie leniwy CoSTa. Ooooo, to przypadek nieprawdopodobny! Ten koleś nie kiwnie nawet palcem w dziurawej skarpecie, jeśli ktoś go do tego nie pogoni. I to bardzo wulgarnymi słowy oraz obietnicami surowych konsekwencji. Taki tryb scenowania — od zjebki do zjebki — charakteryzuje zdecydowaną większość scenowców. Są kolesie, którzy mimo wielokrotnie powtarzanych zjebek i tak mają zamiar wziąć się za robotę jutro, bo dziś przecież jest tyle innych rzeczy do zrobienia… To scenowa norma i jeden z najjaskrawszych przejawów scenowej przeciętności.</p>
<p>Tym samym „odhaczamy” kolejny punkt — lenistwo.</p>
<p>Są jednak mimo wszystko osoby, które coś tam robią a mimo to są przeciętne i nudne jak flaki z olejem. Mam na myśli dwóch doskonałych koderów, świetnych specjalistów od efektów specjalnych a przede wszystkim od opowiadania o nich — Chebdziaku i Pieni. Niby wszystko tu gra, są zadatki na wyjątkową ponadprzeciętność, słychać od kolesi sporo a może nawet jeszcze więcej… Ale ileż można słuchać? Ileż można czytać w mailach o tym „co się właśnie robi”, „nad czym się właśnie pracuje”, „co właśnie powstaje”? To kolejny z powodów przeciętności typowego scenowca: mnóstwo pary w gębie ale jak przychodzi do pokazania czegoś konkretnego (a nie mam tu na myśli tego, co macie właśnie na myśli i nie chodzi o demo :)), to nagle zapada żenująca cisza przerywana tylko pochrząkiwaniem… Tak jest! Nadmiar gadania w stosunku do robienia to cudowna przypadłość sceny.</p>
<p>Są jeszcze osoby, które mimo pracowitości, zawziętości, talentu i innych miłych cech nadal w ogólnym rozrachunku wypadają przeciętnie. Mowa tu o pozostałych członkach MsM… Tu jedynym wytłumaczeniem tego niewątpliwego fenomenu może być zjawisko osmozy, a więc przenikania, „przesączania” się cech negatywnych w ich pozytywne jestestwa. Na szczęście działa to w obydwie strony. Gdyby nie ci ludzie grupka MsM sięgnęłaby dna. Tego głębszego, pod tym metrem mułu. Jaki stąd wniosek? Ano taki, że prawdziwe jest powiedzenie: kto z kim przestaje takim się staje. Te ambitne, twórcze i wybijające się jednostki zostały spacyfikowane, uziemione, zrównane z glebą MsM — czyli resztą bandy. Czyli mamy kolejny powód przeciętności — zły wpływ reszty sceny na potencjalnie znakomicie zapowiadającego się scenowca.</p>
<p>Takich powodów przeciętności scenowej może być mnóstwo, a te wymienione powyżej po prostu same rzucają się w oczy. Co z tego wynika jednak w szerszej perspektywie? Ano to, że znakomita większość scenerów to pospolite przeciętniaki, niewarte uwagi w tłumie, niczym się od niego nie różniące. Zacząłem rozumieć powody powstawania artów (także moich!) najeżonych różnymi achami i ochami pod adresem sceny w ogólności i scenerów w szczególności. Po prostu trzeba sobie jakoś rekompensować swoją przeciętność i przynajmniej na papierze (ekranie monitora) pobyć przez chwilę bohaterem wyróżniającym się z tłumu. Wniosek płynący z tego dalej jest chyba oczywisty: cała ta scena, całe to ściemnianie o wyjątkowości to po prostu pic na wodę i jeden wielki fake!</p>
<p>Co zresztą było do udowodnienia…</p>
<p>pozdrawiam wszystkich przeciętniaków<br />
nad wyraz przeciętny</p>
<p>CoSTa/marsmellow</p>
<p>PS. ejże członki z MsM! Nie bić i bomb nie podsyłać! To wszystko to oczywiście bardzo ciężki i nie bardzo zrozumiały żart :). Kocham was wszystkich a najbardziej Kashę choć Pienia od tyłu też może być interesujący… :)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/przecietny-scenowiec/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Typowy meeting Marsmellow</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/typowy-meeting-marsmellow/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/typowy-meeting-marsmellow/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 10:47:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Zabawne]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Jest to forma sprawozdania z typowych naszych meetingów, które staramy się odbywać co tydzień w ramach integracji, wzajemnej adoracji i rozbudowywania wszelkich dewiacji. AKT I SPOTKANIE Poznań, uliczka ciemna a brzydka straszliwie, cuchnie moczem. Zza rogu wyłaniają się dwie postacie. W wyniku działania efektu dopplera, rozchodzenia się fal dźwiękowych w zamkniętej przestrzeni i w wyniku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jest to forma sprawozdania z typowych naszych meetingów, które staramy się odbywać co tydzień w ramach integracji, wzajemnej adoracji i rozbudowywania wszelkich dewiacji.</p>
<p style="text-align: center;"><strong>AKT I<br />
SPOTKANIE</strong></p>
<p>Poznań, uliczka ciemna a brzydka straszliwie, cuchnie moczem. Zza rogu wyłaniają się dwie postacie. W wyniku działania efektu dopplera, rozchodzenia się fal dźwiękowych w zamkniętej przestrzeni i w wyniku innych dziwnych fizycznych zjawisk — głosy obydwu postaci stopniowo narastają. Dają się słyszeć strzępki słów…<br />
– …<br />
– Ssij kurwa!<br />
– Sam ssij fiucie! Pojebało cię? Jak ty chcesz schlać na symfonii Singera, przecież po pierwsze go nie będzie, po drugie on nie pije, a po trzecie — jak wypije to lepiej by było go nie spijać…<br />
– Co ty pierdolisz CoSTa? Mówię ci, fajnie będzie! Może zacznie podrywać SoulRidera?<br />
– SINGER??? Biter, coś ty dziś brał? Bierz tego na przyszłość mniej albo zmień dostawcę, bo ten ci jakiś kit wciska…<br />
– No to jak nie Singera, to schlejemy Kopernika!<br />
– Chcesz schlewać już nachlanego? Biter, zanim ty wejdziesz na partyplace Koperas już zdąży połóweczkę zrobić… Nie, potrzebujemy kogoś świeżego, młodego, niedoświadczonego…<br />
– SKUTER!!! — drą się razem. Banany wykwitają na ryjach — zaczynają mieć PLAN!</p>
<p>Drugi koniec uliczki. Ni z tego ni z owego pod ścianą przemyka się jakiś mroczny cień. Trudno orzec, czy to słoń, czy nosorożec, a może Ninja.<br />
– O, patrz, Ninja nadciąga… — Biter jak zwykle wykazał się wspaniałym powonieniem…<br />
– No — …a CoSTa elokwencją<br />
– Jo! Brudas! Tu jesteśmy! Tej, Ninja, nie rób jaj i podejdź jak człowiek a nie wspinaj się po rynnie!<br />
– On chyba myśli, że ta ksywa go do czegoś zobowiązuje…</p>
<p>Ninja zeskakuje z rynny jednym, płynnym ruchem. Jednym — bo w sumie ile ruchów wymaga odpadnięcie od rynny; płynnym — bo jak inaczej nazwać lądowanie w kałuży?<br />
– Tej, Ninja, przeginasz chłopie… Kuuurwa, nie chlap tak stary! — CoSTa prostuje pomięte kanty swojej bluzy dresowej i otrzepuje niewidoczny pyłek kurzu — Co cię napadło? To po to twój ojciec, ojciec twojego ojca i jeszcze jego ojciec wypruwali sobie flaki przy budowie chodników, byś ty teraz po rynnach biegał?<br />
– Ssij… Przed panną się chowam! Tej, mówię wam, ona chce się tylko ruchać! — Ninja jak zwykle wpadł w problemy rozporkowe i kręci kolejną aferę, w której zwyczajowo chodzi tylko o seks i o nic więcej.<br />
– No to powiedz jej, że nie chcesz tylko się ruchać, że pogadałbyś o czymś, że powąchalibyście może razem kwiaty czy co tam chciałbyś z nią robić…<br />
– No ale CoSTa, ja CHCĘ się z nią tylko ruchać!<br />
– Okej, nic z tego nie kleję…<br />
– Kto ma jeszcze dzisiaj przyjść? — Biter sprowadził rozmowę na właściwe tory<br />
– Singer ale jeszcze nie wie czy przyjdzie; Skuter ale jeszcze nie wie czy przyjdzie Singer więc nie wie czy i on przyjdzie; Kasha ale może mieć zajęcia do późna i nie wie czy przyjdzie jeśli Singer przyjdzie; może wpaść też Nostre…<br />
– Któreś z nich wie, że coś w ogóle wie? — zdenerwował się CoSTa<br />
– Dobra, chodźmy… — Biter pogonił towarzystwo do speluny
</p>
<p style="text-align: center;"><strong>AKT II<br />
SPELUNA</strong></p>
<p>Ekipa MsM spotyka się w różnych miejscach, o różnych porach i w różnych nastrojach. Zasadniczo miejsce jest obleśne, pora jest popołudniowa a nastroje do dupy. Tym razem wybór padł jak zwykle na pub Zak…<br />
– Kurwa, ale tu piździ — CoSTa, mimo największej wagi i solidnego otłuszczenia ciała, jak zwykle okazał się najbardziej wrażliwy na warunki panujące w lokalu. W lokalu, jak celnie zauważył CoSTa, piździ…<br />
– I co, znów nie macie kasy? — CoSTa po raz kolejny wykazał się wrodzoną kobiecą intuicją i spostrzegawczością. Faktycznie — towarzystwo było bez kasy. Jak zwykle zresztą.<br />
– Nie mamy, ty stawiasz, Biter wysłałeś już wszystko G. no i kurwa gdzie jest Nostre? — musicie wiedzieć, że Ninja ma czasem napady gadulstwa i pieprzy trzy po trzy i co mu ślina (czy co tam akurat ma w buzi) na język przyniesie. Ciężko to zrozumieć laikowi, ale o nas można mówić wszystko tylko nie to, że jesteśmy laikami. Biter na ten przykład chwycił w lot:<br />
– Ładna wiosna latoś, cena dresów spada, komórka mi się wyładowała, CoSTa gdzie te piwa?</p>
<p>Następuje techniczna przerwa na przyniesienie piw.</p>
<p>Ciągle przerwa…</p>
<p>I jeszcze trochę…</p>
<p>CoSTa przynosi piwa. Dwa. Jedno pije on, drugie Biter, trzeciego nie pije Ninja. Zapada krępujące milczenie — powiedziano już wszystko co było do powiedzenia ale jeszcze nie wypito wszystkiego co było do wypicia. Następuje nadrabianie zaległości.</p>
<p>Do knajpy wchodzi Singer. Singer jaki jest każdy widzi i nie trzeba go chyba opisywać. Za brzydki, za wysoki, za egzaltowany, za…<br />
– Cześć wodzowie — mówi Singer<br />
– Jo! Cześć!<br />
– Strzała!<br />
– Żegnaj!<br />
Singer obrażony wychodzi…</p>
<p>Ale za długo na zewnątrz nie przebywa! Kusi go wizja darmowego browca. No może nie do końca darmowego — trzeba w końcu z CoSTą pogadać. Ale ten drobny wysiłek wart jest 5,50 PLN, czyli cenę browaru. Singer wraca…<br />
– Cześć wodzowie — mówi Singer<br />
– Jo! Cześć!<br />
– Strzała!<br />
– STOOOOP! — CoSTa wyczuł groźbę pętli informacyjnej i sytuacji jak z „Dnia świstaka” — pij to piwo, które zaraz ci przyniosę i mów, co tam u ciebie mastah!<br />
– Ano jakoś leci, ale kurwa mam zajęć na uczelni i jeszcze sesjamisięzbliżaicorazwięcejmam.… — właśnie popróbowaliście stylu Singera. Singer ma dwa tryby działania: gadany i gadany nieco mniej. Ten drugi jest bardzo pożądany, ale wielce rzadko występuje w naturalnej postaci. Chyba, że się Singera zjebie. Na przykład tak:<br />
– Kurwa Singer, wolniej! Nie napierdalaj tak tym ozorem, bo nic nie kleję a twa ślina zaczyna mi robić za brakującą piankę w tym niedogazowanym browarze!<br />
– typowa zjebka w stylu CoSTy: przegadana i niezrozumiała.<br />
– Ssij! Nie to nie, kończę ze sceną! — dramatyzm chwili wzrasta ale zauważcie<br />
– wszystko powiedziane wyraźnie! Singer średnio dwa razy w miesiącu ze sceny schodzi i tyleż razy na nią wraca. Nuda! Mógłby na przykład wrócić dwukrotnie. Wtedy byłoby go dwa razy więcej a to oznacza i korzyści dla niego, i grupa by zyskała…<br />
– Nie Singer! Nie kończ ze sceną! Prosimy tak ładnie! — unisono, widać że dobrze już wyćwiczoną kwestią, naciągają chłopaki Singera na pozostanie na scenie. Rutyna! Widoczne jest to chociażby w sposobie, w jaki chłopaki ową emfatyczną frazę wypowiadają: Ninja kolibie się na krześle, Biter patrzy na obrazek na ścianie, CoSTa z wielkim zainteresowaniem patrzy na to, co mu się z nosa wydłubało…<br />
– No dobra, jeszcze trochę zostanę… Kurwa, ale ten Windows jest pojebany… — zaczyna się tyrada Singera w temacie „jak bardzo kiepski jest Windows a Linux jaki jest cudowny”. Wybucha gorąca, acz jednostronna, dyskusja o tym jak cudownie można oprogramować przetworniki karty dźwiękowej pod Linuchem a pod Windowsem nie i jest on be dlatego że nie możnaoprogramowaćprzetw… Reszta nawet udaje, że słucha. CoSTa wtrąca od czasu do czasu jakąś mądrą uwagę. Generalnie Singer jest w żywiole!<br />
– …i mówię wam, siedzę z kolesiem i piszę ten sterownik…<br />
– …ale części są zajebisćie drogie i takie na przykład dsp…<br />
– …i kurwa ta laska nic nie kuma kiedy jej mówię: „dziewczyno, masz jedyną okazję umówić się z facetem, który wie co to przetwornik analogowy”…<br />
– …nie mam na nic czasu!…</p>
<p>Niedobrze, Singerowi włączyło się gadane mode on. Zapala się tak bardzo do tematu, że zapomina nawet o piwie, na które tęsknie spoglądają Biter z CoSTą. Ninja jakiś małomówny dzisiaj i tylko się rozgląda. Zapewne w poszukiwaniu laski, która chce się z nim tylko ruchać…</p>
<p>Wchodzi Kasha.</p>
<p>- Kasha! — wybucha z piersi wszystkich obecnych. Łącznie z cherlawą piersią Singera.<br />
– Cześć wszystkim!<br />
– Cześć Kasha! Jaki to cudowny zefir przywiał ciebie i ten lekko kwaśnawy zapaszek rozkładającego się nieopodal knajpy pieska? — CoSTa potrafi być poetyczny.<br />
– Nie no, skończyłam dziś wcześniej zajęcia i tak se wpadłam. Ma przyjść jeszcze Natalia. Będzie Skuter?<br />
– Chuj wie. Jak tam graficzki, które obiecałaś nam pół roku temu?<br />
– No już kończę. Właściwie to zostało mi tylko kilka ostatnich pociągnięć i można wystawiać. Fajnie nawet to wyszło…<br />
– No ja myślę! Pół roku to jednak sporo czasu na dopieszczanie szczegółów… — CoSTa nie byłby sobą bez odrobiny złośliwości w tle.<br />
– Ssij! — Kasha nie byłaby sobą bez odrobiny kobiecości w tle.</p>
<p>Nagle w knajpie zapada pełna zdumienia cisza… Ludzie rozglądają się nerwowo, papierosy są szybko przypalane, piwo szybko dopijane… Czuje się atmosferę pewnego napięcia. Od stolika Marsmellow słychać zgodne:<br />
– O kurwa, nie może być…<br />
Oto bowiem pojawił się Nostre! Wydarzyło się niemożliwe — najbardziej zapracowany nic nie robiący koder świata pojawił się we własnej, paskudnej osobie! Niedowierzanie aż przygasza ogień świeczki na stoliku…<br />
– Ssij!<br />
– Ssij!<br />
– Ssij!<br />
– Zasysaj!<br />
– Ssijcie!<br />
Pozdrowieniom stało się zadość…<br />
– O kurwa, ale znam zajebisty kawał — rzuca od niechcenia Nostre<br />
– Nieee!… Daruj!… Za co!… — reakcja wszystkich obecnych jest spontaniczna i natychmiastowa.<br />
– Widzę, że chcecie posłuchać to wam powiem<br />
– Boże… — cichutko zakwilił CoSTa<br />
– Wiecie dlaczego słonie nie mają różowej dupy?<br />
– Boże…<br />
– Bo mają szarą!!! Ha, ha, ha, ha, haaaaa!!!<br />
– Boże…
</p>
<p style="text-align: center;"><strong>AKT III<br />
FINITO</strong></p>
<p>I tak to się właśnie toczy. Później wpadł jeszcze Skuter, wjechała niejaka Natalia i zaczęło się rozkręcać towarzystwo. Ninja opowiadał o tym jak ruchał (czy też jak był ruchany — nie pamiętam), CoSTa mędrkował o wszystkim, na czym się tylko nie znał, Biter głupkowato się uśmiechał do Singera, Singer jeszcze głupiej do Kashy, Kasha opierała swą zmęczoną główkę o mocarne ramię CoSTy, Skuter tęsknie patrzył na CoSTy ramię drugie, Nostre częstował wszystkich kolejnymi suchymi kawałami… Zwierzyniec jakoś rozkręcił się w końcu i już nie było tak sztywno jak było. Zaczęły się dyskusje o Kondycji Polskiej Demosceny w Pryzmacie Przyszłego Wejścia do Unii Europejskiej, Singer odczytał referat o Wyższości Linuksa nad Windowsem, Nostre wygłupił się próbując udowadniać, że coś jest fajniejsze od czegoś innego (zapomniał jednak powiedzieć o co mu tak właściwie chodzi)… No jednym słowem odbył się meeting, jakich wiele.</p>
<p>Gdybyście kiedyś niechcący w okolicach czwartku przejeżdżali przez Poznań — serdecznie zapraszamy! Gwarantujemy: knajpę, w której piździ; piwo, w którym odrobina CO2 to luksus; beznadziejne kawały Nostrego; ciepły i miły uśmiech Kashy, która właśnie podprowadza wam ostatnią fajkę; ciepły alt Skutera, który będzie coś tam mruczał z rogu stołu; wiele mądrości życiowych i darmowych fajek, które zafunduje wam CoSTa; nieprawdopodobne przygody łóżkowe, które ze szczegółami opisze wam Ninja; pełne przekonanie o wyższości Linuksa nad Windowsem po wykrzyczanych i wyplutych argumentach Singera… Słowem — folkor poznańskiego odłamu Matek Wszystkich Scen czyli Polskiej Demosceny!</p>
<p>Piss on You!</p>
<p>PS. ogólne :)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/typowy-meeting-marsmellow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Let’s Scene!</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/lets-scene/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/lets-scene/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 10:44:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Dla niekumatych przekład tytułu na niekoniecznie poprawny polski, z jeszcze mniej poprawnego angielskiego: poscenujmy se nieco! Ze scenowaniem (czy jak tam nazwać ten żmudny proces) kojarzą mi się głównie dwie rzeczy: ból tyłka od siedzenia przed kompem i smród odzieży zwożonej z party. Obydwie przypadłości są oczywiście mocno „chwilowe” i możliwe do usunięcia w krótkim [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dla niekumatych przekład tytułu na niekoniecznie poprawny polski, z jeszcze mniej poprawnego angielskiego: poscenujmy se nieco!</p>
<p>Ze scenowaniem (czy jak tam nazwać ten żmudny proces) kojarzą mi się głównie dwie rzeczy: ból tyłka od siedzenia przed kompem i smród odzieży zwożonej z party. Obydwie przypadłości są oczywiście mocno „chwilowe” i możliwe do usunięcia w krótkim czasie. Obolały tyłek może mi zawsze rozmasować Biter a przepierkę śmierdzących majtek może machnąć Kasha. Niemniej obydwa te bóle są wielce symptomatyczne i warto się nad nimi lekko pochylić. Wyznaczają bowiem oto samą esencję scenowania, ba!, czystą tego radość!</p>
<p>Nikt mi nie wmówi, że masowanie tyłka przez Bitera nie jest uczuciem słodkim, przy którym przez ciało masowanego (w tym momencie mnie) przechodzi lekkie drżenie podniecenia… Czynność powyższa ma jeszcze jeden zbawienny wpływ na mnie, jako obolałego: doskonale rozluźnia napięte mięśnie pośladków, co przekłada się na rozluźnienie napiętych mięśni karku (szerokiego), że o mięśniach nóg wszystkich już nie wspomnę. Relaks, jaki mi funduje mój gruppenfellow (całkowicie błędny zlepek podobnież niemieckiego Gruppe (że niby grupa) i angielskiego fellow (że niby kumpel)) może być porównywalny tylko do tego, co potrafi swoją dłonią wyczyniać Ninja. Chociaż Ninja akurat ekspertem od dłoni w naszych szeregach nie jest podobno… Piszę podobno, bo sprzeczne wieści o tej wspaniałej cesze Ninjego do mnie dochodzą od Nostrego i Kopernika. Pierwszy jest bardzo „za” umiejętnościami Ninjego, drugi nieco jakby wybrzydza… Takie jego prawo — mamy demokrację. Na dobre i na złe.</p>
<p>Pranie moich gaci przez Kashę może się wydać komuś dziwne. Bo w sumie dlaczego mężna ta dziewoja, mająca chłopa i aspiracje na bycie solidną Hausfrau (a to już jak najbardziej prawidłowe niemieckie określenie pewnego gatunku kury), miałaby mnie prać gatki? Pytanie o tyle istotne, co z gruntu niewłaściwe. O ile bowiem Biter jest moim gruppenfellow, o tyle Kasha jest nim (nią) po trzykroć bardziej! Chodzi o sprawę płci oczywiście, z angielska zwanej sex. Komu się kojarzy, niech się mu kojarzy nadal. Mimo wszechstronnego geniuszu nie jestem jeszcze w stanie manipulować skojarzeniami czytających, więc myśleć można jeszcze sobie, co się chce. To nie jest tak, że z Kashą jesteśmy bardzo spoufaleni. O nie! Mimo moich szczerych chęci, woli ona chłopów znacznie szczuplejszych i o wiele młodszych… Ale przynajmniej wynegocjowałem pranie gatek, co jest generalnie fajne, choć moich ambicji nie zaspokaja. Za to typ „tego jedynego” faceta bardzo przypadł do gustu Singerowi, który wspomniane warunki wypełnia w całej rozciągłości. Oto bowiem Singer jest ode mnie znacznie szczuplejszy i o wiele młodszy, więc, że tak powiem, wstrzeliwuje się doskonale w typologię mężczyzn według Kashy. Czy Kasha pierze Singerowi gatki w związku z tym? Nie wiem niestety, ale spróbuję to ustalić przy najbliższej sposobności.</p>
<p>A jeśli już jesteśmy przy Singerze… Singer to pewien typ człowieka-instytucji. Koleś jest chodzącą emanacją dobra na tym pojebanym z deka świecie. Gdyby zabrakło Singera, zabrakłoby wszystkiego co dobre, czyste i moralnie nie do ruszenia. Singer to mój spowiednik. To moje lustro. To moje alter ego. To ucieleśnione w 180 (około) centymetrach wzrostu wszystko to, co mi obce i ode mnie dalekie. To doskonałe uzupełnienie mojej chwiejnej osobowości. Gdybyśmy się połączyli, dokonali takiej dragonballowej fuzji, to wyszła by z tego osobowość kompletna. Póki co jest tak, że co nie powiem przy piwie to zaraz dostaję po łapach. Doceniam wysiłek Singera w naprowadzaniu mnie na drogę Słuszną, tym bardziej, że doprowadzanie to mierne przynosi efekty. Jestem oto średnio reformowalny…</p>
<p>To nie to co Nostre! Nostre to konformista cholerny, który zawsze i wszędzie się odnajdzie… Czy to między skinami, czy to między metalowcami, czy to między hiphopowcami — koleś świetnie sprawuje się wszędzie. I wszędzie znajdzie kumpli. I to tych bogatych, co to i piwo postawią, i fajką rzucą… Czy to oznacza, że Nostre nie ma tzw. kręgosłupa moralnego? Dokładnie właśnie to oznacza. Nostre nie ma kręgosłupa ale ma za to grypę jelit (cokolwiek to jest), ergo — jest bogatszy o doświadczenie, którego nigdy nie przeżyłem. Na moje pytanie, czy przy grypie jelit kicha się dupą, Nostre tylko spojrzał na mnie z wysoka (trudno nie miał, bom chyba najniższy w Marsmellow (z facetów oczywiście)). Taki to popapraniec… Ale dziwnie jakoś nie da się go nie lubić. Może właśnie o to chodzi z całym tym konformizmem? Lubię go ja, lubi go także Ninja.</p>
<p>Ninja to zupełnie odmienny przyczynek do powstającej właśnie powieści o tytule „Kurwa, ale pojebane to Marsmellow”. Historią tego kolesia można wypełnić księgę biblijnych rozmiarów a i tak byłoby do dopisania nieco apokryfów. Ninja co prawda gaci mi nie pierze, ale za to w cudowny sposób reaguje na mój dotyk. Wystarczy, że lekko go tylko musnę stopą w podbródek, a już chłopina robi się cały poruszony. To tworzy między nami pewną taką więź. Więź tym mocniejszą, że po ciężkiej chorobie, jaką ostatnio ledwo co przeżył Ninja (której mu bardzo współczuję), mogę masować mu podbródek stopą praktycznie bez tremy. Za słaby się chłopina zrobił, by masaż oddać z nawiązką… Anyway — z tym kolesiem można konie… eee… kraść też w każdym bądź razie. Drugiego takiego na świecie nie znajdziesz. Ninja ma unikalny dowód osobisty i nie mniej unikalny pesel. Imię jego i nazwisko także są unikalne. Po prostu nie ma drugiego Ninjego i już. Jest japończykiem z zamiłowania i z rysów twarzy (lekko mongoidalnych). Nosi przy sobie wciąż gotową do użycia katanę. Jak popije, to nawet odbezpieczoną. Śmieją się wtedy z niego napotykane na ulicach nastolatki. Starsze i nieco bardziej doświadczone kobiety kiwają tylko głową i cykają z niedowierzania — podobno katana to miecz długi i solidny… Ale Kopernikowi taka właśnie się podoba a nie inna!</p>
