<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>CoSTa&#039;s Family Page &#187; Myśli</title>
	<atom:link href="http://costa.info.pl/category/mysli/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://costa.info.pl</link>
	<description>Nas dwóch, one dwie plus cała reszta gangu zwanego Rodziną.</description>
	<lastBuildDate>Sun, 06 May 2012 09:24:40 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.2</generator>
		<item>
		<title>Klezmafour — 5th Element</title>
		<link>http://costa.info.pl/2012/04/klezmafour-5th-element/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2012/04/klezmafour-5th-element/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Apr 2012 19:29:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Folk]]></category>
		<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[YouTube]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.info.pl/?p=35034</guid>
		<description><![CDATA[<script type='text/javascript' src='http://costa.info.pl/wp-includes/js/jquery/jquery.js?ver=1.7.1'></script>
Tak, oglądam programy muzyczne. Lubię je bardzo, bo co rusz to jakaś fajna kapela wyskakuje a człowiek ma okazje powąchać czegoś nieznanego i w radio nie do usłyszenia. Tydzień temu padło na Klezmafour. Obejrzałem, spodobało się, zachciało mi się szybko płytę kupić. Kupiłem (o tym nieco dalej), posłuchałem i z czystym sumieniem rzecz polecam. Chłopaki [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Tak, oglądam programy muzyczne. Lubię je bardzo, bo co rusz to jakaś fajna kapela wyskakuje a człowiek ma okazje powąchać czegoś nieznanego i w radio nie do usłyszenia. Tydzień temu padło na Klezmafour.</p>
<p>Obejrzałem, spodobało się, zachciało mi się szybko płytę kupić. Kupiłem (o tym nieco dalej), posłuchałem i z czystym sumieniem rzecz polecam. Chłopaki grają dobrze, żywo, sprzedają te klezmerskie klimaty zmiksowane z nowszymi brzmieniami w sposób jak najbardziej strawny i jeśli lubisz tego typu muzykę — bierz śmiało. Tu nie ma co recenzować, tego po prostu trzeba posłuchać a dla pałkera trzeba czuć szacun :). Posłuchajcie z resztą sami…</p>
<p></p>
<div class="woo-sc-box info   "><a title="Płyta w wytwórni Karrot Kommando" href="http://www.karrot.pl/5thelement">Płyta w wytwórni Karrot Kommando</a><br />
<a title="Strona grupy w Myspace" href="http://www.myspace.com/klezmafour">Strona grupy w Myspace</a></div>
<p>A teraz chwilka o tym, jak NIE należy sprzedawać muzyki.</p>
<h2>Producencie/wytwórnio — NIE sprzedawaj tak muzyki!</h2>
<p>Zacznijmy od tego, że muzykę kupować można na różne sposoby. Jednym z tych sposobów jest zakup impulsywny, czyniony „bo tak”, pod wpływem chwili, nie angażujący nic więcej, niż chęć wyskoczenia z kasy i miecia tego, co się właśnie słyszy, na swoim twardzielu/telefonie/innym urządzeniu NAŁ. Nał a więc w trybie natychmiastowym.</p>
<p>Wytwórnia Karrot Kommando (ładna nazwa tak swoją drogą) niestety nie ma pomysłu na sprzedaż plików w internecie. Potrzebę stworzenia konta jak najbardziej rozumiem ale sposoby płatności ograniczające się do PayPala (serio, mało kto tego w Polsce używa) i przelewu, którymi to sposobami można „zasilić” sobie swoje „konto” w wytwórni, to trochę słabo. Gdyby mi nie zależało aż tak bardzo i gdybym nie miał konta PayPal, dałbym sobie z miejsca spokój. Oszczędzanie na prowizjach dla PayU czy innego systemu obsługującego płatność kartą to bardzo niefajna sprawa. Bardzo też niefajne jest nakazywanie mi przelewania na konto wytwórni 20 złotych, z których wydam na pliki te 14 złociszy a reszta… Cóż, leży sobie na koncie wytwórni i robi jej rachunek. Być może na coś jeszcze kiedyś się skuszę i konto doładuję ale raczej nie tędy droga moi drodzy.</p>
<p>Inna sprawa to dostarczane pliki. Fajnie, że mogę sobie zassać pliki FLAC bo jakość bezstratna to już prawie że obowiązek i gdyby FLACów nie było, pewnie nie mielibyście klienta drodzy Karrotowicze.</p>
<p>ALE</p>