<p>Uch, Kopernik, to ci dopiero ewenement! Każdy normalny, w miarę rozgarnięty student wie, że im bliżej sesji, tym bardziej ogranicza się życie i kontakty towarzyskie. U Koperasa to nie przechodzi! Im bliżej było finałowej sesyjnej rozgrywki Koperka, tym więcej maili posyłał ów na naszą grupową spam-listę. Zatrzęsienie! Setki maili! Najśmieszniejsze, że mimo całego tego siedzenia przed kompem (od którego pewnie też go tyłek rozbolał ale nie ma chłopina pod ręką użytecznego Bitera, współczuję mu) to on te egzaminy śpiewająco zdał! Co prawda nie studiuje na wymarzonym przeze mnie i Ninjego kierunku i nie potrafi powiedzieć ile czego z czym trzeba wymieszać, by otrzymać kryształ LSD, niemniej i tak jestem pełen dla niego podziwu. Podziwiam go także za nieprawdopodobną umiejętność robienia muzyki. I to muzyki znośnej. O ile bowiem Singer robi kawałki w bólach (liczonych w latach! dłużej to już chyba tylko słonie ciążę noszą niż on realizuje swoje pomysły), o tyle Kopernik po prostu siada i już ma. Coś niesamowitego! Ja tam myślę, że Kopernik po prostu nuci do mikrofonu i składa z tego kawałek. Choć nie mam bladego pojęcia jak potrafi wynucić bębenki ze stopą i hihatami. No cóż, warsztat to podstawa! A warsztat to Kopernik musi mieć niezły, bo już jest chłopina żonaty. Na coś w końcu tą swoją żonę musiał podrywać anyway… Dalej nie rozumiem jednak jednego: jak on potrafi wynucić romantyczny nastrój w stylu goa?!? Babeczki to nie przelewki — byle czym je się do ołtarza nie ściągnie. A podejrzewam, że Kopernik swojej żony na świecące blachy swojego bmw nie podrywał z tej choćby przyczyny, że owego bmw jeszcze nie ma. Ot i zagadka.</p>
<p>Zagadką za to nie jest dla mnie niejaki Mr. Byte. Byte też już jest żonaty ale przynajmniej wiem jak zaciągnął babeczkę do ołtarza. W sposób prosty i sprawdzony już przed wiekami — siłą. Żadna bowiem kobita zdrowa i nie będąca w stanie upojenia alkoholowego nie chciałaby z tym gorylem stanąć na ślubnym kobiercu. Mówię tak, bo szczerze mu zazdroszczę. Zazdroszczę mu tej nieprzeciętnej siły chwytnych ramion, tych cudownych, skołtunionych loków, tej szerokiej klaty, w którą z uwielbieniem wali pięściami wydając jakieś okrzyki. Byte to poza tym bardzo skomplikowana osobowość. Mówi, że nic co ludzkie nie jest mu obce. Włączając w to zoofilię, pedofilię, nekrofilię i innej maści –filie. Uważa się za kontynuatora tradycji oświeceniowej — żarówki wymienia błyskawicznie! Jego myśli strwożyłyby i zawstydziły Kanta, Nietzhego o Freudzie że już nie wspomnę. Wiem, że skrycie zazdrości mi masaży i prania gatek. Wychodzi więc na to, że obydwaj czegoś sobie zazdrościmy. To tworzy między nami więź silną niczym nić pajęcza z rana rosą lekko przyprószoną.</p>
<p>O kolejnych dwóch osobnikach wiem mało, żeby nie powiedzieć, że prawie nic. Chodzi o Pienię i Chebdo. Wiem jedynie, że doskonale się chłopaki rozumieją i potrafią ze sobą współpracować. Bardzo pomaga im w tym to, że mieszkają w jednym mieście. Ba! chodzą nawet do jednej szkoły! Ba! siedzą nawet w jednej ławce!!! I to któryś rok z rzędu… Podobno są nierozdzielni niczym bracia syjamscy. Posuwa się to do granic absurdu przy umawianiu się z pannami. To są moi gruppenfellows, którzy lubią gruppenseks, którzy będą pchali gruppenwózki z kolejnym pokoleniem braci syjamskich. Tak im dopomóż Bóg i mocno napromieniowana przy katastrofie Czernobyla okolica!</p>
<p>Jest jeszcze jedna osoba w naszej grupie — zwą ją Skuter. Nie wiem czemu właśnie tak jest Filip zwany. Ni chuja nie przypomina skutera. Jak bym kolesia nie dosiadał, to nie wydaje tych charakterystycznych dla skuterów bzyknięć. Znów Wam galopuje wyobraźnia? Jesteście chorzy… Skuter to koleś, który jest a przy okazji go nie ma. O jego istnieniu dowiadujemy się, gdy w ramach szumu tła słychać takie „iiiiiiiiii…”. Jest to ulubiony odgłos wydawany przez Skutera. Ludzie generalnie wydają z siebie różne odgłosy — jedni charczą, inni plują, jeszcze inni chrapią. Skuter robi „iiiiiiii…”. Po Poznańskich Słowikach krąży zresztą na jego temat anegdota: podobnież kiedyś Skuter zjawił się na próbie Poznańskich Słowików (taki chór) w celu zbierania sampli. Próba była po całości — chór wył, orkiestra grała, dyrygent szalał. Niemniej partie solowe na skrzypce ktoś systematycznie w tej orkiestrze jebał. Dyrygent machnął pałką (był to umówiony dla orkiestry i reszty znak, że robimy stop), rozległa się cisza… I w ciszy tej nagle doskonale słyszalne stało się „iiiiiiiii…” Skutera. Dyrygent niewiele myśląc wypierdolił jebiącego wszystko skrzypka, na jego miejsce posadził Skutera. Później wypierdolił też Skutera. Bo młody i ładny. Oficjalna wersja głosiła, że podobnież Skuter na skrzypce się nie nadawał, bo to swoje „iiiiiiii…” tylko jednotonowo potrafi robić. Trudno! Skuter wyszedł z próby poiiiiiiiijując ale sample nagrał pierwsza klasa!</p>
<p>Czy kogoś pominąłem? Chyba nie…</p>
<p>No więc pewnego dnia cały ten zwierzyniec pomyślał i postanowił: Let’s Scene!</p>
<p>Co też się dzieje ku uciesze Waszej.</p>
<p>ps. ogólne :)))</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/lets-scene/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Atari na piecu</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/atari-na-piecu/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/atari-na-piecu/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 10:37:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Atari]]></category>
		<category><![CDATA[Emulacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Komputery firmy Atari to już, nie oszukujmy się, historia. O ile sam komputer można jeszcze zdobyć (na aukcjach Allegro jest tego sporo) a z oprogramowaniem nie ma najmniejszego problemu (w sieci można znaleźć chyba wszystko co się na Atari pokazało), to już złożenie tego do kupy, by jakoś działało — może okazać się problemem. Sprzęcik [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Komputery firmy Atari to już, nie oszukujmy się, historia. O ile sam komputer można jeszcze zdobyć (na aukcjach Allegro jest tego sporo) a z oprogramowaniem nie ma najmniejszego problemu (w sieci można znaleźć chyba wszystko co się na Atari pokazało), to już złożenie tego do kupy, by jakoś działało — może okazać się problemem. Sprzęcik ma już swoje lata i mimo, że jest solidny nad wyraz, to lata te jednak wyciskają nań swoje piętno. Nawet najbardziej zadbany komputer zacznie się w końcu psuć, coś nie będzie łączyło, coś gdzieś wyskoczy i dupa blada. Oddani fani Atari mają już większość tego typu przypadków w małym palcu i poradzą sobie z problemami, jednak ktoś dopiero zaczynający swą przygodę z tymi komputerami może mieć zgryz…</p>
<p>Rada jest oczywista! Skoro nie chcesz mieć sprzętu — siadaj do emulatora!</p>
<p>Powstało na pieca sporo emulatorów Atari ST. Z tych popularniejszych należy chyba wymienić:</p>
<p><strong>PaCifiST</strong> — <a href="http://www.atari.st/pacifist/" target="_blank">strona emulatora</a> — rzecz śmiga pod dosem i Windows 98. Emulator dobry, szybki i wytrwały :). Ma jeden ale istotny dla mnie mankament: dosyć często nie chce z grami, demami lub użytkami współpracować. Są wierni wielbiciele tego projektu, wielbiący tenże chyba tylko za szybkość działania. Dla mnie emulator kończy rację swojego bytu, kiedy już samym jego twórcom się nie chce. A projekt PaCifiST legł i już od bardzo długiego czasu nie jest rozwijany. Szkoda! Mimo wszystko jest w tym emulatorze kilka naprawdę fajnych patentów…</p>
<p><strong>SainT</strong> — <a href="http://saint.atari.org/" target="_blank">strona emulatora</a> — emulator pisany głownie przez Leonarda/Oxygene. Leonard bawi się w scenę i to na Atari ST właśnie. Chyba z tego powodu SainT z założenia jest emulatorem nastawionym na odtwarzanie scenowych produkcji. Można powiedzieć, że jest to soft wyspecjalizowany :). Projekt jest ambitny i nic, tylko przyklaskiwać takiemu zamierzeniu. Niestety rozwój programu idzie nieco opornie — nowe wersje pokazują się zdecydowanie zbyt rzadko, co cholernie boli, bo emulator zapowiada się rewelacyjnie. Leonard kładzie nacisk na jakość ale i wierność emulacji. Chodzi głównie o solidne emulowanie ulubionych sztuczek atarowskich koderów scenowych, którzy potrafili z maszynki wycisnąć siódme poty korzystając z często nieudokumentowanych własności komputera i sprytnych tricków. Większość emulatorów potrafi się na takich trickach po prostu wywalić. Ale nie SainT! SainT ma w założeniu robić to, do czego inne emulatory się nie nadają. A któż lepiej zna tajniki kodowania na Atari ST niż człowiek, który zajmuje się tym już od długiego czasu? Gdyby tylko bardziej się Leonardowi chciało…</p>
<p><strong>STeem</strong> — <a href="http://steem.atari.st/" target="_blank">strona emulatora</a> — nie ukrywam, mój zdecydowany faworyt jeśli idzie o emulację. Przede wszystkim jest to sofcik bardzo często uaktualniany. Prace nad ulepszeniami trwają cały czas, przy projekcie siedzi sporo testerów, twórcy nie boją się wprowadzać nowych, często kosmetycznych ale jakże sympatycznych funkcji… Podejście twórców STeema do emulacji jest nieco odmienne niż w przypadku SainTa — tu chłopcy wyraźnie postawili na kompleksowość tejże. Emulowany jest cały komputer, z portami midi włącznie. Generalnie do emulatora można podłączyć różnorakie urządzenia, czy to emulowane, czy też fizycznie istniejące (drukarki, pewnie skanery, bajery, szmery… :)). Z grami i programami narzędziowymi STeem radzi sobie bardzo dobrze. Gorzej sprawy się mają nieco przy produkcjach scenowych — częste tricki koderów potrafią emulator wyłożyć. Jednak system łatek pozwala mieć nadzieję, że do poszczególnych dem z czasem powstaną (do kilku już istnieją) odpowiednie patche… Emulator jest zdecydowanie dobrze przemyślany, bezproblemowy w obsłudze, świetnie pracuje w Windows XP i 2000. Czegóż chcieć więcej?</p>
<p><strong>inne projekty</strong> — jest tego sporo, choć w większości już nie rozwijanych i zarzuconych. Za klasyczne emulatory można uznać takie programy jak: WinSTon (swego czasu doskonały soft!), który z czasem przemienił się w program o nazwie STew bodajże. Poza tym bliżej mi nie znany hAtari, MagiC PC (emulator systemu MagiC — doskonała sprawa!), GEMulator (słabiutki…) i pewnie mnóstwo innych. Jak zapewne zauważyliście, nie wymieniłem żadnego emulatora Linuksowego. Niestety, póki co noga z tego systemu jestem a tam trzeba kompilować, kombinować… :)</p>
<p>Jeśli chodzi o Atari XL/XE to z emulatorów znam jeden, jedyny. Ale za to jaki! Ten emulator po prostu powoduje szybsze bicie serca u każdego maniaka emulacji… Soft prawie że idealny, doskonale przemyślany, świetnie pracujący, banalny w obsłudze ale oferujący MOC! Co możecie sobie wyobrazić w emulacji — ten emulator pewnie to ma :). Sam program powstał w wersjach na większość popularnych systemów pecetowych a także bodajże na Dreamcasta i pewnie już niedługo na Playstation 2, kiedy już zagości tam Linuks jak należy. O czym mowa? Oczywiście o <strong>Atari800Win</strong> (lub inna końcówka w zależności od systemu) <a href="http://www.a800win.atari-area.prv.pl/" target="_blank">(polska strona projektu)</a>! Mam nadzieję, że gdzieś tu znajdzie się tekścik o tym emulatorze. Postaram się Wam go jakoś mocniej przybliżyć.</p>
<p>Emulatorów „malucha” powstało bez liku, jednak w większości są to rzeczy stare lub zaistniałe jako efemerydy i nie wytrzymujące konkurencji Atari800Win. Z ciekawostek — istnieje emulator „malucha” na… Atari ST! Moim dotychczas największym dokonaniem w dziedzinie emulacji było zapuszczenie emulatora peceta na pececie (VMware bodajże), pod którym biegał emulator ST, pod którym z kolei odpalony był rzeczony emulator „malucha”. Niezłe kombo :)</p>
<p>No dobra, nie ma co ściemniać — lubię komputery firmy Atari. Mam nadzieję, że zarażę Was bakcylem kombinowania, emulowania, oglądania, grania w stare hiciory. Może to i historia, ale jakże fascynująca…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/atari-na-piecu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>ePSXe — granie bez pada</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/epsxe-granie-bez-pada/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/epsxe-granie-bez-pada/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 10:14:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Emulacja]]></category>
		<category><![CDATA[PlayStation]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[I znów emulator! Tym razem nie byle jaki — oto najlepszy chyba emulator konsoli PSX na peceta: ePSXe! Pod tym sympatycznym skrótem kryje się nazwa: Enhanced PSX emulator. I jest to nazwa bardzo słuszna, oddająca w znacznej mierze jakość tego produktu. Odpowiedzialni za kod samego emulatora są: calb, Galtor i _Demo_… Przynajmniej tak wynika z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="float:right; margin:0 0 10px 15px; width:240px;">
		<img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe04.jpg" width="240" />
		</p><p>I znów emulator! Tym razem nie byle jaki — oto najlepszy chyba emulator konsoli PSX na peceta: ePSXe! Pod tym sympatycznym skrótem kryje się nazwa: Enhanced PSX emulator. I jest to nazwa bardzo słuszna, oddająca w znacznej mierze jakość tego produktu.</p>
<p>Odpowiedzialni za kod samego emulatora są: calb, Galtor i _Demo_… Przynajmniej tak wynika z załączonego helpa, wypada więc wierzyć. I cóż oni takiego wymyślili? Ano wymyślili sobie modułowy program do emulowania konsoli PSX. Cóż znaczy „modułowy”? Ano mniej więcej tyle, że program nie jest zamkniętą całością i zezwala na miłą z nim zabawę użytkownikowi. Jak kilka innych emulatorów PSX-a program ten korzysta z szeroko rozpowszechnionego systemu wtyczek (plugins) opracowywanych i rozwijanych niezależnie od samego emulatora przez zupełnie innych ludzi. Jak sprawuje się to w działaniu — o tym za chwilę. Na początek zajmijmy się samym emulatorem.</p>
<div id="attachment_2356" class="wp-caption aligncenter" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-2356" href="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe01.jpg"><img class="size-medium wp-image-2356" title="ePSXe" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe01-300x225.jpg" alt="ePSXe" width="300" height="225" /></a><p class="wp-caption-text">ePSXe</p></div>
<p>Emulator wygląda po odpaleniu dosyć niepozornie. Do tego otwiera się jeszcze okienko z konsolą informacyjną, w którym umieszczane są raporty z wykonywanych aktualnie przez emulator czynności. To niepozorne coś skrywa w sobie jednak moc i możliwości potężne! Zanim jednak odpalimy emulator należałoby się wcześniej zaopatrzyć w kilka przydatnych plików. Są to:</p>
<p><strong>obraz biosu konsoli</strong>. „Wyszło” tych biosów kilka wersji w ciągu kilku lat funkcjonowania PSX-a na rynku. Warto mieć wszystkie i w zależności od gry (programu) uruchamiać pod różnymi wersjami w razie wystąpienia jakichś problemów. Takowych być nie powinno (ja przynajmniej nie zanotowałem), niemniej im nowszy bios, tym więcej bajerów w niego wsadzano. Ostatnie biosy rozszerzały funkcjonalność PSX-a o kilka miłych bajerów (ulepszony dźwięk, lepsza komunikacja wewnętrzna, zmieniony system zarządzania zawartością kart pamięci i takie tam pierdoły), polecam więc stosowanie wersji możliwie najwyższej. Warto zaopatrzyć się w wersje biosów na maszynki PAL i NTSC — w razie kłopotów z wyświetlaniem kolorów w grach czy programach zawsze można próbować „odpalić” maszynę w innym systemie wyświetlania obrazu.</p>
<p><strong>niezbędne do działania emulatora pluginy</strong>. Jest kilka wtyczek, bez których odpalenie emulatora jest wręcz niemożliwe. Chodzi głównie o pluginy wyświetlania obrazu. O samych pluginach nieco później.</p>
<p><strong>obraz płyty lub samą płytę z grą lub programem</strong>. Jakąś karmę emulatorkowi trzeba w końcu dać :)</p>
<p>Jeszcze tylko kilka słów o wymaganiach emulatora i zaraz odpalamy zabawkę:</p>
<ul>
<li>emulator biega pod Windows od 95 (lepiej 98) wzwyż. Żadnych problemów pod Windows XP nie zanotowałem, dopóki nie zacząłem bawić się instalowaniem ASPI. Po zainstalowaniu ASPI w systemie miałem problemy ze współpracą CD-ROMu LG z emulatorem. Płytek diabelstwo czytać nie chciało i basta. Po wymianie jednego napędu LG na combo (też LG zresztą :)) już żadnych problemów nie notuję. Wszystko śmiga aż miło.</li>
<li>potrzeba oczywiście bibliotek DirectX. Nie tylko do wyświetlania obrazu…</li>
<li>potrzeba jakiejś w miarę przyzwoitej karty graficznej. Mój GeForsik 2 MX radzi sobie bardzo prężnie choć o przyzwoitości w tym przypadku raczej mówić nie można :)</li>
<li>przydałaby się jakaś karta dźwiękowa. Muzyczki w grach na PSX bywają czasem nawet bardzo dobre. Inna sprawa, jak są emulowane…</li>
<li>procek: im szybszy, tym lepiej. Na moim poczciwym Athlonie 750 emulator śmiga jak błyskawica, więc na PII też pewnie ruszy. Kwestia odpowiedniej konfiguracji i można pograć…</li>
</ul>
<p>No więc odpalmy to cudeńko! Ale jeszcze chwilka, czas przybliżyć nieco…</p>
<p><strong>Pluginy</strong></p>
<p>Jak już wspomniałem, emulator zbudowany jest w taki modułowy sposób. Cholera wie jak to dokładnie wygląda, ale odnoszę wrażenie, że sam emulator wykonuje emulacje procesora i samych bebechów, natomiast za operacje I/O odpowiedzialne są wtyczki, do których emulator dane przetrawione w bebechach przekazuje. Może wydawać się to dziwne, ale taka budowa emulatora ma głęboki sens! Korzystanie z zewnętrznych pluginów zezwala użytkownikowi na optymalne dopasowanie emulatora do swojej konfiguracji komputera. Czy ma się akcelerator czy też nie — to nieistotne! Powstały wtyczki obsługujące większość popularnych kart graficznych w trybach softwarowego i sprzętowego renderingu obrazu końcowego. Wtyczki różnych autorów wykorzystują w przeróżny sposób funkcje udostępniane przez DirectX czy OpenGL. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Zawsze jednak istnieje wybór i jeżeli dana wtyczka nie chce na naszym komputerze pracować, możemy posłużyć się inną.</p>
<p>Przez system pluginów zrealizowano obsługę:</p>
<ul>
<li>grafiki (konieczne jest zaopatrzenie się w jakąś wtyczkę, emulator nie standardowo wyposażony w żadną) — tu pole do popisu jest ogromne! Wtyczek obsługujących grafikę powstało już całkiem sporo, także dla wyspecjalizowanych lub po prostu starszych układów graficznych. Warto pokombinować z różnymi pluginami — jedne mogą doskonale renderować obraz jednak z problemami w szybkości jego wyświetlania, inne radzą sobie ze wszystkimi zadaniami doskonale, jeszcze inne to demony szybkości… Jest w czym wybierać.</li>
<li>muzyki — emulator dostarcza gotowy system odtwarzania dźwięku przez DirectX ale cóż stoi na przeszkodzie w pokombinowaniu z innymi wtyczkami, oferującymi czasem znacznie większą funkcjonalność?</li>
<li>CD-ROMu — wraz z emulatorem dostarczane są wtyczki obsługujące napędy dla Windows 9x i serii NT/2000/XP. Spełniają swą rolę znakomicie ale w razie jakichś kłopotów zawsze można skorzystać z zewnętrznych wtyczek…</li>
</ul>
<p>Osobiście korzystam z zestawu pluginów graficznych robionych przez niejakiego Pete’a a zwących się Pete’s Drivers. Są po prostu świetne –oferują wysoką jakość obrazu, obsługują kilka najbardziej problematycznych w emulacji gierek oferując specjalnie dla nich stworzone poprawki itd. Poza tym Pete zrobił wtyczki przeznaczone dla DirectX i OpenGL, z czego preferuję OpenGL. Lepsza jakość obrazu i tyle.</p>
<p><strong>Uruchomienie</strong></p>
<p>Pierwsze odpalenie emulatora wiąże się z potrzebą dokonania odpowiednich ustawień i skonfigurowania wybranych wtyczek. Wygodny wizardzik poprowadzi za rękę i proces nie powinien nastręczać żadnych trudności. Co najwyżej konfigurowanie wtyczek może być lekko problematyczne (vide panel sterujący wtyczką Pete’a –sporo tam klikania i możliwych wyborów ustawień). Czasem bez lektury dokumentacji dołączanej do plugina się nie obejdzie :). Po przejściu tego etapu czas odpalić jakąś gierkę!</p>
<p>Żeby móc pograć należy zaopatrzyć się albo w płytkę z grą, albo w jej obraz. Emulator bez problemu obsługuje obrazy bin, iso czy ccd. W takim wypadku wskazuje się po prostu plik obrazu i voila, wszystko się zaczyna. Jeśli bliżej przyjrzycie się menu File, to zobaczycie, że odpalać można:<br />
– płytki (wiadomo)<br />
– obrazy (już to opisałem)<br />
– pliki EXE –oooo! To jest potęga! Zaraz o tym napiszę nieco więcej…<br />
– bios konsoli –emulator w tym trybie odpala sam bios. Z poziomu biosa można zrobić to, co zwykle oferują biosy PSX-a, czyli posłuchać CD i pozarządzać kartami pamięci :)</p>
<p>Co daje nam odpalenie tego tajemniczego EXE? Cha! Zależy co tam mamy pod ręką… Na PSX powstało swego czasu całkiem sporo gierek pisanych przez entuzjastów PSX-a, tworzących na specjalnych wersjach konsoli, zwanych YAROZE. Powstało tych gierek czy innych programów całkiem sporo i oto można je sobie uruchomić. Nas jednak zainteresują głównie PSX-owe dema. A bo tak! Napisano na tę konsolę kilka demek, ba! odbywały się nawet swego czasu na zachodnich parties kompoty w kategorii PSX Demo… Jeśli twórcy demka nie dostarczyli obrazu płyty wraz z demem, można je właśnie tą opcją próbować uruchomić pod emulatorem.</p>
<p>Jednak PSX służy głównie graniu i na nim się skupimy.</p>