<p>No żesz kur… mać! FLAC to kontener, w którym można zmieścić bardzo wiele informacji prócz tylko muzyki!!! Gdzie do cholery tagowanie plików?! Serio, kawałki nazywają się Track 1, Track 2 itd.? Na prawdę nie wiecie drodzy Karrotowicze, że można w ten kontener wsadzić choćby okładkę? Czemu nie dbacie o proste do zadbania szczegóły, które zmuszają mnie do popełnienia takiego wpisu? Wszystko fajnie ale przekombinowane płatności i nieopisane pliki to taki sobie sposób na zwabienie ludzi do siebie. Weźcie może Karrotowicze jakiegoś małolata i niech Wam te pliki jeszcze raz zrobi ale dbając o odpowiednie tagi w plikach. I zadbajcie o to, bym w prosty sposób mógł za muzykę u Was zapłacić (karta, przelew — cokolwiek aby natychmiastowo) a kilka innych płyt z chęcią u Was wezmę.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2012/04/klezmafour-5th-element/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przedszkole w Poznaniu — droga przez mękę</title>
		<link>http://costa.info.pl/2012/04/przedszkole-w-poznaniu-droga-przez-meke/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2012/04/przedszkole-w-poznaniu-droga-przez-meke/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 26 Apr 2012 21:26:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Dziecko]]></category>
		<category><![CDATA[Gutek]]></category>
		<category><![CDATA[Przedszkole]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.info.pl/?p=35032</guid>
		<description><![CDATA[Mamy takiego jednego małego gałgana. Wabi się on Gucio by było do kompletu z wcześniej poczętą Majką. Jest to gałgan żywotny nad wyraz, krzepki, okrągły, puchaty, kochany i przy okazji to demon z piekła rodem :) Ten nasz Gustavo ma jedną przypadłość: rośnie, nabiera wagi a przy okazji i lat. A że lat ma coraz [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mamy takiego jednego małego gałgana. Wabi się on Gucio by było do kompletu z wcześniej poczętą Majką. Jest to gałgan żywotny nad wyraz, krzepki, okrągły, puchaty, kochany i przy okazji to demon z piekła rodem :)</p>
<p>Ten nasz Gustavo ma jedną przypadłość: rośnie, nabiera wagi a przy okazji i lat. A że lat ma coraz więcej, zaczynają go dopadać obowiązki z wiekiem związane. Jednym z takich obowiązków (OK, może to nie obowiązek ale dzieciak bez przedszkola to jak wódka bez zakąski) jest łażenie do przedszkola w celu socjalizowania się i wyładowywania na kimś innym, niż tylko rodzice. W sumie przedszkola przecież po to są…</p>
<p>Mamy to nieszczęście, że w Poznaniu mieszkamy w okolicy może niezbyt ładnej ale także przy okazji mocno zaludnianej bo w cholerę się tu buduje. W tychże budowanych nowych domach i blokach kupują sobie ludzie mieszkania. Zazwyczaj są to ludzie młodzi, bo tacy najczęściej nowych mieszkań szukają. A że są to ludzie młodzi, to zdarza się im też seks uprawiać. A jako że seks uprawiają, to niektórym wyskakują prezenty.</p>
<p>Sporo tych prezentów w naszych okolicach się porobiło.</p>
<p>Generalnie jak do tej pory chyba wszystko dosyć logicznie przedstawiłem. Proste wynikanie: nowe mieszkania = zazwyczaj młodzi kupujący = wcześniej czy później dziecko. Dosyć chyba to oczywiste, prawda? No więc nie jest to takie proste dla włodarzy dzielnicy Naramowice, którzy najwidoczniej mają duże problemy z logicznym myśleniem. Ja wiem, że wydawanie pozwoleń budowlanych i kasowanie za to pieniędzy to zdecydowanie lepsze zajęcie, niż myślenie, ale mimo wszystko odrobiny myślenia od tak zwanych władz jednak się domagam.</p>
<p>Aktualnie sytuacja wygląda tak, że Naramowice mają jeden z największych współczynników dzieci nieprzyjętych do przedszkoli z powodu braku miejsc w tychże. Po kilku rozmowach z ludźmi nieco bardziej obeznanymi w całej sytuacji doszliśmy z Dorophą do wniosku, że najlepiej byłoby się rozwieść, bo matki samotnie wychowujące dziecko mają pierwszeństwo w przyjęciach do przedszkoli. Ewentualnie mógłbym na ten przykład pracę rzucić, zarejestrować się gdzie trzeba i pobierać chude zasiłki, w zamian mając fory przy przyjęciach do przedszkoli, bo przecież rodzic bezrobotny i większa ochrona dziecku się należy. Mógłbym w sumie też na ten przykład Dorophę bić a samemu się zachlewać, bo dzieci z rodzin patologicznych też mają fory…</p>
<p>Widzicie już dokąd to zmierza? No właśnie. Mam już totalnie dość pierdolenia naszych polityków czy innych władyków o tzw. „polityce prorodzinnej” bo te kretyny nie mają bladego pojęcia, co w ogóle ta fraza oznacza. Dla tych idiotów „polityka prorodzinna” oznacza zazwyczaj katolickie wychowanie i tym podobne pierdoły ale jakoś żadnemu z politycznych myślicieli nie przychodzi do głowy, że cała ta „reforma emerytalna” nie ma najmniejszych szans na powodzenie, kiedy ludzie będą siedzieli w chałupach by swoje młode chować, bo nie mają ich gdzie zostawić, bo „niż demograficzny”, bo „nową trawę na stadionie trzeba położyć”, bo, bo, bo — znajdzie się tysiąc powodów by na przedszkolach i — ogólniej — oświacie przyoszczędzić.</p>
<p>Nie wiem, czego włodarze tego kraju nie rozumieją. Słyszę w TV i czytam w prasie jakieś bzdury o tym, że się Polacy nie chcą rozmnażać. Oj chcą, chcą… Ale nie są idiotami jak ich politycy i widzą, że zdecydowanie się na dziecko to zazwyczaj utrata pracy przez jedno z rodziców, to wieczne problemy ze żłobkami, przedszkolami a później szkołami zasuwającymi na dwie (lub trzy — u nas już jest blisko) zmiany, bo przecież mamy „niż demograficzny” i trzeba zamknąć, co tylko się da… Mógłbym tak długo, tylko po co? Trzeba mocniej zakasać rękawy i zarobić na przedszkole prywatne bo przecież tę połowę dochodów oddaję… No właśnie, na co?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2012/04/przedszkole-w-poznaniu-droga-przez-meke/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Świąteczne powroty</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/12/swiateczne-powroty/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/12/swiateczne-powroty/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 24 Dec 2011 06:24:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Rodzina]]></category>
		<category><![CDATA[Święta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.info.pl/?p=34540</guid>
		<description><![CDATA[Wielu z nas wyjeżdża w Święta gdzieś na drugi koniec Polski (lub jeszcze dalej), snując się z powrotem do miejsc, z których uciekło na studia czy w poszukiwaniu życiowego lebensraum. Wielu z nas te powroty męczą bo przecież nie po to uciekaliśmy, by wracać. Wielu z nas krzywi się i sarka na samą myśl o [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wielu z nas wyjeżdża w Święta gdzieś na drugi koniec Polski (lub jeszcze dalej), snując się z powrotem do miejsc, z których uciekło na studia czy w poszukiwaniu życiowego lebensraum. Wielu z nas te powroty męczą bo przecież nie po to uciekaliśmy, by wracać. Wielu z nas krzywi się i sarka na samą myśl o tym, że niebawem zobaczą stare kąty, stare twarze i staną na przeciw tego, czego mieli nadzieję już nie oglądać.</p>
<p>Tyle przynajmniej mogę wywnioskować z lektury Twittera, Facebooka czy jakichś innych społecznościówek, o lekturze blogów czy komentarzy pod przeróżnymi wpisami na nich umieszczonymi że już nie wspomnę. Nie wiem o co chodzi ale to jakiś trend zdaje się: ostentacyjne nielubienie Świąt już nie wystarcza i jest passe. Teraz prócz boczenia się na Święta, trzeba jeszcze marudzić, że nie daj Boże spotka się z bliskimi.</p>
<p>Nie kumam tego kompletnie. Ne wiem o co chodzi. Jestem totalnie zdezorientowany… Tym młodym (zazwyczaj) ludziom dupy już tak przyrosły do wielkomiejskich krzeseł, że nie chce im się zobaczyć swoich bliskich? Co to jest? Jakaś moda na dewaluację rodzinnych więzi? Zadziwiające…</p>
<p>Nie wyobrażam sobie Świąt bez rodziny. Nie musi być to cała nasza banda bo pewnie wypełnilibyśmy niejeden hotel i pewnie zatłuklibyśmy się w jakiejś wszechogarniającej, rodzinnej zadymie. Ale to NASZA banda i nawet jeśli będziemy tłukli się bejzbolami, będą to NASZE bejzbole gruchoczące NASZE łby i inne członki. Bo w tym całym sporcie chodzi o bycie wspólnotą.</p>
<p>Święta to taki czas, w którym NASZE odzywa się ze zdwojoną mocą. Jasne, są jednostki dziwne i nie potrzebujące do szczęścia nikogo innego poza sobą samym ale to na dłuższą metę jakaś anomalia jest a i nadgarstek od tego może rozboleć. Dlatego nie wierzę w te rozliczne czytane w sieci deklaracje o nielubieniu Świąt i niechęci do spotykania się z bliskimi. Wiem, że to w większości przypadków tylko poza. Głupia, bo kiedyś tych bliskich zabraknie. Ale wtedy będzie niestety o wiele za późno…</p>