<p>Ile gierek chadza pod ePSXe? A to już zależy od zastosowanych wtyczek jak i samego emulatora. Zasadniczo nie miałem problemów z uruchomieniem żadnej gry. Z działaniem i owszem, problemy się zdarzały. Jak się okazuje, rozwiązywały je zazwyczaj małe modyfikacje opcji plugina czy to dźwiękowego, czy też odpowiedzialnego za grafikę. Oto kilka pięknych przykładów:</p>
<div id="attachment_2357" class="wp-caption aligncenter" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-2357" href="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe02.jpg"><img class="size-medium wp-image-2357" title="ePSXe" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe02-300x232.jpg" alt="ePSXe" width="300" height="232" /></a><p class="wp-caption-text">ePSXe</p></div>
<p>Screen pochodzi z gry Vargant Story ze stajni Squaresoft. To, co widzicie, to pełne 3D z bajerami w stylu cieniowania i takimi tam. Plugin Pete’a świetnie się sprawuje w tej grze. Tekstury są bardzo dobrze rozmywane, ich łamanie zdarza się, ale to już podobnież wina także samego PSXa.</p>
<div id="attachment_2358" class="wp-caption aligncenter" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-2358" href="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe03.jpg"><img class="size-medium wp-image-2358" title="ePSXe" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe03-300x232.jpg" alt="ePSXe" width="300" height="232" /></a><p class="wp-caption-text">ePSXe</p></div>
<p>ePSXe Doskonale radzi sobie z odtwarzaniem filmów. Powyżej kadr z intra do Gran Turismo 2. Samo intro jest po prostu doskonałe! Prezentuje efektowne sceny z kolejnej części gry wydanej na PS2 przeplatane czarnobiałymi filmikami z głębokiej przeszłości rajdowych zmagań. Zmontowane to wszystko jest po prostu wyśmienicie! Dorzućcie do tego świetną ścieżkę dźwiękową i można to intro oglądać godzinami… Obrazki z samej gry prezentują się jak poniżej.</p>
<div id="attachment_2359" class="wp-caption aligncenter" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-2359" href="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe04.jpg"><img class="size-medium wp-image-2359" title="ePSXe" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/epsxe04-300x232.jpg" alt="ePSXe" width="300" height="232" /></a><p class="wp-caption-text">ePSXe</p></div>
<p>I znów pluginy Pete’a w użyciu! Gra chodzi szybko, wygląda prześlicznie (czasami lepiej niż niejedna pecetowa samochodówka mająca kolosalne wymagania sprzętowe) choć czasem zdarzają się kłopoty z wyświetlaniem tekstur. Ogólnie jednak rewelacja i grywalność pod niebiosa. Z takich małych technicznych ciekawostek: w karoserii samochodów w GT2 odbija się okolica i mijające samochody; każdy z 600 (tak! sześćset!) dostępnych samochodów ma nagrany swój dźwięk silnika; nie spotkałem się jeszcze z tak doskonale oddaną fizyką jazdy (a w niejedną samochodówke już grałem i za kierownicą niejednego samochodu już siedziałem) uwzględniającą wszystkie istotne aspekty jazdy (także zmianę środka ciężkości samochodu po tuningu silnika, dołożeniu spoilerów czy czego tam jeszcze). I teraz najlepsze: zrzut pamięci bajt po bajcie zajmuje kolosalną ilość miejsca, czyli zazwyczaj około 1,8 megabajta!!! W tym mieści się sceneria toru, obiekty samochodów (sześciu przy grze w pojedynkę), tekstury, dźwięki furek, fizyka jazdy, engine graficzny i jeszcze zostaje na wyświetlenie powtórek z jazdy. Muzyka leci już bezpośrednio z cd. Panowie koderzy, pochylcie głowy i uznajcie sztukę chłopaków z Digital Polyphony…</p>
<p>Co jeszcze oferuje nam ePSXe?</p>
<p>Świetną sprawą jest możliwość zgrania w każdej chwili zawartości pamięci emulowanej konsoli. Sprawdza się to doskonale w przypadku gier z wyznaczonymi savepointami. Grając w jakiegoś Tomb Ridera już nie trzeba się pocić i modlić o dobrnięcie do najbliższego savepointa. Robisz zrzut pamięci i w każdej chwili możesz przywrócić sytuację, którą uwieczniłeś.</p>
<p>Kolejną doskonałą sprawą jest możliwość korzystania z dowolnej ilości kart pamięci. Powstały już nawet specjalne managery kart pamięci, dzięki którym możliwe jest orientowanie się co i gdzie zostało nagrane. Jako że standardowa karta pamięci PSXa udostępnia raptem 15 bloków przeznaczonych na save, a gry w stylu GT2 potrafią jednym sejwikiem zając takich bloków 3… Duża ilość kart pamięci staje się potrzebą po prostu!</p>
<p>ePSXe doskonale współpracuje z padami piecowymi. Jeśli pad posiada analogowe minijoysticki na wzór tych z oryginalnych padów PSXa — są one oczywiście wykorzystywane. Ba! Jeśli pad posiada funkcje wibracji możecie być prawie pewni, że będzie trzęsło także w grach PSXowych. Większość nowszych gier na PSX oferuje opcje analogowego sterowania i „trzęsienia”. Konfiguracja i przypisanie odpowiednich klawiszy sterujących pada odbywa się z poziomu samego emulatora w bardzo wygodny sposób.</p>
<p>Emulator umożliwia wprowadzanie cheatów na tej samej zasadzie, jak odbywa się to przy użyciu ActionReplaya czy innego kartridża. Są setki kodów do dziesiątek gier wydanych na PSX i one działają! Miłe i sympatyczne ułatwienie życia graczom…</p>
<p><strong>Końcówka</strong></p>
<p>Czy ePSXe jest emulatorem pozbawionym wad? Oczywiście nie! Zdarzają się zgrzyty w emulacji, zdarzają się tytuły, z którymi emulator sobie nie radzi po prostu, bywają sytuacje, w których klnie się na jakość dźwięku czy inne mankamenty… No cóż, to tylko soft i hardware’u nie zastąpi nigdy w stu procentach. Niemniej ze swojego zadania wywiązuje się bardzo dobrze, czasami oferując przez system pluginów doznania znacznie sympatyczniejsze niż przy grze na samej konsoli. Czy warto drania wypróbować? To po prostu trzeba mieć!</p>
<p><a title="Strona programu" href="http://www.epsxe.com/">Strona programu</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/epsxe-granie-bez-pada/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Best Games czyli moje ulubione gry na Atari ST</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:57:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Atari]]></category>
		<category><![CDATA[Emulacja]]></category>
		<category><![CDATA[Gra]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Kilka z moich ulubionych tytułów na Atari ST. Power without the price :). Do dziś pogrywam w te gierki… Zaczniemy od tytułu tak klasycznego, że już bardziej chyba nie można :). Chodzi o niesamowitego pożeracza czasu, swego czasu króla salonów z grami, przy którym ekscytowali się i młodzi, i starzy. Proszę Państwa, oto Bubble Bobble! [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="float:right; margin:0 0 10px 15px; width:240px;">
		<img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames13.jpg" width="240" />
		</p><p>Kilka z moich ulubionych tytułów na Atari ST. Power without the price :). Do dziś pogrywam w te gierki…<br />

<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames01/' title='Bubble Bobble'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames01-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Bubble Bobble" title="Bubble Bobble" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames02/' title='Bubble Bobble'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames02-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Bubble Bobble" title="Bubble Bobble" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames03/' title='Beach Volley'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames03-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Beach Volley" title="Beach Volley" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames04/' title='Frontier'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames04-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Frontier" title="Frontier" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames05/' title='Frontier'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames05-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Frontier" title="Frontier" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames06/' title='Lethal Xcess'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames06-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Lethal Xcess" title="Lethal Xcess" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames07/' title='Magic Pockets'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames07-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Magic Pockets" title="Magic Pockets" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames08/' title='No Second Prize'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames08-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="No Second Prize" title="No Second Prize" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames09/' title='Out Run'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames09-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Out Run" title="Out Run" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames10/' title='Pirates!'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames10-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Pirates!" title="Pirates!" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames11/' title='Rainbow Islands'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames11-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Rainbow Islands" title="Rainbow Islands" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames12/' title='Turrican 2'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames12-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="Turrican 2" title="Turrican 2" /></a>
<a href='http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/st_bestgames13/' title='War In the Gulf'><img width="150" height="150" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/st_bestgames13-150x150.jpg" class="attachment-thumbnail" alt="War In the Gulf" title="War In the Gulf" /></a>
<br />
Zaczniemy od tytułu tak klasycznego, że już bardziej chyba nie można :). Chodzi o niesamowitego pożeracza czasu, swego czasu króla salonów z grami, przy którym ekscytowali się i młodzi, i starzy. Proszę Państwa, oto <strong>Bubble Bobble</strong>!</p>
<p align="center"><img style="padding-right: 5px; padding-left: 5px; width: 320px; height: 200px; border: 0px;" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/uploads/scena/st_bestgames01.jpg" alt="" width="320" height="200" /></p>
<p>Gierka nieskomplikowana jak konstrukcja przysłowiowego cepa. O co chodzi? Chodzi o łażenie smoczkiem, wypuszczanie baniek, łapanie w nie różnych potworków, rozwalanie tychże baniek i zbieranie giftów. Bijemy się o jak najwyższy wynik oczywiście. Żadnego tam ratowania świata czy innych głupot — high score ma być i tyle!</p>
<p>Gra jest mniodna do bólu! Można w to grać godzinami i bawić się świetnie bez uczucia jakiegoś specjalnego zmęczenia. Bezkompromisowe ładowanie potworków w banieczki ma jakiś nieodparty urok… Tym bardziej, że gra jest słodka — z rozwalonych potworków tworzą się bowiem jakieś bananki, jabłuszka, malinki i tym podobne pierdoły… Są oczywiście bossowie, jest heroizm skakania z rampy na rampę, są oczywiście momenty, w których tylko krzyczymy, że „tego nie da się zrobić!” tylko po to, by już kilka minut później sprawę załatwić i z wypiekami na twarzy rozgrywkę kontynuować. Kurczę, miód leje się tu litrami…</p>
<p>Wersja ST jest biedna kolorystycznie i muzycznie, choć akurat muzyczka należy do moich ulubionych. Ten zapętlony temacik potrafi wpływać motywująco, depresjonująco, triumfalnie i banalnie na gracza. Zależnie od tego, co się dzieje na ekranie, temacik zmienia się w naszym odczuciu z miłego i sympatycznego na ostatecznie wkurwiający :). Trzeba mieć talent, żeby napisać taką muzyczkę…</p>
<p>Kolejna gierka to nieśmiertelny (choć jakby nieco mniej znany niż poprzednik) <strong>Beach Volley</strong>. Uuuaaaa! Żadna tam symulacja siatkówki, po prostu czysta, niczym nie skrępowana wariacja na temat czterech kolesi na boisku i ich przedziwnych wyczynów w celu serwowania, odbierania, blokowania… To kolejna bezpretensjonalna gierka nastawiona li tylko na czystą rozrywkę. Udało się autorom jak diabli!</p>
<p>Fabuła? Jaka fabuła?!?!? Po co? Jeździmy niby po świecie i pizgamy meczyki… Scenerie się zmieniają wraz z podróżami a także poziom trudności. Wiadomo, im dalej w las, tym więcej kup… eee… chyba moje złe doświadczenia campingowe się odezwały. No ale wiecie o co chodzi. Chcesz szybko w coś pograć bez zobowiązań? Odpal tę gierkę! Tym bardziej, że pełna jest humoru, ma niezła grafikę, jest szybka (akcja i rekacja to kwestia ułamków sekund w dalszych poziomach), daje niezłego kopa jednym słowem…</p>
<p>No, teraz zatrzymamy się na dłużej, bo nadszedł czas na moją chyba najbardziej ulubioną gierkę. Na coś, przy czym spędziłem dłuuugie godziny i dni. Na coś, co swego czasu wypatrywałem po giełdach i nie mogłem za diabła znaleźć, a na co ostrzyłem sobie zęby recenzjami, obrazkami i opisami w prasie. Na coś, co zdobyłem dopiero za granicą, w odmętach jakiegoś małego sklepiku w Atenach… O co chodzi? Chodzi o króla ówczesnej rozrywki, grę o nazwie: <strong>Frontier</strong>!!!</p>
<p>Czy jest ktoś, kto nie grał we Frontiera? Nie wierze… Takie zwierze nie istnieje. Przynajmniej w tej galaktyce :). Można pokrótce powiedzieć: wyjebana w kosmos handlówka! Ale nie tylko. Gra, mimo bycia sequelem Elite, wyznaczała nowe horyzonty, nowe mierniki jakości. Wszechświat dostępny w grze jest potężny, fabuła jak się patrzy, ilość gadżetów całkiem spora, zleceń mnóstwo a walk od cholery i trochę. O co chodzi? Chodzi mniej więcej o to, by zebrać kupę szmalu, kupić wypasiony statek i sporo gadżetów do niego no i rozwiązać zagadkę, jaka w trakcie rozgrywki jest nam po trochu podawana. Problem leży w tym, że nie poznałem jeszcze nikogo, kto gierkę by skończył. Istnieje natomiast do dziś spora grupka entuzjastów tej gry, którzy dorobili się już niejednej legendy z grą związanej. Istnieją podania o tajemniczych statkach, silnikach, układach gwiezdnych i tym podobnych pierdołach. Podobno ktoś gdzieś kiedyś widział, miał, leciał za… Chwytacie klimat? Jest coś magicznego w tej grze. Coś, co przykuwa na długie godziny i nie pozwala odejść od monitora.</p>
<p>Gra serwuje nam pełne 3D w niezłej jakości. Generalnie grafika jest dopracowana, choć w tych pionierskich czasach prawdziwego 3D nie ustrzeżono się kilku błędów — a to przelecieć można przez kilka budynków na planecie, zanim engine załapie, że w coś pieprznęliśmy; a to wlatywanie do stacji orbitalnej może być czasem przepłacone rozwaleniem statku w drobny mak, cholera wie czemu… No ale mimo wszystko gra wygląda świetnie i tak.</p>
<p>Gra jest zaburaczona makabrycznie, choć większych problemów z działaniem nie zauważyłem przez te tygodnie i miesiące grania. Zresztą obrotni fani gry znaleźli kilka baboli, które znakomicie ułatwiają życie w dość trudnym mimo wszystko do przetrwania środowisku. Gra nie jest łatwa! Jest bardzo wymagająca, bardzo daleka od modnych dziś, odmóżdżających strzelanek czy konsolówek. Pochłania bezgranicznie i jestem świadkiem z krwi i kości, który to potwierdza. Uwierzcie jednak na słowo, albo lepiej sami się o tym przekonajcie — uniwersum Frintiera wchłania bezgranicznie… Kluczem do sukcesu tej gry jest chyba swoboda, jaką gra daje graczowi. Można być ciężko zarabiającym na paliwo pilotem statku handlowego, można zostać piratem, zarabiającym na przewozie kontrabandy i napadach na wspomnianych, ciężko zarabiających pilotów. Można być chłodnym zabójcą, realizującym zlecenia za pieniądze. Można oddać się rozkoszom wojskowych misji specjalnych… Aaaa, czas kończyć ten wywód! Muszę nieco pograć we Frontiera!</p>
<p>Okej, pograłem :)</p>
<p>Kolejną gierką o statusie dla mnie kultowym jest bezpretensjonalna strzelanka o dumnej nazwie <strong>Lethal Xcess</strong>… Nooo! O to właśnie chodzi w strzelankach z pionowym przesuwem ekranu! Mnóstwo broni, upgrade’ów, wrogów, bossów, adrenaliny i stopień trudności wyśrubowany na maksa, choć wielce umiejętnie. Nie zniechęcasz się, przesz dalej i dalej… Gra ma świetną grafikę, jeszcze lepszą muzykę, cudownie się w nią rżnie w dwóch (dwoje?). Była to chyba jedna z pierwszych gier, która obsługiwała dobrodziejstwa STE, a więc stereofoniczny dźwięk i wykorzystanie blittera. Sprite’ów lata po ekranie czasem całe zatrzęsienie, walimy do wroga z działek, których pociski latają po całej planszy… Chaos! Ale chaos przynoszący bardzo wiele radości.</p>
<p>Kolejną magiczną zręcznościówką jest dla mnie gierka o jakże miłym tytule <strong>Magic Pockets</strong>. Bladego pojęcia nie mam, dlaczego gierka na stałe nie weszła do kanonu zręcznościówek. Niczego jej bowiem nie brakuje — grafika jest bardzo dobra, muzyczka też niczego sobie, miód wylewa się tu z ekranu co chwilę… Chyba jest to dobry przykład gry niedocenionej, być może słabo po prostu znanej. O co chodzi tak w skrócie? Otóż jesteś młodym madafaką z kulastą czapeczką przekręconą na bok, jak kazała moda kilka lat temu, masz solidnie rozwiązane buty i solidną gumę w buzi. Z całym tym arsenałem ruszasz na wyprawę ku chuj wie czemu (nie wiem, bo gry nie skończyłem niestety). Ale za to jak się ruszasz w wyznaczonym kierunku! Świetna kolorystyka, dopracowana grafika (ktoś odwalił naprawdę kawał solidnej roboty, w końcu gra pochodzi ze stajni Bitmap Brothers), mocno speedująca muzyka… A ty rzucasz jakieś bliżej nieokreślone wirki, w które łapiesz dziwne stworki, z których potrafi się czasem urodzić jakiś bonusik. Brzmi może głupio, ale jest fajne!</p>
<p>Równie fajne (a może fajniejsze) jest jeżdżenie motorkiem w <strong>No Second Prize</strong>. Ocho, oto mamy przykład naprawdę dopracowanej gierki! 3D pracuje tu pełną parą, choć może nie zachwyca jakością. Ale jednym zachwyca na pewno — szybkością! Łojezu jak te motorki zapieprzają! Doskonale oddano wrażenie prędkości. Widok „z kierownicy” udał się w tej grze wyśmienicie — ma się to nieustające wrażenie uczestniczenia w wypadkach dziejących się na drodze.</p>
<p>Grę obsługuje się myszą, co jest doskonałym rozwiązaniem w ścigałkach. Oto bowiem możliwe jest prawie analogowe sterowanie bolidem. Pokonywanie łagodnych łuków nie jest już wychylaniem joya w obydwie strony w ramach wyrównywania toru jazdy. Tu dzieje się to intuicyjnie. Bardzo dobra, dynamiczna ścigałka!</p>
<p>A skoro już o ścigałkach mowa, nie mogło zbraknąć nieśmiertelnego tytułu: <strong>Outrun</strong>! Doskonałe wyścigi zrobione w sposób prostacki wręcz. Niemniej jest w tej grze to COŚ, co skazało ją na bycie grą kultową. Być może jest to wina szybkiej bryki i długonogiej blondynki siedzącej koło ciebie, czyli kolesia sterującego tą superszybką maszyną. Diabli wiedzą! Gra nie ma żadnych aspiracji symulacyjnych. Po co? Liczy się czysta radość śmigania i szybkie przełożenie oko-ręka, zwane potocznie refleksem. Ściganie się po zatłoczonych trasach, omijanie innych samochodów, zważanie na pobocza i inne szykany, wymaga bowiem od nas iście małpiej zręczności. Rzecz obowiązkowa dla maniaków szybkiej ręki :)</p>
<p>O kolejnej grze napiszę krótko, bo do dziś tytuł ten jest aktualny i stanowi swego rodzaju odnośnik dzisiejszych gier. Chodzi o przesławny tytuł <strong>Pirates</strong>. Nie można nic odkrywczego napisać o grze, którą ciągle przywołuje się w recenzjach gier początku XXI wieku. „Coś jak Pirates połaczone z czymśtam”; „nowoczesne podejście do tematyki znanej z Pirates, jednak czy równie udane?” itd. Niesamowita swoboda, bardzo ciekawie poprowadzona fabuła, mnóstwo możliwości, handel, walki… Gra o epickim rozmachu, niezgorszej grafice i tym czymś, co przykuwa na długie tygodnie do ekranu. Rewelacyjna zabawa!</p>
<p>Szukacie dobrej zręcznościówki? Do dziś jeszcze znakomicie do tego celu nadaje się <strong>Rainbow Islands</strong>! Oto bajecznie kolorowa (co sugeruje już sam tytuł), szybka, miła i przyjemna gierka! Żadne tam komplikacje, po prostu czysta zręczność znana choćby z różnych Giana Sisters czy podobnych. Tyle że zrealizowana w sposób świetny! Wspomniana już bajecznie kolorowa grafika, niezgorsza muzyczka w tle, nacisk na małpią zręczność i to coś, co stanowi o dobrej rozgrywce. Siada się do tej gierki z marszu i już się tak zostaje. Cudowny wypełniacz długich, zimowych wieczorów…</p>
<p>A skoro już przy zręcznościówkach jesteśmy… Nie ma chyba osoby, która zaczynała swą zabawę z komputerami 16-bitowymi i choć raz nie otarła się o ten szlachetny tytuł. Chodzi oczywiście o grę <strong>Turrican 2</strong>! O matko! Ileż tu się dzieje! Ileż tu strzelania, skakania, latania, fruwania, strzelania i rozwalania wszystkiego, co nie jest tobą! No po prostu świetna, bezpretensjonalna, mocno obciążająca paluchy strzelanka! Nie dajcie się zwariować — tę grę okrzyknięto swego czasu prawdziwym cudem i miała rzeszę wiernych wyznawców. W czym tkwi jej fenomen? W sumie trudno orzec. Grafika jest niezła, choć nie powala na kolana. Muzyczka jest naprawdę niezła ale można było usłyszeć lepsze. W czym więc tajemnica sukcesu tej gry? Chyba w połączeniu grafiki, muzyki i czegoś, na co dziś zwraca się jakby mniejszą uwagę przy produkcji gier –GRYWALNOŚCI! A są jej tony całe! Tego po prostu trzeba spróbować. W kąt pójdą nowoczesne, wypasione, trójwymiarowe ale w sumie nudnawe strzelanki. Nadejdzie czas Turricana 2 i długo potrwa.</p>