<p>Cieszcie się chwilami spędzonymi ze swoimi bliskimi. Nawet jeśl oznacza to dzień czy dwa chaosu, nawet jeśli oznacza to mus ruszenia tyłka sprzed telewizora, nawet jeśli kojarzy Wam się to z męczącym obowiązkiem. Kiedy zdacie sobie sprawę, że nie był to obowiązek, tylko przywilej — wtedy może być już za późno.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/12/swiateczne-powroty/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Technologia i problemy</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/10/technologia-i-problemy/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/10/technologia-i-problemy/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Oct 2011 09:28:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Doropha]]></category>
		<category><![CDATA[Hardware]]></category>
		<category><![CDATA[Software]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=34126</guid>
		<description><![CDATA[Między porannym myciem zębów a wciąganiem majtek na dupę, wzięła i wywiązała się między mną a Dorophą mała utarczka słowna zakończona fochem żony i moimi krótkimi przemyśleniami O Naturze Technologicznej Wszechrzeczy, którymi postanawiam się oto podzielić. Tak k’potomności. O co poszło? O drobiazg pozornie nic nie znaczący – ot o synchronizację iPoda. Jakoś tak bowiem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="float:right; margin:0 0 10px 15px; width:240px;">
		<img src="http://costa.info.pl/wp-content/uploads/2011/10/20111020-hand_down.png" width="240" />
		</p><p>Między porannym myciem zębów a wciąganiem majtek na dupę, wzięła i wywiązała się między mną a Dorophą mała utarczka słowna zakończona fochem żony i moimi krótkimi przemyśleniami O Naturze Technologicznej Wszechrzeczy, którymi postanawiam się oto podzielić. Tak k’potomności.</p>
<p>O co poszło? O drobiazg pozornie nic nie znaczący – ot o synchronizację iPoda. Jakoś tak bowiem się złożyło, że żonka zachciała w końcu muzykę sobie w sprzęciku wymienić i zwyczajowo otrzymałem w tym temacie zlecenie: „wrzuć mi coś fajnego”. Detal, nie? No i tu oczywiście musiało włączyć się moje kombinowanie bo zaraz mi się wykombinowało, że zawsze ja muszę jej to wrzucać a przecież to nie moja sprawa, niech sama sobie zadba o własną muzykę i w ogóle. I nagle mnie olśniło – moja żona nie ma pojęcia jak to zrobić! Pod wspólnym dachem żyję ja – miłośnik jabłczanych gadżetów i moja żonka, która z nich korzysta ale nie ma pojęcia jak w sumie się to robi! O tempora, o mores…</p>
<p>Rzekłem żonie, że to trochę dziwne w XXI wieku korzystać z technologii i nie mieć pojęcia jak to właściwie działa, co może i jak to nakarmić treściami, na których nam zależy. Żona strzeliła wspomnianego focha a mnie wykluło kilka przemyśleń. O takich:</p>
<h2>Technologii należy używać</h2>
<p>Nie ma innego sposobu na zapoznanie się z technologią (jakąkolwiek), niż po prostu używanie jej. Żadna instrukcja obsługi, żadna książeczka, żadna inna forma przekazania wiedzy o technologii nie zastąpi zwyczajnego, codziennego z nią kontaktu. Dopiero potrzeby wobec technologii (rzeczona chęć władowania nowej muzy) uruchamiają proces poznawczy i chęć zapoznania się z zasadami jej funkcjonowania (czyli jak to do cholery zrobić i jak się za to zabrać). Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie chodzi mi o wyższość takiej czy innej metody (dla mnie np. synchro via iTunes to świetna sprawa ale mój brat reaguje na takie wynalazki wysypką i go rozumiem) ale bardziej o sam fakt uświadomienia sobie, jak się zabrać za taki proces. Proste „chcę wrzucić sobie muzykę na ajpoda” implikuje wiedzę o tym, gdzie owej muzyki szukać, jak nią zawiadywać w iTunes (lub na dysku jeśli ktoś woli tradycyjnie), jak sprawdzić ile jeszcze miejsca wolnego zostało (i co to w ogóle jest to całe miejsce czy też jak to zwą „pamięć”) itd. Jak widać banalna niby czynność wymaga całkiem sporej dawki wiedzy.</p>
<p>Problem podstawowy: skąd się ta wiedza tak właściwie bierze?</p>
<p>Odpowiedź jest oczywista: z doświadczenia. Uczyć się obsługi komputera czy iPoda można a nawet trzeba ale dopiero wraz z używaniem tych urządzeń nabiera się wiedzy o tym co to właściwie jest plik, jak funkcjonuje on w tej całej komputerowej rzeczywistości, jak ów umieszczać w innych urządzeniach itd. Popatrzcie czasem na swoich rodziców i zobaczcie co tak właściwie sprawia im największe problemy w pracy z komputerem. To, co widać na ekranie jest jeszcze do ogarnięcia ale pojęcia abstrakcyjne, takie właśnie jak „plik”, potrafią sprawiać ogromne trudności. A to przecież podstawy całej zabawy…</p>
<p>Dzisiejsza uwaga Dorophy o tym, że nie za bardzo pamięta jak tak właściwie zabrać się za synchronizację iPoda to dowód na to, że technologii – aby być z nią w miarę na bieżąco – należy po prostu używać.</p>
<h2>Technologia jest skomplikowana</h2>
<p>Ja wiem, ja wiem… Producenci prześcigają się w tworzeniu coraz to bardziej pro-użytkownikowych rozwiązań, starają się coraz bardziej zbliżyć technologię do człowieka, oswoić ją i w ogóle. Problem? Wychodzi to średnio. Powód? Bo ciągle tworzone są nowe rozwiązania, które mają ponoć życie ułatwić a tak po prawdzie zmieniają to, do czego byliśmy dotychczas przyzwyczajeni i co już opanowaliśmy.</p>
<p>Sam proces tych zmian nie jest niczym złym, to przecież rozwój i progres, tak być powinno. Problemem jest kwestia edukacji.</p>
<p>Moje dziecko ma w szkole tak zwaną „informatykę”. Abstrahując już od tego, że ma jej mniej, niż lekcji religii, to oczywiście dobrze, że się one dzieją. Szkoła jeszcze jakoś stara się nadążać za zmianami choć sami wiemy, jak opornie to idzie i jak nieefektywne są programy szkolne. Ale są.</p>
<p>A z pokoleniami starszymi? Kto tych ludzi wyedukuje? Kto pokaże zmiany i na czym one polegają? To jest realny problem, który stoi na przeszkodzie propagowania się zmian i nieznajomości istoty tych zmian. W ciągu kilku lat przeskoczyliśmy na telewizory HD, zdaje się że aktualnie ciężko jest nawet kupić coś, co nie jest przynajmniej HD Ready. I co z tego, skoro w znakomitej większości ogląda się na nich treści w formatach nie-HD? Jaką wartość dodaną przyniosła ta zmiana? Co dała ona takiej na ten przykład koleżance mojej żony lub mojej żonie? Moja żona ma dostęp do HBO HD ale kompletnie nie robi jej różnicy, czy ogląda film w jakości SD czy HD. Twierdzi, że różnicy nie widzi choć gdy przełączę program, od razu staje się dla niej widoczna. W czym więc problem? Może w tym, że aby owo HD włączyć, trzeba wpierw je wykupić, wiedzieć, gdzie dostawca je w swoich programach umieścił i przełączyć się gdzie trzeba? Sporo rzeczy do dowiedzenia się…</p>
<p>Praktycznie każda nowość technologiczna to aktualnie cały system (lub wręcz ekosystem) zależności, działań pośrednich i czego tam jeszcze. Kupno iPoda czy innego odtwarzacza to dopiero początek problemu. Trzeba przecież jeszcze te urządzenia „czymś” nakarmić a to „coś” skądś wziąć a przede wszystkim – trzeba mieć o tym odpowiednią wiedzę. Bez owej wiedzy, jak dziś rano się przekonałem, coś tak trywialnego jak wrzucenie muzy na grajka może stać się problemem.</p>
<h2>Rozumieją nieliczni, używa wielu</h2>
<p>Już widzę unoszące się do góry brwi w wyrazie zdziwienia ale po porozglądaniu się nieco dalej, niż bliscy znajomi, widzę że tak po prostu jest. Siłą rzeczy znam się w większości z ludźmi podzielającymi moje zainteresowania, na tym przecież proces doboru znajomych polega. Ale rzucenie okiem poza ten krąg zaczyna zastanawiać.</p>
<p>Przykład najprostszy i znany wszystkim: e-mail. Maila używają bez mała wszyscy ale ilu używających wie, co to limit wielkości wysyłanej wiadomości? Wśród młodych pewnie każdy ale starsze pokolenia mają z tym problemy bo zwyczajnie mogą nie rozumieć na czym problem zbyt dużego załącznika polega. A kwestie zagrożeń płynących z używania maila? Znamy, wiemy, rozumiemy, ostrzegamy a i tak zjawisko wirusów nie niknie, phishingi mają się nieźle a zombiefarmy jakoś wciąż funkcjonują. Co jest tego powodem? Według mnie właśnie brak zrozumienia mechanizmów działania czegoś takiego jak mail, jak program pocztowy, jak przeglądarka i konsekwencje klikania gdzie popadnie. W tym przypadku aż boli brak wspomnianej wcześniej edukacji. Co może moja matka – świeży użytkownik maila – wiedzieć o tym jak to wszystko działa i czego się strzec i z jakiego powodu?</p>
<p>To, że danej technologii używają miliony czy wręcz miliardy wcale nie świadczy o tym, że te miliony czy miliardy w ogóle wiedzą o co w niej chodzi.</p>