<p>Na koniec zmieńmy nieco klimat i przejdźmy do gierki zdecydowanie innej, choć też wymagającej szybkości. <strong>War In the Gulf</strong> (bo to o niej mowa), to zupełnie inna inszość. Ilekroć słyszę lub czytam w pisemkach gierkowych o tym, który to rts był pierwszy, tylekroć śmiać mi się chce i płakać zarazem. Po co to ustalać? Ważne, że taktyczne gry „dziejące się” w czasie rzeczywistym powstały jeszcze przed karierą peceta jako komputera domowego. War In the Gulf nie jest może jakimś szczególnie pierwszym dokonaniem tego typu, tym bardziej, że jest to sequel. Niemniej jest to dokonanie wyróżniające się pod względem treści merytorycznej i wykonania. O co chodzi w grze? Otóż jesteś dowódcą czterech plutonów czołgów, którymi to czołgami odpierasz ataki wojsk wrażych na terytorium Kuwejtu. To oczywiście ogromne uproszczenie ale jakoś tak to mniej więcej idzie. Plutonami dowodzi się bezpośrednio i w czasie rzeczywistym. To Ty, drogi graczu, rozplanowujesz akcję na mapie, to Ty strzelasz, to Ty wspomagasz walki jednego plutonu innym plutonem, to Ty dbasz o osłonę i cały ten wojskowy sztafaż. Spójrzcie na screenik przykładowy — nie daje on najmniejszego pojęcia o tym, ile się w trakcie gry dzieje. A dzieje się sporo! No cóż, o rozgrywce nie można zbyt dużo powiedzieć — tego trzeba po prostu spróbować. Szczególnie, gdy zaczyna się jatka, otrzymujesz kolejne meldunki o stratach w plutonach a jeszcze nawet nie wiesz, gdzie wróg się znajduje. Ta gra ma KLIMAT!</p>
<p>No dobra. To tylko kilka tytułów spośród tych moich ulubionych. Wybrałem dosyć przypadkowo, ale mniej więcej o to właśnie chodziło — przedstawić kilka gier, które według mojej skromnej osoby są naprawdę dobre.</p>
<p>Czy warto zaglądać do starych śmieci? Oj, zdecydowanie! Jest tego kilka powodów, z których najważniejszy jest dla mnie jeden: nostalgia! Jeśli już musicie spędzać przed komputerem bezproduktywnie czas młócąc w coś, róbcie to grając w starocie! Cała pikseloza jest niwelowana przez solidną mgiełkę „łzową” a klatę rozpiera jakieś takie miłe uczucie… Uczucie całkowicie nieobecne przy grze w obecne hity.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/best-games-czyli-moje-ulubione-gry-na-atari-st/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Aranym, Sokół na uwięzi</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/aranym-sokol-na-uwiezi/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/aranym-sokol-na-uwiezi/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:42:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Atari]]></category>
		<category><![CDATA[Emulacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Ha! Długo na to czekałem, ale się wreszcie doczekałem! Oto, proszę państwa, emulator Falcona — ARAnyM (Atari Running On Any Machine)! Skupię się w tym opisie na windowsowej wersji emulatora o numerku 0.6.8… głównie, bo w międzyczasie pokazała się wersja 0.8.0, w której kilka znaczących zmian wprowadzono. Z Aranymem pierwszy raz spotkałem się na listach [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="float:right; margin:0 0 10px 15px; width:240px;">
		<img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aranym-screenshot02.jpg" width="240" />
		</p><p>Ha! Długo na to czekałem, ale się wreszcie doczekałem! Oto, proszę państwa, emulator Falcona — ARAnyM (Atari Running On Any Machine)! Skupię się w tym opisie na windowsowej wersji emulatora o numerku 0.6.8… głównie, bo w międzyczasie pokazała się wersja 0.8.0, w której kilka znaczących zmian wprowadzono.</p>
<p>Z Aranymem pierwszy raz spotkałem się na listach dyskusyjnych o Atari, kiedy to na moje naiwne pytanie „czy aby Falcon nie doczekał się emulacji” odpowiedziano mi, że jeszcze solidnego emulatora nie ma. Znaczy się jest Aranym. Cholernie dużo racji jest w tym stwierdzeniu, jak się później przekonałem…</p>
<p>Działo się to jakiś czas temu i wtedy istniała wersja emulatora przeznaczona tylko dla Linuxa. Jako że z Linuchem dopiero się poznajemy i idzie nam to z deczka opornie, musiałem czekać. Doczekałem się. Wreszcie pokazała się wersja ruszająca także pod Windows i… rozczarowanie!</p>
<p>Zacznijmy może od tego, że Falcona widziałem wcześniej kilka razy w życiu, ale działać na nim to nie działałem. Nie mam bladego pojęcia o takich terminach jak NVDI, GEMDOS czy inne takie. Nie wiem de facto, jak ta maszynka działa, co trzeba tam poinstalować, co wrzucić, co wyrzucić i jak zabrać się za kombinowanie z systemem. Jest to sprzęt dla mnie poniekąd obcy, ale fascynujący ogromnie. Sporo wody w Wiśle upłynęło od czasu opchnięcia mojego ST i ponownego mego zainteresowania sprzętem Atari i okazało się, że latka te nie minęły sobie dla sprzętu i (głównie) oprogramowania bezczynnie. Wydarzyło się w międzyczasie bardzo wiele i Atari oraz oprogramowanie na nie przeszło solidną metamorfozę. Teraz całkowitą normą jest wielozadaniowość realizowana przez kilka systemów operacyjnych dostępnych na Atari (klony Linuxa, Unixa, MagiC, MultiTOS — wierzcie mi, to wierzchołek góry lodowej), o czym mogłem tylko marzyć pozbywając się swojego wysłużonego eSTeka. Poza tym nie da rady porównywać modeli serii ST do późniejszych i znacznie nowocześniejszych Falconów czy Atari TT. Kurczę, to inny sprzęt, inne możliwości, inne — wyspecjalizowane — oprogramowanie… Czytając ten opis weźcie pod uwagę, że pisze to poniekąd ślepiec, który będzie opowiadał o kolorach. Porównanie może malownicze ale dobrze oddające moje „macanki” z Aranymem :)…</p>
<p>Ale co tak właściwie jest emulowane? O ile dobrze się zorientowałem, emulowany jest Falcon030 ale w jakiś dziwny sposób. Pierwszy raz widzę emulator, który zdaje się emulować środowisko z zachowaniem szybkości działania pierwowzoru, niemniej przy określonych operacjach emulator zdaje się wykorzystywać moc procka peceta w pełni. Jeśli dobrze zrozumiałem wyniki wyplute przez benchmarki, różnego rodzaju operacje zmiennoprzecinkowe czy podobne mocno obciążające procesor nie są realizowane przez emulowaną Motorolę, lecz zrzucone na barki procesora pecetowego. Efekt jest lekko dezorientujący. Podczas gdy operacje wyświetlania obrazu można jeszcze jakoś porównać z oryginałem, o tyle operacje matematyczne dostają poootężnego kopa i dzieją się czasem kilkaset razy szybciej. He, dziwne podejście do emulacji… No i dziwne podejście do wykorzystania zasobów samego peceta! Emulator w określonych przypadkach zżera mnóstwo mocy procka, co dostrzegalne jest chociażby przy próbie realizowania jakichś innych zadań na pececie. Ot choćby zapisanie tych kilku screenshotów może nie było problemem, ale bardzo widoczne było zwolnienie kompa przy przełączaniu zadań między emulatorem a programem, którym shoty robiłem.</p>
<p>Sam emulator nie prezentuje się jakoś specjalnie… Generalnie w ogóle się nie prezentuje. Wersja windowsowa, którą teraz opisuje, została przeniesiona z wersji linuksowej ze wszystkimi tego bagażami. A więc zapomnijcie o wygodnym GUI czy innych bajerach. Emulator konfiguruje się z poziomu pliku ini i, co ciekawe, programów odpalanych pod tym emulatorem. Do dyspozycji jest niewiele umożliwiające okienko, które pokazuje się po klepnięciu klawiora pause/break. I to chyba wszystko, jeśli chodzi o konfigurowanie i interakcję emulatora z użytkownikiem. Szkoda, przez to soft staje się nieco cięższy do przebrnięcia. Emulator nie chadza (przynajmniej w wersji windowsowej) bez obrazu twardego dysku. Za obraz robi plik odpowiedniej wielkości, który montuje się jako partycję. Niestety, do dziś nie wiem jak i czy w ogóle da rady podmontować napęd dyskietek lub chociażby ich obrazów. Problem w tym, że w linuksowej wersji jest to jak najbardziej możliwe, jednak w windowsowej coś się trzepie i za cholerę nie mogłem ruszyć z dyskietki. A szkoda! Sporo gierek czy inszego softu działa tylko w ten sposób… Za to w sieci można znaleźć sporo obrazów dysków z już postawionym systemem operacyjnym, podstawowymi narzędziami i czym tam jeszcze. Sam mam kilka takich obrazów i powiem wam, że to dosyć wygodne rozwiązanie. Chcesz pracować pod czystym TOSem? No problema! Chcesz mieć wszystkie te cuda, jakie oferują systemy z multitaskingiem? A proszę bardzo! Jako inną partycję można przecież zawsze podmontować sobie jakiś plik z softem i wszystko działa czadziorsko.</p>
<p>A propos działania… Do uruchomienia emulatora potrzebny jest, wspomniany już, obraz partycji dysku twardego oraz plik z TOSem 4.04 lub EMUTOSem (darmowym systemem operacyjnym, z którym jednak mam czasem problemy i który stanowczo odradzam). Po szczęśliwym zassaniu całości i przebrnięciu przez plik readme (bardzo skromny i niewiele wnoszący — generalnie docsy do emulatora pozostawiają bardzo wiele do życzenia) oraz ustawieniu wszystkiego jak trzeba — odpalamy! Jeśli kiedyś używałeś Atari ST, ale nie widziałeś na oczy Falcona i TOSa 4.04 przeżyjesz bardzo miłe chwile widząc te wszystkie kolorki, miłe ikonki i takie tam. GEM wygląda po prostu świetnie! Jest funkcjonalny, intuicyjny — to jeden z lepszych systemów okienkowych, jakie kiedykolwiek widziałem (a widziałem już niemało). Prostota tak wyglądu jak i obsługi pozwala z miejsca opanować system. Prawdziwie miła zabawa zaczyna się jednak w momencie zainstalowania jednego z wielozadaniowych systemów. Oto mały zrzucik ekranu:</p>
<div id="attachment_2335" class="wp-caption aligncenter" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-2335" href="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aranym-screenshot01.jpg"><img class="size-medium wp-image-2335" title="Aranym" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aranym-screenshot01-300x234.jpg" alt="Aranym" width="300" height="234" /></a><p class="wp-caption-text">Aranym</p></div>
<p>Oto pulpit Falcona z zainstalowanym MiNTem i nakładką Thing (jak widać spolonizowaną). Na obrazie dysku, który dostałem od jednego z grupowiczów (hi Cyprian! :)) postawiony był rzeczony MiNT plus dorzuconych kilka użytków. Po podmontowaniu kolejnego obrazu dysku z narzędziami miałem już zupełnie wypasione środowisko. Miłe i wielozadaniowe jak się patrzy.</p>
<p>Ale, jak już wspomniałem, czasy się zmieniły, pokazała się nowa wersja emulatora i tu przeżyłem niemiłe rozczarowanie nieco. Otóż zmieniono na tyle sporo, że stare drivery dysków twardych po prostu nie działają na nowej wersji emulatora. Skutek jest taki, że podpiąć obraz dysku jak najbardziej mogę, ale o wystartowaniu systemu z niego mogę zapomnieć. Przynajmniej starszego systemu. Ale pomyślano o takich łosiach jak ja i w sieci leżą gotowe do pobrania obrazy twardzieli z preinstalowanych systemem MiNT i nakładką na ten system o dźwięcznej nazwie TeraDesk. Całość wygląda mniej więcej tak:</p>
<div id="attachment_2336" class="wp-caption aligncenter" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-2336" href="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aranym-screenshot02.jpg"><img class="size-medium wp-image-2336" title="Aranym" src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aranym-screenshot02-300x232.jpg" alt="Aranym" width="300" height="232" /></a><p class="wp-caption-text">Aranym</p></div>
<p>Okej, może niezbyt wiele widać ale uwierzcie na słowo — całość jest stabilna, śmiga aż miło patrzeć no i jest wielozadaniowa jak pan bóg przykazał.</p>
<p>A jak wygląda emulacja w praniu? Otóż baaaaardzo różnie. Zasadniczo można zapomnieć o takich rzeczach jak granie czy oglądanie demek pod emulatorem. Za wysokie progi najwidoczniej… Za to wszelkie aplikacje biurowe i podobne oprate na GEMie śmigają aż miło patrzeć. Pewne problemy mam z uruchomieniem Signum 4 (znakomity program do klepania i wstępnego składu tekstu), ale to chyba z powodu jego konstrukcji. Wygląda na to, że zastępuje standardowy GEM jakimś własnym shellem a skutek na emulatorze jest taki, że wszystko się pierniczy. Być może te objawy niedługo ustąpią, wraz z ulepszaniem samego emulatora.</p>
<p>Przykra prawda jest jednak taka, że emulator rozwija skrzydła dopiero na Linuxie. Wersja dla Windows jest w porównaniu z oryginałem mocno okrojona. Dlatego jeśli już się bawić tym softem, to tylko na Linuxie. Niestety, jak już wspomniałem moja znajomość Linucha kończy się na jego zainstalowaniu i bezstresowym używaniu, więc zbyt dużo prócz kilkukrotnego uruchomienia nie powalczyłem. A pod Linuchem się dzieje podobno! Sieć, dźwięk, bajery, szmery… Kurczę, kiedyś się odważę i podrążę nieco ten temat :).</p>
<p>No dobra, co tu w sumie pisać o rzeczy, której nie do końca rozumiem i umiem :)? Emulator działa — czasem lepiej, czasem gorzej. Jest ciągle rozwijany i być może już niedługo doczekamy się emulacji Falcona z prawdziwego zdarzenia. Ja, póki co, czekam niecierpliwie na jakąś solidną wersję dla Windows — z dobrym GUI, z bajerami z wersji linuxowych, ze wszystkim, co potrzeba do bezstresowej obsługi.</p>
<p>Czy warto więc inwestować swój czas w zabawę z ARAnyMem? Teraz, kiedy wyszła nowa wersja (i wciąż pokazują się nowe) i jeśli nieobcy ci jest Linux — jak najbardziej! Jeśli jednak wolisz męczyć się w środowisku windowsa — póki co odradzam.</p>
<p><a title="Strona programu" href="http://aranym.org/">Strona programu</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/aranym-sokol-na-uwiezi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wiedźmin scene style</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/wiedzmin-scene-style/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/wiedzmin-scene-style/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:39:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Czy na scenie można mówić o zjawisku wiedźmiństwa? Takiego solidnego, zdrowego, opisanego na ten przykład przez nijakiego A. S.? Zobaczmy! Czym zajmował się wiedźmin w książeczce ASa? To dobre pytanie! Ten koleś był otóż najemnym łotrem, zbirem i zabijaką, którego zajęcie stanowiło zabijanie potworów za kasę. Myliłby się jednak ten, kto uważałby wiedźmina za typowego, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Czy na scenie można mówić o zjawisku wiedźmiństwa? Takiego solidnego, zdrowego, opisanego na ten przykład przez nijakiego A. S.? Zobaczmy!</p>
<p>Czym zajmował się wiedźmin w książeczce ASa? To dobre pytanie! Ten koleś był otóż najemnym łotrem, zbirem i zabijaką, którego zajęcie stanowiło zabijanie potworów za kasę. Myliłby się jednak ten, kto uważałby wiedźmina za typowego, zimnego madafakera w stylu Pruszkowa i okolic. Otóż nie! Koleś miał jeszcze cos takiego, co się zwie potocznie sumieniem, a co my znamy pod pojęciem „bycia miękkim”.</p>
<p>Czy więc ten koleś w komercyjnej otoczce i z wyrzutami sumienia ma jakieś odniesienie w ogóle do sceny? Oj tak, ma! Na początek zarzućmy sobie to komercyjne killowanie wszystkiego dookoła. Wiedźmin ASa tak na oko 80% zabójstw dokonał za zupełne friko. Ot naszło go gdzieś w knajpie i już wyciągał mieczyk by chlastać na lewo i prawo. I jest to wspaniała, scenowa postawa! Ileż to już razy widzieliśmy to na własne oczy… Bezinteresowne i zupełnie spontaniczne mordowanie wszystkich naokoło. Mordowanie oczywiście w sensie jak najbardziej przenośnym, bo przeca scenowcy friendshipem się szczycą i jawnie noża w grdykę komuś nie wsadzają. Ale te 80% przypadków to całkowicie bezinteresowne przypierdalanie się do kogoś (zazwyczaj młodego adepta wiedź… tfu!… scenowania) o cokolwiek. Jest to bowiem jedna z podstawowych zasad rządzących sceną, ba!, ludzkością wręcz całą. Nie podobają się scenowcom różne rzeczy — w tym i inni wiedź… tfu! scenowcy. W tym celu wyciąga się katanę… wróć! To nie film!… no więc wyciąga się mieczyk i pizga na lewo i prawo. Tako na scenie słodko się dzieje.</p>
<p>Mamy więc swoje instynkta zabójcze i korzystamy z nich często. Taka już widocznie nasza scenowa wiedźmińska natura. Ale fach wiedźmina nie na mordowaniu polega… Znaczy się polega ale nie ludziów normalnych tylko stworów złośliwych a szkaradnych. Czy takie stwory na naszej przaśnej demoscenie istnieją? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Bywają stwory okrutne, smrodem z przepitego oddechu wiejące, spod pach oparem zamęczające i wielkie ludziom przykrości z tego powodu czyniące. Takoż wielce nieurodziwe stwory się zdarzają, które nieczem bazyliszek na widok swój w lustrze pewnikiem by popadały, więc w lustro nie zaglądają, od tego jeszcze szkaradniejszymi się stając, co najwyżej do lustra pijąc ale i tak patrząc jeno przez denko butelki. Na takowych śmierdzieli jedna może być tylko sprawiedliwa kara: mieczykiem bez łeb, a w scenowych warunkach — zwyzywać i pod pręgierz opinii publicznej ustawić.</p>
<p>Czy znaleźć można między nami nielicznymi takowego wiedźmina, który scyzorykiem swoim wiele problemów załatwia? Oczywiście! Na kopy takowych wiedźminów liczyć można! Co jeden scener to swoją rację o owej scenie ma, swoje wyobrażenie co to takiego i jakimi prawami (najlepiej owego scenera) się toto rządzi. A nie daj boże, że jacyś inni scenerzy się z owym wyobrażeniem nie zgodzą! Już zaczyna się kos ostrzenie, katan oliwienie a colty jakby szybciej się z olstrów wysuwają. Tyczy się to głównie młodych, ale bardzo do tematu zapalonych irc-scenerów.</p>
<p>Szybka definicja: irc-scener = scener, którego miano znamy tylko i wyłącznie z jego popisów na kanale #polishscene. To scener, którego prodek ze świecą szukać, chyba że mówimy o prywatnej stronie www, poświęconej oczywiście scenie w całości, skonstruowanej z szablonu programu frontpage.</p>
<p>Dość definicyj! Wracamy do wiedźmiństwa… irc-wiedźmin posiada jedną, doskonałą cechę: zdolność adaptacji do każdych warunków. Adaptacja owa dokonuje się przez zakup coraz to nowszych sprzętów okołomodemowych i modemopodobnych. Znaczy kupują rodzice, bo młody irc-scener tak długo marudzi im za uszami, że w końcu wymarudzi. Sam chuja wiedząc ile to właściwie kosztuje. Zaadoptowany irc-scener siedzi kilka ładnych godzin dziennie na rzeczonym ircu i wie wszystko o wszystkim i wszystkich. Bo taka jest jego funkcja — wiedzieć wszystko o wszystkim i wszystkich. Co gdzie i kiedy się wydało, przez kogo i dlaczego jest takie chujowe. To ostatnie może być przez irc-scenera rozwijane w dowolnej ilości i kiepskiej jakości dialog (jeżeli komuś innemu się chce) lub monolog (zazwyczaj tak bywa). Jest więc to, jak widać, stworzenie doskonale przystosowane, prawie samowystarczalne. Jako ten wiedźmin — może siedzieć godzinami w zaroślach i czatować. Z tą różnicą, że scener daje sobie away do miana bo właśnie czatuje na wp.pl.</p>
<p>Wiedźmińską bronią jest katana… tfu! to nie film!… oczywiście mieczyk jest na wskroś wiedźmińską bronią. Dobrze, bo to i narzędzie męskie i mężczyzny godne. Irc-scener na wskroś jednak ma opanowane nieco insze narzędzia mordu: Słowo i Gniewny Wybuch. Czasem potrafi z nich składać całkiem niezłe komba. Czym to się od katanki (niech już tak zostanie) różni? Praktycznie wszystkim! Słowo, to jako się rzekło słowo — tyle że nimbem Nieomylności irc-wiedźmina natchnięte. Przyciężkie jest przeto nieco i władać owym irc-wiedźmin nigdy się nie nauczy tak, jak prawdziwy wiedźmin katanką. Ale Słowo w ustach irc-wiedźmina to rzecz niebezpieczna! Zna bowiem irc-wiedźmin kilka sztychów, które mordercze i kończące wszelką dyskusję bywają. „Komercha!”, „kasa!”, „lamer!”, „won ze sceny!”… Znamy te cięcia i wielokrotnie jużeśmy je widzieli. Słowem też irc-wiedźmin niezłe parady tworzy — „a spierdalaj!”, „chuj ci w dupę lamo!”, „wypierdalaj!”, „nie gadam z lamami”… To tylko mała prezentacja możliwości irc-wiedźmina. Kasować może takimi sztychami i paradami praktycznie wszystko i wszystkich. Nawet wieloletni, doświadczeni scenerzy padają pod takim gradem ciosów znikąd. Są, jakby to rzec, chyba nieco zaskoczeni a bywa że i oszołomieni… Gniewny Wybuch to to samo co słowo, tylko zawierające o wiele więcej bluzgów, oszczerstw i generalnie stoi toto po tej ciemniejszej stronie mocy.</p>
<p>Skąd taki nawał gniewu, wściekłości i generalnie jakichś takich negatywnych emocji? A kto powiedział, że są one negatywne! Toż to JEDYNA możliwość stworzenia czegokolwiek dla takowego irc-scenera. W żadnym innym, typowo scenowym działaniu, taki pseudo scener się po prostu nie sprawdza. Z różnych względów — a to nie ma czasu, a to nie ma chęci, a to nie ma talentu albo po prostu nie umie. Ale słowne sztychy zadawać potrafi z łatwością wprost wrodzoną, no to i mamy niszę ekologiczną takiego scenera.</p>
<p>Tylko czy scena ma w ogóle taką niszę? Czy to jeszcze przynależy do działalności scenowej? Nie wydaje mi się… Dlatego:</p>
<p>Mniej pierdolenia! Więcej robienia…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/wiedzmin-scene-style/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Scenowe konfiguracje</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/scenowe-konfiguracje/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/scenowe-konfiguracje/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:36:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Scenowe konfiguracje… czyli profesorre CoSTa ma głos, czyli kolejny wykład o wyższości sceny nad świętami Bożego Narodzenia. Oto i mały rys historyczny w temacie sceny w ogóle a już konfiguracji sprzętowych w szczególności. Wykład zagmatwany bo źródeł mało (poznałem) ale za to wesoły (mam nadzieję :))… No to jazda! Scena stara jest jak sam człowiek. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Scenowe konfiguracje…</p>
<p>czyli profesorre CoSTa ma głos,<br />
czyli kolejny wykład o wyższości sceny nad świętami Bożego Narodzenia.</p>
<p>Oto i mały rys historyczny w temacie sceny w ogóle a już konfiguracji sprzętowych w szczególności. Wykład zagmatwany bo źródeł mało (poznałem) ale za to wesoły (mam nadzieję :))… No to jazda!</p>
<p>Scena stara jest jak sam człowiek. Od momentu wyprostowania się, utraty ogona i rozwoju czołowych płatów kory mózgowej człowiek MUSIAŁ wręcz coś tworzyć. I tworzył! Używał do tego różnych narzędzi, zmieniających się wraz z prostowaniem się, utratą ogona i rozwojem płatów. Początki jak zwykle giną w pomroce dziejów i alkoholu ale można przyjąć, że było mniej więcej tak:</p>