<p>Czy to zrozumienie to taka ważna sprawa? I owszem, to jest dosyć istotne. Za każdą technologią stoi jakaś logika, jakiś wypracowany system czynności, symboli i tego wszystkiego, co składa się na doświadczenie obsługi tej technologii przez użytkownika. Dla przykładu weźmy smartfona. Jeszcze kilka lat temu te urządzenia obsługiwało się zupełnie inaczej. Dziś normą jest szczypanie, przesuwanie paluchem, pukanie na ikonkę z telefonem by skorzystać z jednej z wielu funkcji takiego urządzenia. Weźcie swoje Samsungi czy inne ajfony i dajcie swoim rodzicom. Jak na dłoni zobaczycie jak funkcjonuje system zakodowanych czynności już poznanych, przyswojonych i działających na poziomie wręcz odruchu. A teraz weźcie od znajomego jakiś aparat z innym systemem operacyjnym. Widzicie jak łatwo znajdujecie się w – przecież innym! – systemie? To jest owa logika, ten wypracowany system czynności i symboli, które składają się na rozumienie funkcjonowania danej technologii.</p>
<p>Aby technologia była dla użytkownika przystępna, muszą zadziałać wszystkie wspomniane wcześniej elementy:</p>
<ul>
<li>Użytkownika trzeba edukować</li>
<li>Użytkownik powinien – nie wchodząc w szczegóły – rozumieć podstawy funkcjonowania technologii</li>
<li>Technologia powinna funkcjonować w oparciu o pewną logikę</li>
<li>Użytkownik powinien jej używać</li>
</ul>
<p>Mam wrażenie, że dopiero taki zestaw jest w stanie zagwarantować, że użytkownik będzie w ogóle danej technologii używał.</p>
<p>I pomyśleć, że to wszystko na podstawie małego spięcia z żonką :)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/10/technologia-i-problemy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Idealny wirtualny świat</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/09/idealny-wirtualny-swiat/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/09/idealny-wirtualny-swiat/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Sep 2011 12:44:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Hardware]]></category>
		<category><![CDATA[Software]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=31464</guid>
		<description><![CDATA[Wieczorna lektura przeróżnych serwisów technologicznych, politycznych i innych –cznych jest dla mnie czasem relaksu myślowego. Oto nie muszę bowiem czegoś wciąż wymyślać i nad czymś się wciąż zastanawiać, przechodzę w tryb bierny i konsumuję jak na rasowego konsumenta przystało. Jednak czytanie to nieco inna konsumpcja od wciągania obrazków czy innych filmików. Czasem jednak przeczytana treść [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wieczorna lektura przeróżnych serwisów technologicznych, politycznych i innych –cznych jest dla mnie czasem relaksu myślowego. Oto nie muszę bowiem czegoś wciąż wymyślać i nad czymś się wciąż zastanawiać, przechodzę w tryb bierny i konsumuję jak na rasowego konsumenta przystało. Jednak czytanie to nieco inna konsumpcja od wciągania obrazków czy innych filmików. Czasem jednak przeczytana treść potrafi jakąś reakcję wzbudzić i nawet po całym dniu zasuwania na chleb człowiek zdobyć się może na heroiczny wysiłek powiedzenia „ale łot de fak?”.</p>
<p>Ostatnio całkiem sporo takich łotdefaków mi podczas lektury wyskakuje. Co chwila zmiany, co chwila nowości, co chwila inne technologie na topie a ja coraz młodszy się nie robię i zaczynam mieć problem z nadążeniem za tymi nowinkami. Facet przed czterdziestką to wdzięczny materiał do wyciągania pieniędzy (taki wiek niestety) ale też jest to materiał trudny, którego obróbką trzeba się zająć z niezwykłą starannością. Szczególnie zaś w temacie technologii, za którą (znów: taki wiek niestety) może ów facet niezbyt nadążać bo praca, bo dzieci, bo żona, bo dom, bo niemamkurwaczasu. Dlatego podejście do wyciągania pieniędzy od takiego kolesia musi być nieco inne, niż zwykło się przyjmować.</p>
<p>Po pierwsze: faceci w moim wieku zazwyczaj nie lecą już na osiągi. Mamy swoją mądrość, swoje doświadczenie życiowe i szczerze nas wali, czy pod maską siedzi gazylionhertz czy tylko jakieś inne i7. Dalibóg, tak jak kiedyś siedziałem w tych procesorowych technologiach i mogłem o dowolnej godzinie, z najgłębszego snu wyrwany opowiedzieć proces produkcyjny procesora Pentium, tak teraz mam to w tak głębokim odwłoku, że nawet nie wiem, czy AMD jeszcze w wyścigu szybkościowym daje Intelowi radę, czy też może to Intel gna za AMD. I czy w ogóle to AMD jeszcze istnieje. A to „i” w nazwie procesora kojarzy mi się bardziej z gadżetem jabłkowym niż z… no właśnie, skąd to całe „i” się tam wzięło?</p>
<p>Po drugie: faceci w moim wieku w większości pracują i pieniądze swoje wydają, strasznie przy okazji rozpaczając nad tym, że muszą się nimi dzielić z rodziną zamiast w całości wywalać je na swoje przyjemności. My lubimy sobie dogodzić choć gdybyśmy mogli bardziej, to dogadzalibyśmy sobie tak, że producenci zabawek nie wiedzieliby, co z pieniędzmi robić.</p>
<p>Po trzecie: i tak łazimy wszędzie z aktówkami czy innymi torbami na laptopy a kieszeni nie wypychamy kluczami, odtwarzaczami mp3 tudzież telefonami. Jesteśmy w miarę zorganizowani, poukładani i wytresowani, co ma ten plus, że możemy targać ze sobą znacznie większą ilość gadżetów, niż standardowy nastolatek. I robimy to! Typowy facet przed czterdziestką robiący za biurwę MUSI po prostu tego laptopa z oprzyrządowaniem targać gdzie tylko się da. A tam może trzymać swoje skarby…</p>
<p><strong>DLATEGO</strong></p>
<p>Postuluję do wszystkich twórców gadżetów i innych rozwiązań o stworzenie nam – facetom przed czterdziestką – idealnego wirtualnego świata, w którym będziemy się dobrze czuli, który da nam to, czego oczekujemy i który będziemy mogli wykorzystać do naszych celów. A jak mógłby wyglądać taki idealny wirtualny świat? Skrótowo może przedstawię:</p>
<p><strong>Synchronizacja</strong></p>
<p>Najważniejszą rzeczą pod Słońcem jest oczywiście synchronizacja. Mając trzy telefony, dwa tablety, z cztery komputery i wszystko to od innego dostawcy a każdy gadżet z innym systemem operacyjnym (z czego połowa to sprzęty firmowe) – my po prostu MUSIMY dostać w końcu jakieś sensowne rozwiązanie dla problemu synchronizacji wszelkich ultraważnych dla nas danych. Wiem, że są już usługi, które taką funkcjonalność starają się oferować ale nie jest to rozwiązanie doskonałe. W idealnym wirtualnym świecie loguję się do telefonu (dowolnego) i dostaję na twarz komunikat o ilości ściągniętych kontaktów, fotek, utworów i co tam jeszcze da się synchronizować. Po wskoczeniu na tablecik i poprzeglądaniu netu na kanapie, historię swojego buszowania chciałbym móc zobaczyć na komputerze. Wiecie o co chodzi, prawda? Jasne, że już dziś istnieją takie rozwiązania ale są one dalekie od wygody i nie są odporne na multisprzętowość i multisystemowość. Z punktu widzenia faceta przed czterdziestką są po prostu upierdliwe a czas przeznaczony na konfigurowanie tego wszystkiego by jakoś funkcjonowało normalny samiec przeznaczy na oglądanie pań w bieliźnie.</p>
<p><strong>Dechmuracja</strong></p>
<p>Dla większości to czytających chmura to wspaniała sprawa i ostatni krzyk mody. Faceci przed czterdziestką dorastali w nieco innych jednak klimatach i wciąż trzymają się ich te uwarunkowania. My lubimy mieć i macać. Pliki lubimy mieć w swoich urządzeniach i niezbyt dowierzamy chmurom w temacie ich stabilności i bezpieczeństwa. Jasne, że można trzymać fotki gdzieś na brazylijskim serwerze, tylko po co? Chmura dla chmury? Jasne, że od tego nie uciekniemy – nie jesteśmy zazwyczaj głupi i wiemy, że to potencjalnie przydatna sprawa ale i tak bardziej ufamy zawartości swoich dysków twardych i kart pamięci, niż gdzieś funkcjonującej (lub nie) chmurze. Jaka by ona fajna nie była. Dla nas wciąż fotkę lepiej obrabia się lokalnie za pomocą dedykowanego do tego programu niż online w jakiejś zazwyczaj i tak bardzo funkcjonalnie słabej aplikacji webowej.</p>
<p><strong>Dekomplikacja</strong></p>
<p>Każdy w miarę rozgarnięty facet wie, że kupno gadżetu to dopiero początek kombinacji w temacie jego używania. Masz telefon? Super! To jaki chcesz do niego plan taryfowy? Dokupujesz później tablet z trzy-gie i co? Oczywiście – jaki chcesz do tego plan taryfowy? A może łączyć? A może dzielić? A może prepaid? A może nie? Kaman ludzie, mamy i tak u was pootwierane rachunki więc czemu tym logowaniem się do sprzętu nie załatwić kwestii płatności? Logujesz się, korzystasz z trzy/cztery-gie (nieważne, czy na swoim sprzęcie czy może swojego dzieciaka – jeden login to rule them all!) a rachunek grzecznie się obciąża. Ten twój własny, który obciążać może pobliska pizzeria samym faktem wystawienia rachunku, który potwierdzisz klikając „tak” w informującym cię SMSie. Faceci przed czterdziestką kochają patent „1 click to buy” i grzecznie a często tego buttona miziają właśnie dlatego, że pomiziać jest go łatwo, szybko i przyjemnie. Odkomplikowanie procesu obsługi i zakupów czynionych za pomocą naszych gadżetów skaże was, drodzy usługodawcy i sprzętodostawcy, na szumiący potok przelewów.</p>