<p>Przez afrykański step pomyka sobie koleś. Na oko wygląda na szympansa ale nie dajmy się zwieść pozorom! Koleś ma wiele skili — staje prosto, czoło rośnie, łapki są całkiem sprawne (poza tym, że chwytne)… Podstawowa różnica tkwi w tym, że koleś najwyraźniej w łapach coś trzyma. Eureka! to kość zjedzonego wczoraj współplemieńca! Oto, kochani moi, pierwsze narzędzie scenowe wszechczasów. Ową bowiem kością unurzaną w błocie, czy czymś zdecydowanie bardziej apetycznym, koleś przedstawia historię owej kości zdobycia (naturalistyczne sceny mordu i przemocy). Historię pozostawia na mijanych drzewach, skałkach i innych powierzchniach w miarę płaskich. Pierwsze osiągnięcie scenowej technologii niezbyt było poręczne a tworzone nim prody 2D niezbyt dokładne. Natura nie mogła na takie coś patrzeć i zafundowała człowiekowi kolejne przeistoczenie.</p>
<p>Skaczemy sporo lat dalej i co widzimy? Oto człowiek już do człowieka zdecydowanie podobny, który dzierży w łapie wysublimowane narzędzie mordu, jakim niewątpliwie jest przypalony w ognisku kijaszek robiący za włócznię. Końcówka owego kijaszka ma zajebistą właściwość — pozostawia czarne smugi na łapach. A jak oprzeć o ścianę groty to się paskudztwo i tam jeszcze czepia. Zdecydowanie podobny do człowieka osobnik korzysta z kolejnego narzędzia sprzętowego i kijaszkiem przypalonym oraz w czymś unurzanym zaczyna po ścianie smerać wzory różne i inne scenki. Jako żywo przypomina to tzw. awangardową dzisiejszą twórczość i jest wstępem do rozkwitu takich późniejszych talentów jak Lazur czy ja sam :).</p>
<p>Ewolucja nie zatrzymała się na tym etapie — sprzęt zaczął się komplikować. Przeróbki sprzętowe i dopałki doprowadziły do odkrycia właściwości metali tak jako materiału obrabiającego, jak i materiału do obróbki przeznaczonego. Udoskonalono metody obróbki kamienia i zaczęto tworzyć podstawy pod późniejszą twórczość 3D.</p>
<p>Zdecydowanie najznakomitszym przykładem rozwoju warsztatu scenowego jest cywilizacja egipska. Jako jedna z pierwszych wzniosła konfiguracje sprzętowe na wyżyny ówczesnego rozwoju — sprzęt pozwalał na tworzenie gigantycznych i monumentalnych obiektów i scenek 3D (piramidy chociażby), jak i wysublimowanych grafik 2D (ot choćby ichni alfabecik obrazkowy na papirusie… niezłe prody!). Wraz z potężnym kopem sprzętowym Egipcjanie zafundowali nam małe cocnieco w kwestiach organizacyjnych. Oto i podkreślono funkcję main orga przez nadanie mu cech boskich. Ten koleś mógł wszystko! Zwał się ów main org faraonem i dzięki niemu cała ta wesoła grupa scenowa o nazwie Egipt funkcjonowała.</p>
<p>Poskaczemy nieco po epokach i wylądujemy u starożytnych Greków. Kolesie byli cudowni jeśli chodzi o wysublimowane narzędzia scenowe. Dzięki opracowanym przez siebie technologiom i enginom potrafili tworzyć i wyświetlać w czasie rzeczywistym całe mnóstwo skomplikowanych obiektów 3D… Demo o nazwie Akropol jest jak dla mnie jednym z najlepszych dem wszechczasów! Niestety, leżało nieco odświeżanie… Proces wyświetlenia skończonej sceny zajął podobno kilka ładnych dziesięcioleci. No ale była to dobra podstawa do przyszłych działań! Starożytni grecy zafundowali nam chyba pierwsze „prawdziwe”, z krwi i kości txt-prody! Zorganizowały się takie typowe dla sceny gatunki jak: dramat (popularny w tematyce scene-is-dying i podobnych), komedia (bardzo popularna do dziś sądząc po niektórych tekstach), farsa (o! zdecydowana większość!), tragifarsa (matko, jakże ten gatunek jest oblegany!) i im pokrewne. Poezja wspięła się na wyżyny wówczas ale dziś pozostały po tych tłustych poetyckich latach jakieś popłuczyny tylko więc chyba nie ma o czym wspominać. Grafika jak i narzędzia do jej tworzenia także dostały niezłego kopa. Te różne freski znane choćby z Knossos, te barwniki i odcienie użyte przy ich tworzeniu… Śmiało możemy pokusić się o tezę, że bez starożytnej Grecji dupę byśmy dzisiaj mieli a nie scenę!</p>
<p>Skaczemy o kilka ładnych lat dalej i lądujemy w Średniowieczu. O, to był dopiero płodny dla sceny okres! Zaczęto na potęgę stosować efekty cząsteczkowe (ogień stosów) i wolumetryczne (okadzanie całych miast przed czarną śmiercią). Skok jakościowy tych efektów był na tyle duży, technologia na tyle spopularyzowana i dostępna, że jak kontynent długi i szeroki stosowano owe przy każdej nadarzającej się okazji. Grafikę i obróbkę materiałów graficznych posunięto jeszcze dalej! Nareszcie popularną stała się technika piksel-paintingu (solidne, benedyktyńskie prace z owego okresu do dziś pozostają niedoścignionym wzorem — któż bowiem siedzi dziś latami nad dopracowaniem jednej prodki?). Wprowadzono nowe faktury (drzewo) i tematykę (święci różni w różnych pozach i przypadkach). Z połączenia powstały tak popularne ostatnio za sprawą Internetu ikony. Generalnie rozwinięto grafikę użytkową na maksa…</p>
<p>Ten świetny okres zakończył się wraz z nastaniem tzw. Odrodzenia. Zanegowano wszelkie dotychczasowe osiągnięcia i zabrano się do roboty „od podstaw” (jak twierdzili ówcześni scenerzy), czyli zaczęto kopiować prace z okresu Starożytności. Wszystko fajnie ale to już było! To właśnie ponoć z tego okresu pochodzi tak lubiane przez dzisiejszych scenerów zawołanie „skan!”. Skan była to ówczesna technika kopiowania za pomocą SKóry tudzież ANtrykotu (stąd słowo skan). Oświecenie jako takie nie wniosło nic wielkiego do samej treści prodek scenowych ale jakże wiele zmieniło pod względem warsztatu! Stosowanie skóry stało się przeżytkiem na cześć papieru. Dzięki tej technice ostało się do dziś całkiem sporo szkiców warsztatowych jednego z najsłynniejszych scenerów Oświecenia — kolesia o ksywce Leonard daVinci. Pchnął on prace nad modelowaniem tudzież rysowaniem sylwetki ludzkiej o całe lata świetlne do przodu! Jego fascynujące studia nad konstrukcją i mechanizmem działania ciała ludzkiego były podwalinami techniki motion capture i naturalistycznego przedstawiania postaci ludzkich. Przełomowe przedstawienie wszystkich organów człowieka w formie dokładnych rysunków owych było na ówczesne czasy nie lada wyzwaniem! Wszak modele dosyć szybko ulegali procesowi rozkładu (Leonard jakoś nie lubił modelek)…</p>
<p>Późniejsze epoki (baroki i inne takie) to już wariacje na ciągle ten sam temat. Można powiedzieć, że największym dokonaniem lat późniejszych było doskonałe rozwinięcie prodek muzycznych. Twórcy dostali w łapy swe nowe instrumenty, zaczęli mieć do dyspozycji coraz więcej kanałów i zaczynały prodki wreszcie brzmieć polifonicznie. Rozwinięto na tyle możliwości sprzętowe, że zaczęto na polifoniczne brzmienie mówić „orkiestra”. Rzecz się przyjęła i dziś jest standardem dla trackerów. Co prawda wczesne lata 90. zeszłego stulecia proponowały powrót do kameralnych form (cztery kanały a więc kwartet), niemniej przełom stuleci stanowczo postawił na powrót do brzmień polifonicznych.</p>
<p>Jak więc łatwo można zauważyć, postęp technologiczny dokonujący się wraz z postępem cywilizacyjnym i rozwojem umysłowym gatunku ludzkiego zawsze był związany ze scenowaniem! To właśnie proces scenowania inspirował wszelkie przełomy, gwałtowne zmiany w kondycji ludzkiej i dokonaniach ludzkości w ogólności. Możecie czuć się dumni i wyróżnieni z przynależności do tego elitarnego grona twórców i tworzywa!</p>
<p>Co było do udowodnienia…</p>
<p>ps. ogólne :)))</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/scenowe-konfiguracje/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rzecz o pisaniu</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/rzecz-o-pisaniu/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/rzecz-o-pisaniu/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:32:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Ha! I znów będzie o tym jak pisać, gdzie, po co i dlaczego. Że nudne? Bo ja wiem… Kilka fajnych patentów mam zamiar Wam tu sprzedać. Więc czytać i nie marudzić! :) Rzecz cała dział się lat temu bez liku. Najstarsi nie pamiętają kiedy w sumie cały ten bałagan się zaczął ale było to tak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ha! I znów będzie o tym jak pisać, gdzie, po co i dlaczego. Że nudne? Bo ja wiem… Kilka fajnych patentów mam zamiar Wam tu sprzedać. Więc czytać i nie marudzić! :)</p>
<p>Rzecz cała dział się lat temu bez liku. Najstarsi nie pamiętają kiedy w sumie cały ten bałagan się zaczął ale było to tak dawno, że nie ma najmniejszego sensu o tym gdybać. Grunt, że kiedyś tam wymyślono pismo! Stało się ono od razu przebojem na pańskich salonach i rzeczą rarytasową poniekąd, żeby nie rzec, że wręcz pilnie strzeżoną. Żaden cham dostępu do pisma mieć nie mógł bo i stać go na to nie było, i za głupi był od urodzenia, no i sami panowie tajemnicy strzegli zazdrośnie.</p>
<p>Dziś czasy nieco się zmieniły. Byle cham od urodzenia praktycznie nakazane ma w ustawie, że pisać i czytać uczył się będzie i to przez lat całkiem sporo. Czy tego chce, czy nie. Ot takie zniewolenie małe dla dobra nie interesującego się generalnie słowem pisanym chamstwa. Czy wyszło to słowu pisanemu na zdrowie? Trudno powiedzieć. Kiedyś książeczek wydawało się pewnie mniej. Dziś jest tego na kopy ale z jakością bywa już różnie… Jak więc wyróżnić swoje słowo pisane na tle całego tego szumu informacyjnego? Jak spowodować, że przy pierwszych zgłoskach naszego stringa panom serducha z zawiści biją mocniej a paniom cokolwiek majtki zaczynają się kleić? To trudne straszliwie ale co tam, zaraz Wam o wszystkim opowiem! I to za darmo!</p>
<p>Po pierwsze, by nasze utwory czymkolwiek różniły się od utworów konkurencji, trzeba owe PODPISYWAĆ. Podpis moi drodzy to takie coś, co mówi kto to napisał. A więc jak nie lubicie Jarka z 4a to zawsze możecie na dyrekcję Waszego przedszkola napisać jakieś straszne przekleństwa i podpisać „Jarek z 4a”. Dyrekcja się wkurzy, Jarek ma przesrane, Wy macie ubaw po pachy. Podpis jest także dosyć istotny przy na przykład wysyłaniu listów do osoby ukochanej. Znam przypadek kolesia, który wszystko generalnie robił dobrze, a więc wrzucał w body listu te wszystkie „kocham cię”, „nie mogę bez ciebie żyć”, „chwilunia, przecież ciebie tu nie ma”, „kurwa, biorę żyletę i tnę”… i tak dalej… no więc ten koleś robił wszystko okej. Zapominał jednak o podpisie. Końcówka była dla kolesia nieco smętna bowiem obiekt jego achów i ochów zaczął przechadzać się po ulicach z jakimś gejem myśląc zapewne, że to ten pajac pisał takie suchary. Widzicie jak wiele zależy od jednej małej sygnaturki? Umiejętność podpisywania się jest przydatna także w bankach (ktoś musi te czeki podpisywać) i na policji (ktoś te protokoły przesłuchań musi pokwitować). Podpis w dzisiejszym świecie to podstawa!</p>
<p>Po drugie istotna jest data. Data to ważna rzecz! Przecież ludzie to nie sami jasnowidze! A ludzie ciekawi są kiedy Wasze wiekopomne dzieło powstało, jakiego dnia miesiąca, o której godzinie… To pozwala tworzyć później Dzienniki Aktywności Myślowej Twórcy (ponoć autentyk z poznańskiego uniwerka — taka pracka magisterska miała powstać o którymś ze znanych pisarzy), tudzież jasno pokazuje jak strasznie długo siedzieliście nad wymyśleniem tych kilkunastu wyrazów. A napisanie jednego dobrego zdania może przecież zająć godziny! Ba! Miesiące, dni, lata całe! Dobrego twórcę poznać po bólach w jakich rodzą się dzieła jego. Niech czytelnik ma tego świadomość!</p>
<p>Po trzecie — bardzo ważne jest określenie do kogo się właściwie to pisanie kieruje. Czy ma to być krąg osób zamknięty (np. „do więźniów zakładu penitencjarnego”)? A może otwarty (np. „do więźniów zakładu penitencjarnego co już nie są więźniami zakładu penitencjarnego”)? A może tylko jedna osoba (np. „do naczelnika zakładu penitencjarnego”)? Jak widzicie określenie kręgu odbiorców Waszego talentu ma znaczenie podstawowe.</p>
<p>Po czwarte — określenie miejsca sporządzenia dokumentacji naszego geniuszu to chyba oczywistość. Jak bowiem przyszli wielbiciele naszego talentu mają się orientować gdzie, na którym krześle i przy którym biurku powstało nasze wiekopomne dzieło? Jak z tym fantem poradzą sobie biografowie a kto wie, może i hagiografowie? Miejsce musi być!</p>
<p>Po piąte — treść też jest ważna. Sam podpis, data, określenie odbiorcy i miejsca jeszcze o niczym nie świadczą. Treść jeszcze jest istotna. Powieść bez treści jest jak tort bez wisienki. Jak samochód bez benzyny. Jak laska bez solidnego D na klacie. Jednym słowem — to rzecz niekompletna i co najmniej uboga w wartości artystyczne. W treści można poruszać różne wątki: mało i bardzo istotne; kto, kogo i za co; dlaczego to stało się tam a nie tu gdzie powinno było się stać gdyż Maria-Teresa przecież nie jest tam tylko tu a Antonio-Michael był tam ale stamtąd wcześniej wrócił. O tak! Treść to potęga!</p>
<p>Jak więc powinno wyglądać dobre pisanie? Może podrzucę mały wzorek:<strong></strong></p>
<p><strong>[data]</strong> 19.02.2002<br />
<strong>[miejsce]</strong> Poznań, ul. Sceniczna 1/2<br />
<strong>[krąg odbiorców]</strong> Do Dziekana<br />
<strong>[ewentualny tytuł]</strong> Podanie</p>
<p><strong>[treść]</strong> Podaję o przełożenie terminu poprawek egzaminów komisyjnych z powodu dzisiejszej mojej ogólnej niedyspozycji. Boli mnie bardzo (głowa), chwieję się (nogi się plączą), moje usta są suche (w środku też). Jestem więc chory jak widać.<br />
Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.</p>
<p><strong>[ewentualne zakończenie tudzież epilog]</strong> Z poważaniem<br />
<strong>[podpis]</strong> CoSTa</p>
<p>A więc czy już wiecie jak powstają najbardziej wiekopomne dzieła? Czy już wszystko wiadomo? Po więcej wskazówek odsyłam Was do Jedynych Prawdziwych Krytyków — pań z dziekanatów, pokoi nauczycielskich czy jak to tam zwał. Już one stwierdzą jak znakomite jest Wasze pisarstwo…</p>
<p>Z życzeniami samych bestsellerów [zakończenie]</p>
<p>CoSTa/marsmellow [podpis]</p>
<p>ps. ogólne :)))</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/rzecz-o-pisaniu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Po prostu muszę — winniśmy oj winni!</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/po-prostu-musze-winnismy-oj-winni/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/po-prostu-musze-winnismy-oj-winni/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:27:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Art powstał pod wpływem rozważań ogólnych, mniej ogólnych i generalnie jakichś takich. Do rozmyślań pchnęła mnie osoba Mesiaha/Black Crow a właściwie jego ciekawy tekścik o tematach ogólnych i szczególnych właśnie. Jednym słowem — znów CDA ale tym razem okiem mym, czyli CoSTy, czyli cyt. „człowieka, który zachwiał równowagę”. I będzie rzeź! Najsampierw sprawa zupełnie oczywista [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Art powstał pod wpływem rozważań ogólnych, mniej ogólnych i generalnie jakichś takich. Do rozmyślań pchnęła mnie osoba Mesiaha/Black Crow a właściwie jego ciekawy tekścik o tematach ogólnych i szczególnych właśnie.</p>
<p>Jednym słowem — znów CDA ale tym razem okiem mym, czyli CoSTy, czyli cyt. „człowieka, który zachwiał równowagę”. I będzie rzeź!</p>
<p>Najsampierw sprawa zupełnie oczywista — jestem wręcz wniebowzięty, wręcz oszołomiony, wręcz zafascynowany i wręcz porażony jednym faktem: ktoś mnie jednak czyta!!! Niesamowite! Mało tego — teraz nastąpi najlepsze — moje pisanie ma wpływ poniekąd na scenę straszliwy!!! Jestem po prostu w samozadowoleńczym szoku… Jakież to miłe uczucie — pisać i być czytanym. No i miłe trochę jest bycie Arnoldem S., który wszystko rozwala a potem pyta się co zepsuł :).</p>
<p>Według Messiaha byłem pierwszym człowiekiem, który „zachwiał równowagę” na łamach kącika scenowego w CDA. Znaczy wcześniej wszystko było jak należy, generalnie kącik był przez scenowców i dla scenowców a scenerzy mogli śmiało zakrzyczeć: kącik w CDA to MY! Ale nadszedł CoSTa-Devastator i się wszystko jebło. Z jakichś karkołomnych i głupich powodów. Oto bowiem przedstawiłem młodzikom z CDA scenę jako „wieczną sielankę” a wtedy młodzi wzięli swoje sprawy w swoje ręce i zaczęli „słać swoje produkcje”.</p>
<p>No to się pytam: co w tym złego? Co złego w tym, że młódź siadła i skleiła kilka patternów w fastracku? Co w tym złego, że ktoś odkrył istnienie systemowego painta i naszkicował w nim swoją radosną podobiznę? Jak Twoim zdaniem, panie Messiah, należało przedstawić środowisko sceny? Wywlekać brudy, syfy i wojny scenowe w gazecie i głupio, i średnio wypada. A nie oszukujmy się, co chwila jakaś afera następuje. Nie taki był mój cel. Polegał on na nieco innym podejściu do newbies: rób, ślij, rób jeszcze więcej i ślij jeszcze więcej, utnij kilka godzinek z kwakania na rzecz męczenia siebie, swoich bliskich i tych dalekich też swoimi wypocinami w ft2 lub inszej typowo scenowej działalności… Poczuj dumę Twórcy! Tę dumę nieco utemperują sami scenowcy ale i pomogą. Bo chyba takie jest właśnie zadanie „starszego pokolenia”? Jeżeli nie, to czegoś tu nie rozumiem…</p>
<p>Spread swoich prodków, tych pierwszych, tych najbardziej lame, jest dla młodego adepta sztuki scenowej jako ten chrzest… Ogromne podniecenie, wielkie oczekiwanie, wypieki na twarzy i pot na plecach, a tu nagle… zimny prysznic! Lecą marudzenia, że kiepskie, że do mistrzostwa to bardzo, bardzo, bardzo daleko… I tak właśnie ma być! W normalnych warunkach, wraz z marudzeniem i krytyką powinny lecieć jeszcze i porady. Coś w stylu: „chłopie, podciągnij to nieco, tonacja ci się nie zgadza” itd. Niestety, mam wrażenie, że „starsze pokolenie” znalazło sobie chłopców do bicia w „pokoleniu młodszym” i z radością sobie na tym jechało. W końcu to takie miłe jebać innych… Tego etapu jakoś nie mogę za diabła zrozumieć. Szkoda.</p>
<p>„Twardy facet ale trochę głupi, nie zrozumiał że powinien przestać pisać głupoty, napisać coś o prawdziwej scenie i przestrzec begginerów, którzy zapewne zapomnieli o zasadach które już parę razy były publikowane na łamach cda”. Ten nieco przydługi cytacik po prostu muszę skomentować :). Twardy może i jestem (trza by mej kobietki zapytać, póki co się nie skarży… :), głupi może też ale w moim odczuciu słowo naiwny byłoby zdecydowanie lepsze. Oto naiwny myślałem sobie, że proces naturalnej selekcji poprzez jeby (bardzo wysublimowana metoda ewolucji swoją drogą) wypleni wszelkie złudne nadzieje begginerów, odbierze im wszelką radość z odkrycia painta i wytłucze im ze łaba robienie modów opartych głównie na stopie. Ostaną się tylko najlepsi (najwytrwalsi), czyli tylko ci, których scenka potrzebować będzie. O święta naiwności! Tu się zrobił jakiś bezsensowny podział na ICH i NAS, na lamerów z CDA i na uświęconą wspólnotę scenowego undergroundu… Chryste na niebie, gdybym był prorokiem i coś takiego mógł wymyślić… Znaczy wolałbym znacznie bardziej wyśnić jakąś szóstkę w totka ale gdyby i takowa iluminacja na mnie zeszła w poświacie niebieskiej, oj chyba nie pisałbym „głupot”. Ale ja jestem, kurwa, naiwny i takie bzdury będę pisał! Do magów zresztą także. Mam dość biadolenia, marudzenia, typowo polskiego tumiwisizmu i generalnej postawy na NIE wszystkiemu co nowe, inne i może jeszcze nie tak dobre jakeśmy sobie wyśnili. Trzeba się do tego także dostosować. To działa w dwie strony niestety. Gdy jedna ze stron nie radzi sobie z problemem możliwy jest albo konflikt, albo szczęśliwe rozstanie. W tym przypadku zrobiliśmy i jedno i drugie razem — cali szczęśliwi daliśmy kopa w dupę newbies z CDA. Jednak, cholera, Polak potrafi!</p>
<p>„Wydaje mi się że gdzieś w okolicach lipca lub grudnia 98 ludzie z cda zaczęli pisać do ludzi ze sceny. Niestety zniekształcony wizerunek sceny w ich oczach wywołany textami Costy sprawił iż przeliczyli się trochę i nikt im nie odpisał.” — znów nieco przydługi cytacik ale nad tym chciałbym się zatrzymać nieco dłużej. Messiah! Człowieku! Przeczytaj sam co przed chwilą zacytowałem… To Twoje własne słowa. Albo ja czegoś nie rozumiem albo nie kleisz co piszesz. Wyobraźmy sobie tę sytuację — kolesie zachęceni fałszywym obrazem świata wymyślonym i sprzedanym przeze mnie siadają do piór/notatnika i zaczynają listy pisać i rozsyłać. Wielka kultura osobista rodzimych scenerów, niepoślednie ich zdolności, talenta rozliczne i wrodzony geniusz nie pozwalają im na wyciągnięcie papeterii/odpalenie znanej aplikacji i wyklepanie tych kilku słów od siebie w trybie zwrotnym. No ja pierdolę! To po kiego słać adverty? Po kiego walić suchary w stylu „friendship rulez”, „120% reply” i inne pierdoły w tym guście? Ludzie chcieli dobrze, bo moimi szatańskimi knowaniami przedstawiłem im środowisko sceny jako generalnie przychylne, otwarte, luźne… Mea culpa! Miałem to szczęście, że zawieranie znajomości senowych tak właśnie dla mnie wyglądało i tak w moim przeświadczeniu wyglądać powinno — luźni, młodzi kolesie, których łączy jedna pasja a w przyszłości pewnie i niejedna butelka (już osuszona). Mój błąd polegał na tym, że nie dostrzegłem bandy nastoletnich zgredów, malkontentów, walonej arystokracji światka komputerowego. JA mam się nad czymś zastanawiać i łykać, że to moje kiepskie pisanie spowodowało iż się nieco „przeliczyli” i nikt nie zechciał im odpisać?!? Ludzie! otwórzcie te przymknięte z samozadowolenia oczęta i zacznijcie ruszać zwojami mózgowymi! Mieliście niepowtarzalną szansę na „wychowanie” sobie młodego pokolenia scenerów, stworzenia być może jakiejś nowej wartości, ale nie! Woleliście jebać a najczęściej po prostu zlewać sprawę. Co w tym złego, że się w człowieku obudzi jakieś zainteresowanie, nieco bardziej twórcze niż rozbudowywanie dioptrii w kwaku? Mam, panie Messiah, czyste ręce, moralny spokój i luz w butach. Scenerzy zwalili sprawę strasznie i tylko sami siebie mogą obwiniać o to, że zniechęcili młody i niedoświadczony narybek do czegoś więcej niż pokonywanie levelów. Jak już wspominałem nieco wyżej — to działa w obydwie strony. Jak święta krowa nie ma zamiaru zareagować to się świętą krowę zlewa i omija łukiem szerokim. Bo święta krowa leży w samozadowoleniu już od jakiegoś czasu i nie zauważa, że coraz więcej produktów przemiany materii ją otacza a to oznacza tylko jedno — nieprzyjemny smrodek i coś równie nieprzyjemnego do wdepnięcia. Więc dziwisz się, że po takiej reakcji newbies olali po prostu scenkę w jej dotychczasowej postaci? Mnie to nie dziwi wcale, ba — kolesie wykazali się rozsądkiem i pomyślunkiem znacznie przerastającymi osiągnięcia polskiej demosceny. Ale my się w tym temacie zgadzamy, czyż nie? Twój art być może otworzył komuś oczy i generalnie wielkie ci piwo za to, że się zabrałeś za ten trudny temat.</p>
<p>Sprawa Counta mi się teraz nasuwa. Po lekturze kilku magów, kilkunastu artów w tychże opublikowanych i pisanych przez prawdziwych, twardych i zajebistych scenowców, jedno muszę stwierdzić: Count wyraził tylko zdanie zdaje się zdecydowanej większości scenerów. A że zabrzmiało to chamsko i arogancko? Messiahu! Pomyśl tylko, że koleś się hamował i do wydawnictwa poszedł tekst pewnie mocno okrojony z bluzgów ogólnie przyjętych za nieparlamentarne! To jest, widzisz, kwestia pewnej osobistej kultury…</p>
<p>„Zaczęli oni do siebie pisać (wiadomo, że jak do begginera napisze już ktoś to ten o ile nie jest lame odpisze) i o dziwo ci cda-scenowcy byli lepsi od tych normalnych, bo odpisywali” — kolejne słowa Messiaha, nad którym warto się zastanowić. No bo niby czemu „normalni” scenowcy za punkt honoru obrali sobie szlaban na wszelką formę kontaktu z newbies? O co tu chodzi? Chwile się z tym gryzłem i padłem poddając się radośnie. Nie rozumiem tego po prostu! Nie kleje! Nie kumam! Nie chwytam! Nie składa mi się to w jakąś spójną całość. Dlaczego widząc list czy maila od kolesia, który zaczyna od „wiesz, o scenie dowiedziałem się z cda” natychmiast coś takiego ląduje w koszu? Nie pojmuję tego, zechciałby mi ktoś to wytłumaczyć? Ale chyba pytanie pozostanie retoryczne — nie sądzę by ktoś zmusił się do tej odrobiny myślenia i odpowiedział mi na proste pytanie: dlaczego? Bezsens takiego postępowania po prostu mnie rozczula…</p>
<p>„(…) ludzie czytający cda nie wiedzieli że powinni nad tym popracować, za sprawą Costy słali go w ogóle (do cda –dop. mój)”. Prawie no comments. Prawie, bo chyba przypisujesz mi misiu zbyt duże zasługi na tym polu. Zadam proste pytanie: a GDZIE mieli w takim razie to słać? Robi człowieczek, zdaje mu się, że to fajne, wysyła do jakiegoś kolesia z advertów i czeka… czeka… czeka… Ponawia próbę i dupa blada. „Prawdziwi” scenowcy mają go w głębokim poważaniu. No to do gazetki to zaśle, bo to i punkt kontaktowy no i fajnie że się pokaże. Jak sądzisz, czy zachęcony takim początkiem zwróci w ogóle jakąś uwagę na „prawdziwą” scenę? Jeżeli ma choć odrobinę oleju w głowie i zdrowego pomyślunku położy na tym lagę i będzie miał to w dupie głębokiej. Jak się coś kopnie a to coś się nie poruszy, to albo to dosyć spory kamol, albo to już zdechło dawno temu i nie warto poświęcać większej uwagi. Co najwyżej można pochylić się nad truchłem z pewnym wyrazem zainteresowania na twarzy. I pochył i wyraz znikają jak poczuje się pierwsze smrodliwe oznaki rozkładu. Cha! Malownicze mi to porównanie wyszło, nie ma co! :)</p>
<p>„Po jakimś czasie ci ludzie zrobią coś dobrego coś naprawdę dobrego i wtedy będziemy żałować. Może to jest nauczka, może powinniśmy odpisać każdemu, nawet jeżeli nie mamy ochoty z nim na swapp”. Wiesz co? Myślę całkiem podobnie — po jakimś czasie ci ludzie zrobią coś naprawdę fajnego. I nie będę czuł żadnej zazdrości, zawiści, żałował że nie stało się to za sprawą „prawdziwej” sceny. Jak każdy dinozaur z całym jego nadmiarem cielska tak i „prawdziwa” scena w takim wydaniu skazana jest na wymarcie z racji braku przystosowania do warunków zewnętrznych. Niestety panowie (i może panie) — świat idzie do przodu. Robi się akcelerowane dema, muzyka ukazuje się w mp3, o dosie dawno już zapomniano na rzecz windy a o scenie piszą w gazetach. Ba! Czasem nawet scenowiec idzie coś zarobić, czyli w naszych przaśnych warunkach „komercjalizować” się, bo w końcu nikt kasy nie potrzebuje a już szczególnie totalnie undergroundowy scenowiec. Po co komu chleb i woda do życia? Pieniądze biorą się z nieba. No chyba że ciągle mamusia daje tygodniówkę, wtedy nie mamy o czym rozmawiać. Nie pojmą instytucji zarabiania pieniędzy ci, których to nie dotyczy bo starczy tylko kilka razy głośniej krzyknąć „mamoooo!!!”.</p>
<p>Amen, temat już nie wart dalszego roztrząsania. W każdym bądź razie dzięki Messiahu za poruszenie owego. Może ktoś wreszcie szarymi zwojami ruszy i pokombinuje w przyciężkiej i o-kurwa-ale-undergroundowej mózgownicy, że była fajna szansa. Że coś się zaczęło i coś skończyło nieodwołalnie. i że za ten koniec może sam sobie dziękować. Choć raczej szansy na takie przemyślenia nie widzę — wszak najtrudniej znaleźć jakąś wadę u siebie samego.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/po-prostu-musze-winnismy-oj-winni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Autobiografia czyli moje scenowe początki</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/autobiografia-czyli-moje-scenowe-poczatki/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/autobiografia-czyli-moje-scenowe-poczatki/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:23:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Około dziewięciu miesięcy przed tym pamiętnym dniem pewne skromne jajeczko połączyło się z pewnym przebojowym plemnikiem. Na jajeczku było skromnie napisane coś w stylu „raytraced txt stuff ibiza”, na plemniku zaś coś koło „musical tracking experience”… Moja przyszłość została jasno określona już tego dnia, na dziewięć miesięcy przed dniem innym bo pamiętnym. Od samego początku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Około dziewięciu miesięcy przed tym pamiętnym dniem pewne skromne jajeczko połączyło się z pewnym przebojowym plemnikiem. Na jajeczku było skromnie napisane coś w stylu „raytraced txt stuff ibiza”, na plemniku zaś coś koło „musical tracking experience”… Moja przyszłość została jasno określona już tego dnia, na dziewięć miesięcy przed dniem innym bo pamiętnym.</p>
<p>Od samego początku wszystko wskazywało jaki los mnie czeka: wyjątkowo malownicze fraktale po kaszce z mleczkiem, znakomite efekty 3D w pieluchach, cudownie progresywne brzmienia z ust mych płynące, pierwsze nieśmiałe próby powiedzenia tego co chciałbym zapisać… Zaiste, skazany byłem na scenowanie. Później było jeszcze lepiej.</p>
<p>Okres przedszkola pamiętam jako dni nieustającej zabawy a przy okazji i nauki. To wtedy właśnie poznałem tajniki fakania (w celach roboczych wykorzystywałem do tego bogu ducha winne dzieci, no ale kto z nas nie eksperymentował?), wtedy też poznałem intuicyjnie (bo samego słówka jeszcze nie znałem) pojęcie dyskusji i jak pomocne mogą w niej być łokcie a kolana szczególnie. To przedszkole nauczyło mnie, że powołaniem scenowca jest życie w grupach (najpierw joineli mnie do „maluchów”, później byłem w elitarnych „starszakach”). Przedszkole pokazało mi jak bronić się przed niechcianymi kontaktami przy pomocy sprytnych wybiegów („prose pani! a on to mnie kopie!”, „Andrzejku, won on CoSTy!”). Jak podejmować szybkie i trafne scenowe decyzje („Ty jesteś w naszej bandzie. Ty spadaj!”). Jak tworzyć pierwsze produkcje 2D (bazgranie świecówkami po ścianie rządzi!) i 3D z prostych obiektów (klocki rulahh!!!). To w przedszkolu liznąłem początki edukacji muzycznej przy pomocy zajebistych i prostych instrumentów: trójkąta i tamburyna. Tam nauczyłem się składać melodię w patterny (raz-dwa-trzy raz-dwa-trzy)… Nasiąkłem za młodu sceną i na starość jeszcze pewnikiem nie raz mi to trąci. Bogu niech będą dzięki za przedszkole!</p>
<p>Później nadeszła szkółka podstawowa. Tak to zwykle wszak bywa. Szkółka ani za duża, ani za mała ale za to cholernie proscenowa! Zacznijmy od wyglądu samej klasy nam przypisanej: wszędzie fajne kolorki na lamperiach, ciekawe (choć nieco płaskie) obiekty na ścianach w postaci wszędobylskich gołąbków pokoju, podobne obiekty rzucone na okna (że niby transparencja) no i dochodzące zewsząd buczenie, którego pochodzenia przez kilka lat biegania do owej szkółki nie rozgryzłem. Ale było bardzo proscenowe! Brzmiało toto jak pierwowzór tego upartego buczenia znanego ze znakomitego skądinąd dema Kasparov.</p>
<p>W szkółce jak to w szkółce — uczyli nas głównie (przynajmniej się starali). Ale czego nas uczyli! A proszę państwa zaczęliśmy mnożyć, dzielić i robić dziwne rzeczy z cyferkami. Przyszli koderzy byli wniebowzięci. Do spazmów radości doprowadzały ich zajęcia z tak zwanej trygonometrii (czy jakoś tak), kiedy to dostawali do łapek swych różne stożki, sześciany i takie tam… Ja tam z konsekwencją przejętą z przedszkola stawiałem nadal pierwsze kroki w solidnych scenach 3D. Ale tworzywo było tym razem już jakby bardziej przyjazne: zrezygnowano z drewna na rzecz plastiku, co znakomicie ułatwiło modelowanie obiektu! Czy to przygrzany, czy to rozciągany, czy to nadeptywany — plastik odkształcał się w fajne formy. Na innych lekcyjkach było jeszcze lepiej! Weźmy taką plastykę… No przecież ówczesny system edukacyjny był tworzony z myślą o scenerach! Ciapkanie farbkami, ołówkami, kredkami, węglami i innymi dziwnymi materiałami przygotowywało nas do obsługi takich gigantów jak Photoshop. Osobiście wyniosłem też z tych lekcji jedną istotna naukę: barwa o nazwie siena palona smakuje najlepiej ze wszystkich farbek plakatowych! Whoa, lekko słodkawa, z takim posmakiem plastiku, piasku i czegoś jeszcze… Multimedia!!!</p>
<p>Plastyka… Ha! A co powiecie o lekcjach muzyki? Standardowy flecik, nie mniej standardowe standardy do odgrywania na owym… Oj, tyle co się wtedy nauczyłem o muzyce to nie nauczyłem się już nigdy! Mieliśmy też podstawy tak zwanego trackingu czyli robienia muzyki na zasadzie „kurwa, do tego momentu się nauczyłem ale dalej to już ni chuja”. Mało tego! Poznawaliśmy instrumenty najbardziej podstawowe dla każdego muzyka w ten sposób dopracowując warsztat. Na ten przykład: osławiony flecik (podstawa późniejszych modków amigowych choć przeszli później masowo na fletnie pana), taki trójkącik co robił „ding” jak w niego pieprznąć (znany z przedszkola ale w wersji extended — bo większy jakiś taki), bębenek (podstawy prowadzenia beatu i dorabiania snarów), pałeczki takie drewniane co to można było w nie pizgać i wychodził z tego rytm jak się pizgało w miarę regularnie i w jakimś tam tempie… Jednym słowem — klasyka i podstawy scenowej twórczości!</p>
<p>Były też robótki ręczne zwane ZPT (zajęcia praktyczno — techniczne)… Ale to prowadziła nam taka wredna babeczka co to kazała wybierać zawsze pomiędzy kanapkami a robieniem na drutach. Ot taki terror jedzeniowo — ubraniowy. Miało to jednak swoje plusy! Potrafię teraz narobić sobie kanapek na party i strzelić jakieś rękawiczki jeśli party dzieje się w zimie.</p>
<p>Później wpadła szkółka tak zwana średnia. Tam już nie przebaczali! Na dzień dobry zadawane było proste pytanie: chcesz być koderem, muzykiem, grafikiem czy też wszechstronnym geniuszem czyli text-writterem? W zależności od dokonywanego wyboru wpadało się na mat-fiz, profil humanistyczny lub jakieś inne aberracje. Swapperem zostawało się na ulicy pchając różne fajne rzeczy młodym licealistom :). Ja tam wylądowałem na mat-fiz (straszna pomyłka!). Fajnie było dopóki nie zaczęli zapodawać nam jakichś głupot w stylu wyciąganie całki i wsadzanie zmiennej. Do dziś tego nie kumam… Ale koderom przydało się doskonale! Ja z tych zajęć skumałem słowa „wyciąganie” i „wsadzanie”. Oto bowiem nastał okres lat młodzieńczych, kiedy to zaczęło się odkrywanie uroków płci całkowicie przeciwnej (dla niektórych niekoniecznie :)). Jakże to wpływało na rozwój form pisarskich! Te wszystkie tęskne pamflety, żałosne ody, nieskończenie zdołowane treny… Jednego dnia miało się doła bo rzuciła/rzucił/rzuciło, następnego zaś śpiewało się i skakało z radości bo wróciła/wrócił/wróciło… Słodkie czasy!</p>
<p>Szkoła średnia to także pierwsze doświadczenia z narkotykami… Uuuuuuoooooo!!!! Grzyby! Zioło! Różne proszki! Jakie to czasami miksy w oczach zostawiało! Jakie wizje się fajne snuły! Ileż materiału na efekty do dem! A alkohol?!? Yeee, odkrycie wódki i masowe jej pochłanianie zajęło mnie na dłuuugi okres czasu. Później małe eksperymenty pod ławką z zakupionym na przerwie winem… Dało się żyć w tym liceum!</p>
<p>I nastała matura. A po maturze — studia. No i zaczęła się solidna robota w temacie samookreślenia się w temacie kim się tak właściwie jest: koderem, muzykiem i tak dalej. Jedni poszli na polibudy i skończyli jako żałosni programiści baz danych… Inni poszli do szkół muzycznych i zostali jeszcze bardziej żałosnymi grajkami chodnikowymi (współczuje kolesiom po jakichś pianinach czy tym podobnych instrumentach… weź tu postaw pianino na chodniku!). Zupełnie żałośnie skończyli kolesie po szkołach plastycznych. Tam ich nauczono, że bazgranie bez ładu i składu sprzeda się lepiej niż solidne pikselowanie i oto mamy dziś prace w stylu skan panienki, dużo napisów dookoła i już jest super. Najlepiej na wszystkim wyszli oczywiście wszechstronni geniusze czyli text-writterzy! Biznesy, polityka, dziennikarstwo, uznanie, kobiety, wino, śpiew i inne atrybuty sukcesu… Oto my! Wzorowi scenerzy!</p>
<p>Po ciężkich początkach (nic łatwo nie przychodzi!) mam teraz luzy. Jestem sobie radosnym scenerem… Ale wiem jedno: jeszcze trochę przy tym hobby zostanę. Jakieś to takie fajne.</p>
<p>No i tyle lat mnie do tego przygotowywano…</p>
<p>ps. ogólne :)))</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/autobiografia-czyli-moje-scenowe-poczatki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gówno w wentylatorze</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/gowno-w-wentylatorze/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/gowno-w-wentylatorze/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:14:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Nie dzieje się dobrze. Wcale się dobrze nie dzieje. Nic a nic. Ni chuja. Fakty: Polska to spory kraik z czterdziestoma milionami obywateli bez mała. w tymże kraju całkiem sporo ludzi to młodzież. Jeszcze nie wymieramy tak jak np. Niemcy aczkolwiek niedługo to już nastanie. Póki co jednak nadal jest więcej chcących się dostać na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie dzieje się dobrze. Wcale się dobrze nie dzieje. Nic a nic. Ni chuja.</p>
<p><strong>Fakty:</strong></p>
<ul>
<li>Polska to spory kraik z czterdziestoma milionami obywateli bez mała.</li>
<li>w tymże kraju całkiem sporo ludzi to młodzież. Jeszcze nie wymieramy tak jak np. Niemcy aczkolwiek niedługo to już nastanie. Póki co jednak nadal jest więcej chcących się dostać na studia niż na studiach miejsc dla owych chcących.</li>
<li>Polska myśl techniczna jeśli chodzi o kompy jest nawet całkiem na poziomie, jakieś tam osiągnięcia w robieniu software mamy… A więc system dydaktyczny jeszcze sobie chyba radzi, ewentualnie mamy w pytę zdolnych ludzi w tym kraju.</li>
<li>kraj nasz komputeryzuje się w tempie iście zawrotnym, zważając na nasze potężne zaległości w rozwoju cywilizacyjnym względem krajów Europy Zachodniej i ogólny brak kasy na cokolwiek poza żarciem</li>
</ul>
<p>No to ja mam jedno, kurwa, pytanie:</p>
<p>Jak to jest, że w tym czterdziestomilionowym kraju, z niezłą w sumie edukacją, z coraz powszechniejszym dostępem do komputera, z wrodzonym nam mesjanizmem i poczuciem misji dziejowej, jak to się dzieje, że jest nas tak mało?</p>
<p>No bo ilu jest scenerów na polskiej demoscenie? Liczył to ktoś? Jeżeli tylu, ilu wpisało się na scene.pl, to wynik mamy gorzej niż kiepski. Jest nas mało. I nie ma widoków na to, żeby chciało być więcej. Zaokrąglijmy jakoś tę marną liczbę ze scene.pl i powiedzmy, że gdzieś koło czterech stówek nas jest. Toż to nawet nie promil populacji tego kraiku!</p>
<p>Problem w tym, że żadnych dokładniejszych danych nie da rady uzyskać. Ale cyferki i liczby są tu mało istotne. Chciałbym tylko abyście zwrócili uwagę, że giniemy. Jesteśmy wymierającym powoli gatunkiem. Przestajemy istnieć.</p>
<p>Scena nie interesuje już młodych ludzi. Ci, którzy są obecni i aktywni, są autentycznymi wyjątkami. Czy jesteśmy aż tak wyizolowaną klasą? Jakąś kastą twórców komputerowych, która zakończyła nabór? Jeżeli tak, to uważam to za wysoce mylne podejście i wyjątkowo chujowy sposób myślenia. Twórców działających i tworzących na komputerze w naszym kraju nie brakuje. Wystarczy spojrzeć w dowolne pisemko poświęcone grafice komputerowej, przejrzeć kilka serwisów poświęconych muzyce niekomercyjnej… Widać jak na dłoni co nas ominęło. Ci ludzie mogli siedzieć na scenie i tworzyć ku ogólnej chwale polskiej demosceny. Mogli ale się tu nie znaleźli. Dlaczego?</p>
<p>W większości przypadków nawet nie wiedzą, że takie zjawisko istnieje. Nie słychać już o demoscenie. I wcale nie mam tu na myśli zniknięcie kącika scenowego z CDA. Bo kącik taki istnieć powinien ale nie w tym czasopiśmie. Nie w pismie skierowanym głównie do nastoletnich i pryszczatych giercmanów, których współpraca z maszyną ogranicza się do odpalenia setup.exe i wyrzucenia dysku z grą, jeżeli coś się samo nie uruchomi. Można w takim piśmie popularyzować demoscenę (to w końcu kilkadziesiąt tysięcy młodych chłopaczków i dziewojek, którzy może kiedyś sięgną po coś bardziej ambitnego niż najnowsze demo gry, może kiedyś odpalą jakieś demo ale zdecydowanie innego gatunku, i może im się to spodoba) ale trzeba by to robić na nieco innych zasadach. Dla nas najistotniejsi są już całkiem dorośli ludzie, którzy z takich czy innych powodów zajmują się typowo scenowymi zajęciami, nie wiedząc nawet, że scena istnieje. Są świetni graficy 3D i 2D, są doskonali muzycy, znajdą się też pewnie i koderzy. Tylko czemu nie potrafimy do nich dotrzeć? W większości przypadków są to ludzie z wyrobionym już warsztatem, z gromadą prac na swoim kącie, ewentualnie ciągle poszukujący swojego stylu. Albo po prostu bawiący się programami w niezobowiązujący sposób. Dlaczego nie ma ich wśród nas?</p>
<p>Problemów z dotarciem do takich ludzi jest kilka:</p>
<ul>
<li><strong>brak oferty</strong></li>
</ul>
<blockquote style="MARGIN-RIGHT: 0px" dir="ltr"><p>Cóż może scena takiego zaoferować tym ludziom? Czym możemy skusić? Nie wymianą doświadczeń, bo ludzie ci na poważnie zajmują się swoim tworzeniem i mają swoje fora dyskusyjne, swoje pisma, swoje strony internetowe wypełnione poradami i nie tylko. Ale, o dziwo, to także może być niezła przynęta! Mimo posiadania tych wszystkich udogodnień, scena może otworzyć im oczy na zupełnie nowe techniki kreacji, na inne narzędzia, na alternatywne zastosowania… Są to dla twórców przecież sprawy bardzo istotne (sami powinniście wiedzieć, przecież za twórców się uważacie), żywotne dla ich warsztatu, dla ulepszania ich prac… W tym widzę siłę sceny! Alternatywa…</p>
<p>Cóż więc należy uczynić, by zainteresować ich sceną? Przede wszystkim wyjść z ofertą. Dać im powąchać co można innego uczynić z ich pracą. Jak jeszcze można ją spopularyzować. Należy pokazać grafikom 3D, że ich modele mogą być użyte nie tylko w tworzonych przez nich obrazach, nie tylko w grach, nie tylko w reklamie ale także w alternatywnej twórczości, nie związanej z komercyjnym zapotrzebowaniem, pozwalającej się wyszumieć i pójść na całość. Należy muzykom pokazać, że ich aktywność nie musi kończyć się na serwerach darmowych mp3, że może być użyta w produkcjach znacznie bardziej ambitnych, oferujących słuchaczowi bądź oglądającemu znacznie szerszy zakres doznań. Gdyby tak znaleźć jeszcze kilku utalentowanych koderów…</p>
<p>Jak przedstawić ofertę? W znany większości sposób: pisząc o scenie w różnych magazynach poświęconych grafice, muzyce i kodowaniu. Nie musi to być od razu kącik czy jakaś inna stała forma. Potrzeba nam dobrych artykułów opisujących zjawisko, potrafiących przekazać jego idee, jego potencjał. Inny sposób to typowy head hunting — szperanie po sieci czy pisemkach i wyłapywanie talentów. Później to już kwestia porozumienia się z delikwentem i przekucia tego na współpracę. Jeśli tylko koleś zobaczy w tym sens, to zapewne zechce zacząć rozmawiać. Grunt to nie siedzieć z założonymi rękami i czekać na to, że coś samo się wydarzy. Samo nic się nie dzieje. Trzeba tu wykazać nieco swojej inicjatywy.</p></blockquote>
<ul>
<li><strong>brak płaszczyzny porozumienia</strong></li>
</ul>
<blockquote style="MARGIN-RIGHT: 0px" dir="ltr"><p>To może być jeden z większych problemów, trudny do przeskoczenia i na pewno wymagający wiele od nas. Zauważcie, że ciągle myślę o ludziach nieco starszych, w większości wypadków zarabiających, będących na swoim utrzymaniu, przez swoje hobby i twórczość próbujących jakoś zarobić na życie, nowe narzędzia do tworzenia, sprzęt i całą tę resztę, którą nastoletnim scenerom fundują rodzice. W takiej sytuacji krzykactwo i pieniactwo na punkcie „komercji” to po prostu wyjątkowy nietakt. Znakomita większość naszych walecznych scenerów, szczególnie tych młodszych, którym dobra wróżka mama zapodaje komputer na gwiazdkę, po prostu nie rozumie o co chodzi. A brak zrozumienia to kompletny brak porozumienia. I to nie tylko ze względu na „komercję”. Jakiś czas temu Akira bardzo zgrabnie wynotował jak wiele różni nastolatków i kilka lat raptem starszych kolesi. Przepaść, brak wspólnych tematów do rozmowy, zupełnie inne realia życia, inny sposób pojmowania otaczającego świata. Sam dobrze pamiętam jaki byłem mając lat osiemnaście a jaki jestem teraz. Dwie zupełnie inne osoby. Ta młodsza sporo głupsza. I nie ma się o co obrażać, sami dojdziecie do podobnych wniosków za kilka lat.</p>
<p>A więc brak płaszczyzny porozumienia traktuję jako problem bardzo istotny, przesądzający o ewentualnej współpracy…</p></blockquote>
<ul>
<li><strong>brak profesjonalizmu</strong></li>
</ul>
<blockquote style="MARGIN-RIGHT: 0px" dir="ltr"><p>Niestety, jest to widoczne. Prócz kilku dobrze nam znanych wyjątków (po prostu zajebiście dobrych scenerów) typowe scenowe prace w znakomitej swej większości po prostu nie zbliżają się nawet poziomem do tych kilkudziesięciu, które widziałem i słyszałem. Powodów takiej sytuacji jest pewnie wiele. Niemniej uważam, że gdyby dać naszym muzykom czy grafikom narzędzia, którymi dysponują ci kolesie (to plus zarabiania pieniędzy, ewentualnie pracowania w większych firmach drodzy malkontenci) zapewne zaskoczyła by nas jakość ich muzyki czy tworzonej grafiki. Ale tylko w kilku/kilkunastu przypadkach. Reszta dalej tworzyłaby typowe scenowe produkcje. Nic w tym złego! Po prostu z czasem dopiero wyrabia się swój styl, dochodzi do perfekcji w operowaniu narzędziem, w kompozycji czy to obrazka, czy kawałka muzyki. Ciągle trzeba się uczyć i stale dbać o progres. Niestety, w większości przypadków ci kolesie przerabiają tę zasadę już od lat i efekty znakomicie widać. Podkreślam słówko „znakomicie” — ich prace są efektem zazwyczaj długoletniego poznawania tematu, popartego szkołami czy inszymi warsztatami. To nie jest radosna twórczość, jaka charakteryzuje scenę. To po prostu poważne podejście do tematu i chęć związania swojej przyszłości (także pracy) z twórczością komputerową. A tu już można zacząć mówić o profesjonalizmie.</p></blockquote>
<p>Przytoczone powyżej problemy to dopiero czubek góry lodowej, którą podskórnie czuję. Czy więc jest sens pakować się w takie przedsięwzięcia? Czy warto sobie całym tym tematem zawracać głowę? Myślę, że z kilku powodów warto.</p>
<p>Przede wszystkim scena stała się zbyt hermetyczna. Stała się kastą, jakimś wydumanym bytem, dziwną ideą, o dziwności której zadecydowali sami scenerzy. Całkowicie prawie zamknęliśmy się na świat zewnętrzny. Nie dostrzegamy istnienia prasy, mediów, innych ludzi — komputerowców. Na scenie naszej dominują jakieś przesądy i bóg raczy wiedzieć skąd brane brednie o potencjalnym zgubnym wpływie „nowych” na scenę. To oczywista bzdura, z którą chyba coraz więcej osób się zgadza. Brniemy w ślepy zaułek, z którego wyjścia ani widu, ani słychu. Przynajmniej jeśli stosować dotychczasowe sposoby radzenia sobie z owym problemem. Kiedyś bowiem skończą się talenta ludzi, którzy dziś są produktywni, twórczy, zachłanni poznawania sprzętu, oprogramowania i możliwości. Kiedyś ludzie ci zechcą przejść na scenową emeryturę — zaczną choćby zarabiać na życie i poświęcą się karierze w mniejszy lub większy sposób związanej z dotychczasową działalnością (czego im szczerze życzę). Taka jest naturalna kolej rzeczy i próby dyskredytowania takiego postępowania są dla mnie jawnym przejawem niedojrzałości, głupoty lub jeszcze i czego innego. A tak się będzie działo. W miarę upływu czasu będzie to zresztą coraz bardziej zauważalne.</p>
<p>I co wtedy? Czy skończy się polska demoscena? Czy przestaną powstawać jakiekolwiek produkcje? Odpowiedź może być tylko twierdząca niestety. No bo kto ma to robić? Kto ma być na tyle zainteresowany bezinteresowną w sumie działalnością? Jak to ma być niby zorganizowane? Bo przecież w jakiejś mierze zorganizowaniu podlegamy — łączymy się w grupy, sami siebie oceniamy, wybieramy spośród siebie tych najlepszych w danych dziedzinach. Niestety, zaczyna wyglądać na to, że cały ten system powoli zaczyna kuleć. O bezinteresownej działalności może być mowa do czasu, w którym ktoś jeszcze takową działalność prowadzi. Wraz z kolejnymi odejściami ze sceny kolejnych znanych i lubianych (tych mniej zresztą też), połączonymi z zerowym wprost przyrostem nowicjuszy, taki scenariusz jest najbardziej prawdopodobny… Potrzeba nam świeżej krwi! Potrzeba nam nowych ludzi!</p>
<p>Problem w tym, że nie potrafimy się tej krwi doszukać. W zamierzchłych czasach, w czasach supremacji giełd jako praktycznie jedynego źródła jakiegokolwiek softu, ludzie dowiadywali się poniekąd mimochodem o istnieniu sceny. Czy to w formie jakiejś bonusowej dyskietki z demem wciskanej przez sprzedawcę, czy to w formie krążących gdzieś w podziemiu zinków, czy też poprzez C&amp;A i inne wydawnictwa. Łączył te sposoby jeden wspólny fakt: informacja krążyła. Była żywa i w miarę aktualna. Zauważcie jednak, że działo się to zazwyczaj przez media luźno tylko związane ze sceną albo prawie wcale. Niemniej informacja krążyła w formie bonusowych dyskietek lub kilku linijek tekstu w pismach. Pisemka te jednak (jak i dyskietki) były ogólnodostępne i nie ukrywane przed ludźmi. To był ich ogromny plus, a bezpretensjonalne traktowanie tematu jako opisywanie dziejącego się gdzieś tam zjawisko mogło tylko rozbudzać wyobraźnię i przyciągać jak magnes.</p>
<p>Czasy oczywiście się zmieniły i to co było kiedyś przestało po prostu spełniać swoją funkcję. Trzeba więc znaleźć nowe sposoby dotarcia do potencjalnych scenerów. Trzeba także zmienić krąg potencjalnych odbiorców tejże informacji. Nie wiem, na ile słuszne jest adresowanie informacji do osób bardzo młodych. Kącik w CDA pewną swą funkcję spełnił ale jego możliwości były albo zbyt duże (co nie podobało się scenerom), albo się wyczerpały. Tej właśnie inicjatywie Smugglera scena zawdzięcza zaistnienie kilku początkujących ale naprawdę utalentowanych osób. Szkoda, że osób tych było w sumie tak niewiele. Teraz zdaje się, że potrzeba nam nieco innego jakościowo posunięcia, nieco inne priorytety powinny nam przyświecać.</p>
<p>Przede wszystkim potrzeba nam na gwałt osób, które wiedzą o co w twórczości komputerowej chodzi. Osób, które znają warsztat, mają opanowane techniki, czują się pewnie w pracy z komputerem i szczycą się posiadaniem choć odrobiny tej bożej iskierki — talentu. Nie dotrzemy do nich przez postawienie kilku stron poświęconych scenie, nie zachęcimy ich tworzeniem kolejnych kolekcji obrazów, muzyki czy czego tam jeszcze. Z jednej prostej przyczyny: ci ludzie po prostu nie wiedzą o istnieniu takiego zjawiska! Kubuś za cholerę nie przyjdzie do miodu, nie wiedząc gdzie on jest i że w ogóle istnieje! A więc zjawisko demosceny należy propagować, i to w różnych formach…</p>
<p>Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to wydawnictwa branżowe, poświęcone grafice komputerowej, muzyce i programowaniu. Nie ma innej rady — trzeba po prostu przedstawić ludziom taki sposób tworzenia, komponowania czy kodowania. Być może znajdzie się wśród nich kilku (nastu? dziesięciu? set?), których taka idea tworzenia pociągnie. Was coś przecież też pchnęło do wstąpienia na scenę. Coś w niej odkryliście, coś was w niej natchnęło i kazało tu już pozostać na krócej lub dłużej. Myślę, że kilka dobrych, rzetelnych i konkretnych artykułów całkowicie wystarczy do przedstawienia samej idei (nie jest wszak ona zbyt skomplikowana). Jeszcze lepsze będzie zaprezentowanie kilku dobrych prac scenowych. Niechaj ludzie zobaczą jak i przy pomocy czego można tworzyć. Przedstawienie umiejętności scenerów jest dla mnie sprawą w tym wszystkim kluczową. Po prostu należy pokazać jakość.</p>
<p>Innym sposobem jest aktywna, ciągła i pełna informacja. Nie chcę mówić „reklama” ale mniej więcej o to mi się rozchodzi jeśli chodzi o skutki. Przy organizowaniu party można przecież pomyśleć o zorganizowaniu imprez dla ludzi z zewnątrz, w klubach nie uświadczysz muzyki scenowych twórców (a przecież powstają utwory w tak różnorodnych gatunkach), nie ma dem, grafy czy też muzy na płytkach pism innych niż komputerowe… Nasza twórczość pokazywana jest i ogranicza się do niezwykle wąskiego kręgu odbiorców. Dlaczego? Już słyszę te hasła o „komercjalizowaniu” się sceny… Ludzie! Przecież tworzycie dla idei!!! Do jasnej cholery, przecież takie są podstawy i fundamenty sceny! Jeśli nie chcecie za to kasy — nie bierzcie jej. Zaraz powstaje oczywiście kolejne pytanie: dlaczego w takim razie na mojej twórczości ma zarabiać jakiś kapitalista? No właśnie, to jest trudny orzech do zgryzienia. Niestety, na mój gust nastała era wyborów. I to tych poważnych. Pytanie o to, dlaczego ktoś ma na mojej twórczości zarabiać uważam za nie przystające do sytuacji. Bo za znacznie istotniejsze uważam pytanie, czy scena ma w ogóle istnieć. Bez otwarcia się na świat zewnętrzny, bez wyjścia do ludzi po prostu nie widzę takiej możliwości. A że może się to odbyć w sposób przez scenerów średnio lubiany i akceptowany… No cóż, znak czasów najwidoczniej!</p>
<p>Pisanie przy demie adnotacji o tym, że nie może być rozpowszechniane w taki lub inny sposób (chodzi głównie o cedeki różnych gazetek) uważam za absolutne prawo autorów dema. Ale także za ich wielką porażkę. No bo w końcu po co tworzyli to demo? Kto ma je oglądać? Kilkudziesięciu wtajemniczonych kolesi? Czy to ma być wszystko? Nie stać autorów dema na więcej? Na publiczne okazanie swojego dzieła? Z czego to wynika, poza mylnym przekonaniem, że ich demo nabija komuś kabzę? Strach przed upublicznieniem swojej produkcji? To po co ona powstawała? Strach przed ewentualnym blamażem spowodowanym niską jakością dema? To dlaczego wypuszczają produkt nie ukończony lub słaby?</p>
<p>Takich pytań można zadawać pewnie wiele. Klucz do zmiany sytuacji na naszej rodzimej scenie komputerowej widzę w zmianie podejścia do owej samych scenerów. To nie jest świętość, to nie jest prywatna własność kilku asów z tej czy innej dziedziny. To subkultura, która może być prężna i twórcza. A są to cechy rzadkie ostatnimi czasy i bardzo cenione. Ale o tym pisałem kiedy indziej.</p>
<p>Pytanie: po co nam ludzie, którzy w jakiś już sposób na rzeczy się znają? A z bardzo prostego powodu: dostarczą nam oni po prostu prodek! Tak jest, zauważyć można bowiem stałą tendencję spadkową ilości wystawianych produkcji. O ile z muzyką nieźle nawet sobie radzimy, o tyle grafiki na odpowiednim poziomie powstaje jakby coraz mniej. Być może są to moje subiektywne odczucia ale na obiektywizm nawet nie mam zamiaru się silić. O prodach kodowanych nawet tu nie wspominam. Wszyscy doskonale widzimy jak jest i jak wiele mamy do nadrobienia w tym temacie. Dem pokazuje się w naszym kraju skandalicznie mało. Jak na te blisko czterdzieści milionów mieszkańców i wynikający z tego sporawy odsetek ludzi aktywnie parających się twórczością komputerową — jest to po prostu za mało. Podobnie ma się sprawa z zinami czy innymi rodzajami typowo scenowej działalności.</p>
<p>Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje?</p>
<p>Może scena w naszym kraju już się wypaliła? Być może dorasta nam teraz pokolenie idiotów, których poza klikaniem niewiele więcej interesuje? Być może jest to wina ogólnego schamienia i braku zainteresowania czymkolwiek poza prostym i szybkim zarobkiem, który przeznaczy się i tak na jakieś wyściełane powietrzem buty? Cholera wie… Może jest właśnie tak. Jeżeli tak właśnie jest to świadczy to jak najgorzej o naszej nacji. Chamieje i idiocieje nam młodzież, co najlepiej nie wróży scenie jak i innym formom zamieniania kultury osobistej i talentu na cokolwiek innego poza wspomnianymi butami. Święcie wierzę w to, że poza rozrywką i ujściem dla twórczych pasji młodych ludzi scena ma także do spełnienia pewne funkcje edukacyjne czy wręcz wychowawcze. Jak każda subkultura bowiem, wpaja ona pewne wartości, a przynajmniej powinna. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej! Niestety, sami scenowcy w znacznej mierze dewaluują pewne pojęcia czy zachowania. Friendship stał się tylko pustym sloganem, koleżeńskość ograniczyła się do wymiany haseł na ircu, wzajemna pomoc zmieniła się w krytykanctwo… Czy trzeba coś jeszcze udowadniać? Cholera, mam ogromną nadzieję, że się jednak mylę.</p>
<p>Bawią mnie teksty w stylu „dawniej to dopiero było zajebiście” i ich różne mutacje. Dawniej było dawniej. Dziś i teraz mamy właśnie dziś i teraz. Poza solidnym zakasaniem rękawów i wzięciem się do roboty, by sytuację którą chyba wszyscy uważamy za kiepską — zmienić, nie widzę innego wyjścia. A zmienić to można chyba już tylko wyjściem w świat i do ludzi. Pokazaniem się z najlepszej strony i wabieniem potencjalnych scenerów spoza przedziału wiekowego oscylującego w graniach górnej podstawówki. Nie mam nic przeciwko młodym ludziom. Nic prócz jednego — na nich przyjdzie jeszcze czas a w międzyczasie może dokonać się mała tragedia i polska scena może zginąć. Ktoś to musi popchnąć na nowe tory, ktoś musi dać sygnał i bodziec do aktywnej twórczości. Tu widzę główne zadanie tychże nieco starszych ale doświadczonych twórców komputerowych. Równajmy w górę! Nigdy w dół…</p>
<p>Bardzo bliskie jest mi środowisko fandomu — fanów fantastyki. Tam właśnie próbuję szukać sposobów i wzorców na popularyzację sceny. Fandom kilku ciekawych rozwiązań się dopracował. Przede wszystkim nie czyni tajemnicy ze swojego istnienia. Ba! Gorąco zachęca do wstąpienia w ten magiczny świat literatury i filmu. Robi to na różne sposoby. Konwenty miłośników fantastyki są otwarte dla ludzi z zewnątrz. Liczy się bowiem na „połknięcie haczyka” osób z fantastyką mających do tej pory niewiele wspólnego. Owszem, jest to także oczekiwanie na wpływy z wejściówek ale nikt tego nie kryje. Prócz konwentów tworzy się inne możliwości kontaktu niezdecydowanego czy wręcz nieświadomego jej istnienia człowieka z fantastyką. Czy to przez obecność w domach kultury (nie oszukujmy się, jeżeli komuś jeszcze chce się chadzać do domów kultury i uczestniczyć w jakiejkolwiek formie życia kulturalnego, będzie to ktoś wystarczająco zaangażowany, by interesującym go tematem się zająć), obecność w mediach, informowanie o imprezach, spotkaniach i innych formach działalności. Czemóż i scena nie mogłaby pójść w takim kierunku? Dlaczego nie łowić talentów tam, gdzie same one przychodzą? Owszem, początki zapewne byłyby trudne, ale może warto przekonać kilka osób z domu kultury do poprowadzenia warsztatów z np. tworzenia muzyki za pomocą komputera? Pokazać możliwości, sposoby, techniki… Uśmiech radości szefostwa takiej placówki po oznajmieniu, że za free to będzie macie zapewniony. Czemóż nie tworzyć kółek zainteresowań czy innych podobnych pierdół, za pomocą których można będzie wyłapać nieco talentów? Ba! Można posunąć się i nieco dalej, zakładając, że wyżej wymienione wstępne etapy ma się za sobą. Niechaj znajdzie się ktoś, kto zainwestuje w sprzęt, w infrastrukturę… Potencjał zaczyna wzrastać, możliwości także.</p>
<p>Możliwości jest naprawdę sporo i trzeba je jakoś wykorzystać. Innego wyjścia po prostu nie ma. Jeżeli chcemy, by scena przetrwała, musimy uruchomić wyobraźnię i przystosować się do istniejących warunków. Musimy szukać nowych rozwiązań, nowych ludzi, w środowiskach, które do tej pory były przez scenę zupełnie niezagospodarowane. Podałem tu tylko możliwości i sugestie, jak dotrzeć do tych, co już umieją jak i do tych, co dopiero by zaczęli umieć. Bo musimy sobie wychować nowy scenowy narybek. Musimy także chwycić kilka solidnych i grubych ryb, które postawią przed nami nowe wyzwania, ukażą nam nowe możliwości, techniki i interpretacje twórczych pomysłów. Bo tych nam właśnie brakuje, a szczególnie ich wykonania.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/gowno-w-wentylatorze/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy Harry P. jest scenowcem?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/czy-harry-p-jest-scenowcem/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/czy-harry-p-jest-scenowcem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:09:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[No tak, jak burza przez kina naszego kraju przemknął skądinąd znakomity film dokumentalny o życiu i twórczości niejakiego Harrego P. Postać ta, wielce kontrowersyjna swoją drogą w naszym zaściankowym kraiku, stała się wzorem do naśladowania dla wielu ludzi (młodzieży zaś w szczególności), nieprzejednanym autorytetem moralnym i generalnie kolesiem, co to porywa masy za sobą. Fenomen [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>No tak, jak burza przez kina naszego kraju przemknął skądinąd znakomity film dokumentalny o życiu i twórczości niejakiego Harrego P. Postać ta, wielce kontrowersyjna swoją drogą w naszym zaściankowym kraiku, stała się wzorem do naśladowania dla wielu ludzi (młodzieży zaś w szczególności), nieprzejednanym autorytetem moralnym i generalnie kolesiem, co to porywa masy za sobą.</p>
<p>Fenomen kolesia nie polega jednak li tylko i wyłącznie na tym, że jest przystojny, oczytany i — w sensie dosłownym — olatany w różnych tematach. Ba! Nie polega na tym w ogóle! Kto film dokumentalny widział ten wie o czym ja mówię. Koleś nie czytał (bo po co i jak w ciemnej i zabitej dechami komórce pod schodami), nie był także przystojny (jak tu mówić o „przystojności” w przypadku średnio rozwiniętego fizycznie na oko 10-latka), niemniej latać to — ciągle według dokumentu — latał jak ta lala tudzież inna panienka lekkich obyczajów. Skąd więc ten fenomen? Ano cech takowych doszukuję się w niebagatelnych cechach charakteru Harrego P., które sytuują go w górnych warstwach średnich kasty scenowców.</p>
<p>„O kurwa!” ktoś zakrzyknie; „to on niby jest scenowcem?” poprawi… No nie do końca jest. Po prostu ma świetne zadatki i postępuje jak na prawdziwego i szlachetnego scenowca wypada. Chodzi właśnie o wspomniane cechy charakteru, które implikują wręcz jego scenowe przeznaczenie. Przybliżmy je nieco:</p>
<ol>
<li>Koleś jest leniwy w chuj! Tak, tak moi drodzy! Film dokumentalny jasno i wyraźnie to udowadnia! Podczas gdy inni adepci sztuki magicznej siedzą i kują jakieś czary czy jak tam to zwał (dygresja: w pełni rozumiem postawę kościoła kat. co do wyświetlania tego obrazu o bezbożnych treściach), nasz Harry P. olewa wszelką naukę i nie wynosi z zajęć nic poza może kilkoma fantami. Dochodzi wręcz do zdarzeń kuriozalnych na tym tle! W dokumencie pokazano kilka momentów, w których Harry P. bez swoich „przyjaciół” zginąłby śmiercią rozpaczliwą i bezsensowną. A to w wyniku braku jakichkolwiek postępów w temacie czarowania. Lenistwo tego kolesia powinno stać się wręcz mityczne.</li>
<li>Harry P. nie ma żadnych oporów przed korzystaniem z darmowej i sprawnej siły roboczej w postaci swoich „przyjaciół”. Jak nazwać taką cechę charakteru? Chamstwo? To za mało… Anyway — głębsze przyjrzenie się dokumentowi wyraźnie ukazuje płytkość a wręcz brak jakichkolwiek umiejętności magicznych Harrego P.! Wszystkie czary rzucali i wszelkie przeciwności za niego zwalczali jego „przyjaciele” choć lepiej byłoby rzec niewolnicy. Od samego początku daje nam się do zrozumienia, że opiekuńcza postawa szkolnego guru (sympatyczny aczkolwiek nieco rąbnięty dziadek) zezwala Harremu P. na pełne lenistwo, nicnieróbstwo i wykorzystywanie otoczenia (znajomych) do swoich celów. Kończy się to tym, że Harry P. w przeciągu całego swojego pobytu w szkole nie rzuca ani jednego czaru! Nawet na zajęciach obowiązkowych (w końcu jemu wolno)! Jego braki nadrabiają wspomniani „przyjaciele” albo rodzice, na opinii których jedzie nasz Harry po całości.</li>
<li>Skoro już o paternalizmie mowa i „ułatwianiu” pewnych rzeczy, należy koniecznie zaznaczyć, że Harry P. w pełni korzystał z osiągnięć swoich przodków — wspomnianych rodziców, którzy zamordowani zostali przez Głównego Złego. Ten nepotyzm sięgał tak głęboko, że wprost można mówić o bezzasadnym wywyższeniu Harrego P. Od podrzucenia pod drzwi domu zacząwszy (a któż miałby nie podrzucać jak właśnie guru uczelni plus jakiś gruby i zarośnięty madafaka), po pobyt tego osobnika w szkole magii. No tam to już osiągnęło szczyty! Puszczanie „oka” podczas bahanalistycznych biesiad od guru w stronę Harrego P., przyznawanie jakichś zupełnie nienależnych nagród tylko i wyłącznie dlatego, że Harry miał takich a nie innych przodków, puszczanie płazem niesubordynacji i chamskich wybryków (notoryczne łamanie regulaminu szkolnego i takie inne)… Szczytem wszystkiego jest jednak sekwencja końcowej walki z Głównym Złym, w czasie której całą sprawę za Harrego załatwiają jego rodzice rozgrzewając mu łapki i paląc Sługę Głównego Złego, za co nagroda oczywiście przypada Harremu.</li>
</ol>
<p>Tak więc wyłania nam się ktoś, kto na swoje miejsce nie zasłużył, kto „jechał” na opinii, leń, wyzyskiwacz, drań i swołocz ostatnia. Jedną tylko rzecz trzeba przyznać Harremu — talent go męczył niepospolity! Chodzi oczywiście o talent do gry w barbarzyńską i brutalną grę, taki powiedzmy podniebny futbol amerykański.</p>
<p>Jak się ma to do sceny? Ano prześledźmy cechy charakteru typowego scenera z górnej półki.</p>
<p>Lenistwo. Matko, ile już się napisało i pewnikiem napisze o tej cesze charakteru scenerów! Słowo „scena” powinno być już chyba utożsamiane ze słowem „lenistwo”. Typowy scenowiec z wyższej klasy średniej ma tysiąc i jeden powodów, dla których nie warto akurat teraz, w tym momencie zasiadać do pisania/robienia/komponowania czegokolwiek. Nie mówię tu o ludziach z klas niższych, tych początkujących dopiero. Ich zapał do stania się klasą średnią nakazuje im wręcz robienie czegokolwiek. Zapał ten jak ręką odjął mija po faktycznym dostaniu się do klasy średniej. Następuje wtedy czas na konsumowanie zrodzonych zaangażowaniem owoców i wynikła z tego apatia. Lenistwo Harrego P. skazuje go wręcz na bycie przykładnym scenerem z górnej półki.</p>
<p>Z lenistwa też wynika ta wrodzona cecha charakteru Harrego P., a mianowicie wykorzystywanie innych na maksa. Nie oszukujmy się — zrzucanie roboty na innych to chleb tak powszedni na scenie, że aż trudno zauważalny. Zawsze ktoś nie ma czasu, zawsze ktoś ma jakąś maturę czy inną sesję, zawsze jest tysiąc powodów by błogo i leniwie sobie żyć. A inni niech zapieprzają. Zazwyczaj jakieś nowe nabytki grupowe (cha, po co angażować do grupy 20 osób skoro podstawowa np. piątka ze wszystkim by sobie poradziła? sami sobie odpowiedzcie). Nowe nabytki zasuwają aż się kurzy, górna półka scenerów leży sobie odłogiem i zbiera oklaski…</p>
<p>Cha! Zbieranie oklasków! Przechodzimy do tej znakomitej cechy jaką jest nepotyzm. Oj, ileż płaczu przez to było na scenie, ile wojen, ile wyzwisk, bluzgów i faków. Nepotyzm, szczególnie na party, rządzi pod niebiosa! Jakoś tak się dziwnie dzieje, że to prodka naszego znajomego (alibo i sławnego kolesia) przechodzi nie tylko selekcję (choć jakość jest obiektywnie do dupy) ale i coś na ten przykład zdobywa! Odpowiednie grono popleczników i mamy jakieś place w kieszeni. Odpowiednie faworyzowanie i już nasz faworyt ma dobrze. Bez oglądania się na jakość i obiektywizm. Tfu! Przeklęte słowa! Nasi górą i przejdą choćby nie wiadomo co!</p>
<p>Tak więc myślę sobie, że Harry P. byłby znakomitym scenerem. Ma przynajmniej po temu mnóstwo powodów i przydatków :). Ale przyjrzyjmy się jego talentowi, być może byłoby z tego coś autentycznie przydatnego.</p>
<p>No więc na pierwszy ogień pójdzie niecodzienna zdolność latania i to w bardzo dobrym wydaniu. Czy wyobrażacie sobie pracę kamery w demku, którego koder pofruwałby sobie nieco wcześniej nad tą gotycką katedrą, którą wsadzi się do dema? Już widzę te wiraże przy gargulcach, nawroty przy ołtarzu, lot koszący nad ławkami i szybki wypad przez ten wielki witraż… Ach, ileż możliwości! Ileż autentyzmu! Jakaż dramaturgia! Mówię wam, to byłoby TO!</p>
<p>Albo insza zdolność. Powiedzmy, że tłum grupowy namówiłby piwem i orzeszkami Harrego P. do opanowania czaru ognia. Siedzi sobie taki koder, kombinuje jak też wyglądałaby solidna kula ognia waląca w blok naprzeciwko i rozwalająca w drobny mak wszystko na swojej drodze. Jak wyglądają efekty cząsteczkowe? Jak rozchodzi się fala uderzeniowa? Jak wyglądają wijące się i spalone ciała ludzkie wypadające z okien i zapadające się wraz z gruzami budynku? Woła się wtedy Harrego P., tuczy się go piwem i orzeszkami po czym prosi o małą demonstrację. I Harry P. wali ogniem piekielnym po bloku. Ba! Warto wtedy zawołać i grafika 2d, który być może znajdzie jakieś natchnienie w apokaliptycznej wizji. Czy już widzicie oczami wyobraźni swojej efekty takiej masakry? Te rysunki! Te intra! Te dema!…</p>
<p>A jak by się taki Harry P. przydał na party! O raju! Z filmu dokumentalnego jasno wynika, że wystarczy klasnąć w ręce (guru tak robił) i na stołach pojawiało się żarcie, picie i co tylko jeszcze chcecie. No więc wyobraźcie sobie party, na którym stoły uginają się od żarcia, woda po pstryknięciu zamienia się w źródlaną wódkę, na gwizd pojawiają się rozochocone tancerki i inne umilacze czasu… Tak grupa jak i sam Harry mieliby dożywotni tytuł scenerów roku zapewniony…</p>
<p>A to dopiero początek możliwości…</p>
<p>W kilku słowach podsumowania: Harry P. prezentuje wszystkie cechy przynależne solidnemu scenerowi. Ba! Kultywuje je (jak obrazowo ukazuje to film dokumentalny jemu poświęcony) i pieści z zaciętością godną iście lepszej sprawy. A więc dodatkowo jest to człowiek z misją. Właśnie tacy ludzie biorą się za scenę! Z wyraźnymi cechami, z misją, z klarowną wizją… jak dla mnie Harry P. byłby scenerem wręcz wzorowym! Dorzućmy do tego jeszcze kilka jego potencjalnych atrybutów opisanych powyżej i już wiemy, że Harrego trzeba wszelkimi sposobami nakłonić do scenowania. Niechaj rzuci tę głupią szkołę, w której i tak niczego się nie uczy, niechaj zasili szeregi którejś z uznanych grup i niechaj na polskiej demoscenie powstanie nowa jakość!</p>
<p>Tak nam dopomóż ten tego…</p>
<p>Tylko jak tego leniwego sukinsyna do czegokolwiek nakłonić?</p>
<p>ps. ogólne :)))</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/czy-harry-p-jest-scenowcem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak drzewiej bywało</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/jak-drzewiej-bywalo/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/jak-drzewiej-bywalo/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 09:06:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Atari]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Kurcze, autentycznie ciężko jest pisać na temat „jak to drzewiej (dawniej, kiedyś) na scenie bywało”, a to chyba z tego powodu, że każdy ma jakieś swoje wyobrażenie tego jak było… Dlatego kiedy Mr. Byte podesłał mi maila z rozkazem napisania właśnie o tym, jak to dawniej na scenie ST bywało, nieco się stremowałem. Dlaczego? A [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kurcze, autentycznie ciężko jest pisać na temat „jak to drzewiej (dawniej, kiedyś) na scenie bywało”, a to chyba z tego powodu, że każdy ma jakieś swoje wyobrażenie tego jak było… Dlatego kiedy Mr. Byte podesłał mi maila z rozkazem napisania właśnie o tym, jak to dawniej na scenie ST bywało, nieco się stremowałem. Dlaczego? A bo już widzę całą rzeszę ludzi krzyczących „nie! nie tak!”, albo „tak! tak nie!” :)… Sami rozumiecie — oto odbędzie się mała konfrontacja z przeszłością, którą znakomita większość z Was gloryfikuje, dla której znakomita większość z Was dałaby się pociąć i przez którą znakomita większość z Was tęsknie wzdycha do Dawnych Dni. Nic to, legendę czas zacząć. Ku przestrodze jak i ku uciesze…</p>
<p>Zacznijmy może od tego, że nie było lekko. Dziś nie do wyobrażenia jest brak natychmiastowej komunikacji dzięki wszechobecnemu Internetowi, uwiązanej przy pasku komórce, czy też (wersja tych bardziej snobistycznych) pikającemu gdzieś pagerowi. O, zdecydowanie! Kiedyś tego nie było za diabła! Wczesne lata 90. cechowały się między innymi tym, że jako jedna z niewielu rodzin w naszym bloku mieliśmy podłączony prawdziwy, działający telefon (a przez to szeroko rozwinięte znajomości z większością sąsiadów, co wbrew pozorom było całkiem przyjemne, gdyż moja staruszka na kuchni zna się, chmmm…, średnio, a tak wpadały sobie jakieś babeczki, na stół w formie rekompensaty stawiały inne babeczki i było super!). O, bynajmniej nie dlatego, że drogie toto było i ludzi stać nie było na taki luksus! Po prostu na podłączenie telefonu czekało się kilka ładnych lat (gdzieniegdzie ten folklor zachował się do dziś) i w momencie, gdy tepsa „postawiła” już to urządzenie w jakimś mieszkaniu, stawało się ono automatycznie obiektem westchnień rodziny i sąsiadów.</p>
<p>No tak, ale po co ten telefon, skoro o podłączeniu się do Internetu, czy też do jakichkolwiek innych sieci można było jedynie pomarzyć? No cóż, w celach komunikacji głosowej jedynie się toto wykorzystywało, a tak poza tym, to leżał sobie aparat zupełnie bez pożytku.</p>
<p>Prawdziwym monopolistą i obiektem wszelkich możliwych fucków ze strony scenowców była nasza kochana Poczta Polska. O matko, co z tą firmą były za cyrki, to wie tylko ktoś utrzymujący w miarę stałe kontakty nie ograniczające się do wysyłki standardowej pocztówki. Wsiąkające paczki z dyskami, koperty ze zdjęciami czy też grubszymi listami… A jak już coś doszło, to okazywało się znienacka, że np. dyskietki połamane zostały solidnym pierdolnięciem pocztowego datownika (i to mimo wyraźnego „ostrożnie, zawartość może ulec uszkodzeniu” itp.), listy czymś zalane a co większe koperty pomięte „bo się nie zmieściło” :) (pamiętasz, Byte?). Wzbudzało to oczywisty oportunizm takim na przykład fakowaniem znaczków, skargami na listonoszy i generalnie usługi poczty (che, jak się kiedyś zawezmę, to te wszystkie skargi z archiwów wyciągnę i będę bawił się świetnie). Ruletka po prostu i tyle! Skutek: jak już coś doszło, całe, piękne, niepomięte, niepęknięte — to się człowiekowi od razu łapki trzęsły, przesyłkę otwierały pieszczotliwie gładząc a ten od dawna już nieświeży stuff z prawdziwą radością się na kompie odpalało i oglądało po kilka razy — tak z czystej radości posiadania. Przy okazji wniosek z tego taki, że o świeży soft ciężko było…</p>
<p>Co do pobierania softu… Dziś, nawet nie mając modemu (wszak do najbliższej kafejki internetowej macie w najgorszym przypadku kilka przystanków autobusowych), wskakuje się na jakiś ftp lub inną stronkę, zasysa się co się chce i jest spokój. Matko jedyna, jak tylko sobie przypomnę, że po stuff scenowy (a także gierki) musiałem jeździć do odległego o sto kilkadziesiąt kilometrów (byłem szczęściarzem) Wrocławia, na tamtejszą giełdę komputerową, to mnie aż w dołku ściska :). Cudowna sprawa! Wstajesz o 7 rano w niedzielę, szybkie śniadanko i kanapki w torbę, zapas potrzebnej mamony w portfel i jaaazdaaa! Powrót o 20 do domku, siad do kompa, wertowanie kilkudziesięciu dysków, przeglądanie, opisywanie, sortowanie, klnięcie bo coś nie rusza, wyzywanie sprzedawcy od najgorszych złamasów tylko po to, by za jakiś czas karnie stawić się u niego z powrotem po to samo, pobudka z odciśniętą na twarzy klawiaturą, szkółka, powrót i jazda od początku… Oj tak, tego nie można przecenić :)!!!! Wszelki stuff ceniło się wtedy bardzo… Bo zdobycie owego oznaczało pot, nerwy, łzy, krew, ślinę i inne płyny ustrojowe szeroko i radośnie rozbryzgiwane na wszelkie strony… Ciężko było, taka jego mać! A tak przy okazji, przypomniała mi się pewna historia, w której udział wzięli: niżej podpisany, jego brat, jego brat cioteczny oraz kumpel jego ciotecznego brata (telenowela, jak Boga kocham :). Otóż bawiliśmy wtedy u rodzinki w Skarżysku-Kamiennej i tak nas jakoś naszło, że do Warszawy trzeba by się kopnąć w celu nabycia świeżej porcji komputerowego mięsa. Słowo ciałem się stało i w pogodny ranek ruszyliśmy zakupując bilety powrotne. Giełda, jak to giełda — wsiąkliśmy zupełnie i ani się człowiek obejrzał a już nastał czas powrotu. Mój brat rodzony i mój bracki cioteczny wymiękli nieco wcześniej i ruszyli raźno na dworzec mówiąc, że na nas zaczekają. W porząsiu! My robimy swoje… Rzut oka na zegarek, solidne „o kurwa!” i szaleńczy bieg na Dworzec Centralny. Super, bilety mamy już kupione! Który to peron? Trzeci! Rewelka, mamy jeszcze dwie minuty, wskakujemy! Hop i już jesteśmy w środku. Pociąg rusza, szukamy wagonu. Szukamy… Szukamy… Szukamy… Chuja, nie ma naszego wagonu, naszych miejsc i ktoś zjebał w kasach, bo nam źle miejscówki wydrukował! No to leziemy do konduktora. Ten patrzy na nas, patrzy na miejscówki, jeszcze raz patrzy na nas i radośnie komunikuje, że najbliższa stacja to Kraków Główny (czy Centralny, nie pamiętam) i fajnie by było, gdybyśmy do tego ekspresu dopłacili. Z czego, kurwa!? Kasy nic nie zostało po radosnych zakupach dysków… Okej, chłopcy, wysiadacie na najbliższej stacji. Fajnie, myślimy sobie, z Krakowa jakiś pociąg na pewno szybko złapiemy… Kłamał, kutas jeden, bo się ekspres przed Krakowem raz zatrzymał. W jakiejś pipidówie totalnej, z której złapanie czegokolwiek graniczyło z cudem. Wywalił nas, drzwi zatrzasnął, kasy zostało na jedną zapiekankę, którą zjedliśmy i nastał czas kwitnienia. Dość powiedzieć, że kilka godzin później jechał jakiś osobowy na Kielce — czyli kierunek nam odpowiadający. Na chama do środka, symulujemy spanko (żeby konduktorzy się odwalili), jedziemy… Kolejne ładne kilka godzin! Pełna masakra! Kumpel mojego ciotecznego zaczął nadgryzać dyskietki, ja zadowoliłem się samymi naklejkami. O wczesnych godzinach rannych wylądowaliśmy na upragnionym dworcu. A tam, proszę państwa, czeka na nas komitet powitalny złożony z jednego stróża prawa. Okazało się, że nasze kochane mamunie zadzwoniły pod znany ogólnie numer zgłaszając zaginięcie. I tak o 4 nad ranem pod sam dom podwiózł nas piękny i niebieski samochód. Tak się kiedyś, moi drodzy, załatwiało gierki i stuff scenowy!!!</p>
<p>„Copy Party”, jako pojęcie, nie wzięło się znikąd. Pierwotnie służyło takiemu właśnie celowi: kopiowanie, kopiowanie, kopiowanie… Wymiana, wymiana, wymiana… Zrzucanie, wyciąganie, przeklinanie i w szaleńczym tempie zgrywanie dyskietki za dyskietką (twarde dyski były, ale nieosiągalne dla przeciętnego dzieciaka). Na copy party jechało się nie tylko oglądać nowe produkcje, popić i pogadać ze znajomymi — na copy party jechało się głównie kopiować, bo skąd niby później cały ten stuff brać?</p>
<p>A to oznaczać mogło tylko jedno: kontakty. Zawieranie znajomości leżało w Twoim, szeroko pojętym interesie. Im więcej znajomych, tym więcej źródeł stuffu ale i tym większe wydatki na wysyłane dyskietki, listy (o czasie że już nie wspomnę), pocztówki i takie inne. Scenowcem było się wtedy albo całkowicie, albo wcale. Innej drogi nie było. I scenowanie stawało się autentycznym, pochłaniającym ogromne ilości czasu i pieniędzy, ale wspaniałym hobby. Nie zdając sobie z tego sprawy bardzo często zawierało się znajomości bardzo bliskie, wręcz przyjacielskie. Rozejrzycie się dziś dookoła. Kto w dzisiejszych czasach pisze listy? Komu się chce za tym wszystkim biegać? Nie mówię, że to źle. Po prostu znak czasów i tyle.</p>
<p>Dobra, nastał czas zakończeń i podsumowań. Co do zakończeń: na pewno nie nastał jeszcze koniec sceny Atari –tak małego, jak i ST. Nowe możliwości, nowe technologie i nowe pomysły ich wykorzystania w stareńkim sprzęcie zaczynają mnie powoli przerażać. Małe Atari w pudle PC, bo w standardowej obudowie „już się nie mieści”, ST opakowane w twarde dyski, pamięci, rozszerzenia wszelkie możliwe, monitory… Czasy się zmieniają, duch sceny jakby też nieco, ale tęsknić za starym nie ma po co. Jak każde zjawisko, także scena ewoluuje i nie ma się tego co czepiać. Tak po prostu jest i być musi. A już zupełnie fantastyczne jest, że od kilku ładnych lat te zmiany możemy obserwować i w nich uczestniczyć. Mało tego, to właśnie Wy je tworzycie i dzięki Wam mogę się jeszcze cieszyć moim ulubionym komputerem: Atari.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/jak-drzewiej-bywalo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sprawozdanie z wywiadu z zespołem Aural Planet</title>
		<link>http://costa.info.pl/2005/11/sprawozdanie-z-wywiadu-z-zespolem-aural-planet/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2005/11/sprawozdanie-z-wywiadu-z-zespolem-aural-planet/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Nov 2005 08:58:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Demoscena]]></category>
		<category><![CDATA[Wywiad]]></category>

		<guid isPermaLink="false"></guid>
		<description><![CDATA[Szybkie sprawozdanie z wywiadu z zespołem Aural Planet. chłopaki grają już od jakiegoś czasu i to grają dobrze! stronka zespołu tutaj: www.auralplanet.com Grupa powstała, jak wynika ze ścisłych obliczeń, jakieś pięć lat temu. W jej skład wchodzili wtedy (i wchodzą do dziś) trzej kolesie: Adam „Scorpik” Skorupa, Jacek „Falcon” Dojwa i Konrad „KeyG” Gmurek. Jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="float:right; margin:0 0 10px 15px; width:240px;">
		<img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aural_planet-foto01.jpg" width="240" />
		</p><p>Szybkie sprawozdanie z wywiadu z zespołem <strong>Aural Planet</strong>. chłopaki grają już od jakiegoś czasu i to grają dobrze! stronka zespołu tutaj: <a href="http://www.auralplanet.com/" target="_blank">www.auralplanet.com</a></p>
<div id="attachment_2319" class="wp-caption aligncenter" style="width: 415px"><img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2005/11/aural_planet-foto01.jpg" alt="Aural Planet" title="Aural Planet" width="405" height="247" class="size-full wp-image-2319" /><p class="wp-caption-text">Aural Planet</p></div>
<p>Grupa powstała, jak wynika ze ścisłych obliczeń, jakieś pięć lat temu. W jej skład wchodzili wtedy (i wchodzą do dziś) trzej kolesie: Adam „Scorpik” Skorupa, Jacek „Falcon” Dojwa i Konrad „KeyG” Gmurek. Jak się okazuje, grupa powstała nie tak o sobie a muzom. Panowie od wczesnej swej młodości zajmowali się jakąś tam formą muzykowania. Początkowo, w znakomitej większości przypadków, były to dźwięki wydobywane z ówczesnych komputerków domowych: Atari, Commodore, w końcu Amiga. Ogromną rolę w tym ich muzykowaniu odegrała scena komputerowa i wejście na nią. Wraz z rozwojem sprzętu i jego możliwości rozwijały się także zdolności i opanowanie maszyn przez muzyków. Nie dziwi więc, że po jakimś czasie chłopaki zaczęły systematycznie wygrywać różne konkursy muzyczne, tak te scenowe — nieoficjalne, jak i bardziej oficjalne — po tytuł najlepszego muzyka roku przyznany Scorpikowi przez niemiecki magazyn ROM. Za sławą scenową i nie tylko, wraz z uznaniem dokonań muzycznych, poszły i oferty pracy. Poszczególni członkowie zespołu mogą się pochwalić muzyką, jaką stworzyli dla kilku polskich gier i programów multimedialnych, na przykład: Lew Leon, Eksterminacja, Clash, Reflux i Gorky 17 — żeby wymienić te najpopularniejsze. Dodajcie do tego przeróżne składanki, na których pojawiły się ich utwory, a otrzymacie obraz aktywnych i twórczych kolesi, Robią i robili więc różne rzeczy ale zawsze, jak się do tego przyznali, marzyli o wypuszczeniu swojego własnego albumu. No i stało się! Ukazał się pierwszy ich album zatytułowany Lightflow.</p>
<p>No ale Aural Planet nie zamierzało stać w miejscu. Do grupy dołączył czwarty osobnik o wdzięcznym mianie Radosław „Raiden” Kochman. Wspólnie, już w czwórkę, popełnili kolejny album — Part: Second. Tym razem zdecydowanie odeszli od ambientu i spokojnych, płynących dźwięków. Nowy album jest drapieżny i nie przebacza. Surowe, mocne rytmy, klimaty goa i trance, muzyka ocierająca się o psychodelic… Oto nowe brzmienie Aural Planet!</p>
<p>Trochę o tym (i nie tylko o tym) pogadałem z chłopakami na ostatnim Horizonie.</p>
<p>Pierwsze moje pytanie dotyczyło przyszłości zespołu: jakie są zamierzenia, co będzie, jaki klimat — te sprawy. Ludzie popatrzyli na siebie, zastanowili się nad kuflami piwa i niepewnie odpowiedzieli: nie wiemy! Scorpik ożywił się nieco i wskazał na przyczynę: sprzedaż tego krążka. Zaczął narzekać jak to kiepsko idzie, jak niespecjalnie się to sprzedaje, jak niemrawo to rusza. Spytałem o przyczyny, zasugerowałem wręcz, że może to wina materiału — może jest po prostu słaby… Chyba jednak nie. Panowie dziarsko popili piwem i zaczęli wymieniać listę pism, w których ukazały się pochlebne recenzje o ich płycie. Zaiste, była to istna wyliczanka. Album, jak na razie krytyce, spodobał się. To sprzedaż, póki co, szwankuje.</p>
<p>Jako że przyszłość jest niepewna, zapytałem o nowy nabytek w zespole, czyli o Raidena. Kochani, to trzeba było widzieć! Raiden jest kolesiem dosyć znacznym wymiarowo, taki Falcon przy nim to mały podrostek. Poza tym Raiden odznacza się niesamowitą żyłką do pochłaniania kolejnych browarów i nieprawdopodobną wręcz odpornością na owe. Niemniej na moje pytanie o niego nagle oczy pozostałych członków zespołu powędrowały na Raidena, tam przystanęły i prawie chórem rozległo się: „wziął się”. Na mój ogromny znak zapytania widoczny na twarzy Raiden tylko przytaknął i potwierdził: „wziął się”. No więc Raiden się wziął. W obliczu takiego zdecydowania zmieniłem szybko temat i zapytałem o warsztat. Jak to wszystko powstaje.</p>
<p>I tu zaskoczenie! Falcon na przykład praktycznie wszystko robi na swoim komputerze!!! KeyG też tak robi. Scorpik natomiast ma podobnież całe studio nagrań w domu — klawisze, sekwencery inne takie pierdółki, no i oczywiście peceta. Raiden natomiast nie chciał zdradzić swojego przepisu na muzykę… Znaczy… może i chciał, ale właśnie pił piwo i nie zdążył biedaczek.</p>
<p>No dobrze, ale co dalej? Chciałem wiedzieć — co dalej? Czy techno to aby słuszny kierunek rozwoju? Tu podroczył się nieco ze mną Scorpik. Stwierdził, że techno, mimo całej tej swojej wtórności, tych wszystkich miksów, remiksów i remiksów remiksów ciągle jednak oferuje ciekawe drogi rozwoju i przekazu muzycznego. Techno, wraz z niezliczonymi swoimi odmianami, ma niesamowite możliwości a jego przekleństwem jest to, że mało działa na scenie techno ludzi kreatywnych. Ludzi opracowujących swoje projekty od początku do końca, nie korzystających z osiągnięć innych. Aural Planet nawet nie ma zamiaru tak robić. Taka robota, jaką wykonują teraz sprawia chłopakom, jak sami mówią, niesamowitą satysfakcję. Przy powstawaniu muzyki rodzą się emocje, uczucia, muzyka stanowi dla nich pewien rodzaj odskoczni od codzienności (Falcon, jak się okazuje, jest typem romantycznym). Raiden podkreślił to czterema konkretnymi słowami bez ściemy: „ogólnie jest zajebiście fajnie”. Trzeba przyznać, że ten koleś ma dar do puentowania.</p>
<p>Po takich rozważaniach ogólnych przeszliśmy jeszcze raz do tematu przyszłości grupy. Jaki będzie przyszły album grupy? Generalnie plany są różne. Scorpik opowiadał mi o współpracy z Lechem Janerką, która to podobno układa się całkiem nieźle. Na moje wyraźne zdziwnienie, że jak to tak — grupa, która tłucze techno dogaduje się z wykonawcą nurtu rockowego, Aural gromadnie zareagował wesołością. No to co będzie, naciskałem! A kto to może wiedzieć, padła odpowiedź. Może ethnic (to była sugestia Scorpika), może trip hop (to hasło rzucił Falcon), może… (zawiesił głos KeyG)… Sprawę jak zwykle rozwiązał Raiden, który ani chwili się nie wachając rzucił: „coś fajnego”. To generalnie skończyło dyskusje w tym temacie.</p>
<p>No dobra, powiedziałem sobie, czas wyciągnąć od chłopaków czym też innym się interesują. I okazało się, że taki na przykład Scorpik wielbi dobre polskie filmy i, uwaga, solidną fantastykę. Falcon natomiast pozostaje w kręgu zainteresowań muzycznych, gdyż jego pasja to muzyka do filmów. Jego marzeniem jest zrobienie kiedyś muzy do filmu. KeyG, jeden z organizatorów Horizona, był tak zmęczony i patrzył na mnie tak nieobecnymi oczami, że dałem mu spokój. Natomiast Raiden, rozochocony pogawędką i piwem, wymienił mi całą litanię zainteresowań. Kulturalnie zaczął od litery a. Była astronautyka, astrologia i mnóstwo innych, dziwnie trzymających porządek alfabetyczny.</p>
<p>Piwo było dobre, więc gadało się dalej całkiem ciekawie. Ale już nie w temacie wywiadu. Atmosfera party odprężyła nas nieco (chmmm… raczej atmosfera pobliskiego baru :-) i gadało się dalej całkiem sympatycznie. Aczkolwiek już bardziej bez sensu i z lekkim bełkotem języka.</p>
<p>Dzięki za wywiad, chłopaki!</p>
<p>PS. Więcej informacji o grupie znajdziecie w Internecie pod adresem <a href="http://www.auralplanet.com/" target="_blank">www.auralplanet.com</a> — tam też znajdziecie najświeższe próbki twórczości zespołu i poszczególnych jego członków. Warto tam wpaść! Mnóstwo darmowych mp3 do ściągnięcia i to bardzo dobrych!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2005/11/sprawozdanie-z-wywiadu-z-zespolem-aural-planet/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