<p>Dekomplikacja to ogromna praca do wykonania stojąca przed dostarczycielami rozrywek dla facetów przed czterdziestką. Jeśli owi faceci mają wydawać na nie pieniędzy więcej, niż teraz to czynią, musicie im to kochani maksymalnie ułatwić.</p>
<p><strong>Ot i tyle. Serio.</strong></p>
<p>Faceci przed czterdziestką chcą mieć prościej i sensowniej. Chcą poużywać swoich gadżetów bez konieczności ciągłego dbania o tak podstawowe sprawy, jak wgrywanie do gadżetu prywatnych i służbowych danych. Idealny wirtualny świat od momentu zalogowania powinien oferować wszystkie serwisy i usługi, z których się korzysta już zsynchronizowane i będące na bieżąco. Warunek konieczny: niezależnie od urządzenia czy systemu operacyjnego. I – o ile to możliwe – lokalnie z autosynchronizacją za pomocą chmury czy czego tam innego. I wiemy o tym, że istnieje Google czy inne firmy oferujące różne fajne usługi. Problem w tym, że zbytnio to wszystko ze sobą nie gada a jeśli już gada, to trzeba się czasem po łokcie urobić, by gadało jak trzeba. Urabiania się po łokcie natomiast faceci przed czterdziestką niezbyt lubią, mają bowiem inne fascynujące zajęcia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/09/idealny-wirtualny-swiat/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Post-srost-PC</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/08/post-srost-pc/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/08/post-srost-pc/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Aug 2011 14:02:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Hardware]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=30576</guid>
		<description><![CDATA[OK, mamy nowe buzz-określenie, które jest nadużywane już do bólu przez buzz-chłopaków lubujących się w buzz-promowaniu swoich buzz-blogów czy innych buzz-serwisów. Buzz, buzz, buzz… O co chodzi? O tę od dłuższego czasu lansowaną tezę, która po wyartykułowaniu jej przez papę Jobsa stała się prawem, że oto komputery domowe umierają. Że zastępują je urządzenia mobilne wszelkiej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>OK, mamy nowe buzz-określenie, które jest nadużywane już do bólu przez buzz-chłopaków lubujących się w buzz-promowaniu swoich buzz-blogów czy innych buzz-serwisów. Buzz, buzz, buzz…</p>
<p>O co chodzi? O tę od dłuższego czasu lansowaną tezę, która po wyartykułowaniu jej przez papę Jobsa stała się prawem, że oto komputery domowe umierają. Że zastępują je urządzenia mobilne wszelkiej maści i na tradycyjnego peceta miejsca w domach Zwykłych Użytkowników już jest coraz mniej. OK, może nie dosłownie tak się wyraził (ba, właściwie to tego w ogóle nie powiedział) ale sens jest mniej więcej podobny do powyższego – tradycyjne piece są w odwrocie i nastaje nowa era urządzeń conieco innych od tych znanych od dziesięcioleci.</p>
<p>I  owszem, to prawda. Ale – jak większość prawd – nie cała i nie pełna.</p>
<p>Tak zwana przez buzz-chłopaków Era Post-PC to taki sobie mały problem z podejściem do zdefiniowania tego, co właściwie jest Personal i w dodatku Computer. Jak byśmy sobie tego pięknego angielskiego zwrotu nie tłumaczyli, wychodzi nam, że mowa o „komputerze osobistym”. Brzmi ładnie ale od czasu zafundowania możliwości logowania się w systemie więcej niż jednej osobie, komputer przestał być osobisty a stał się po prostu komputerem. Tako rzecze logika i nie ma tu co kombinować. Owszem, twórcy systemów operacyjnych dają narzędzia mające gwarantować w ramach systemu odrobinę prywatności ale co komu z takiej prywatności, kiedy administrator domowego systemu (czyli w praktyce ojciec rodziny) i tak ma wgląd we wszystko? Jako się rzekło – Personal Computer już od dawna nie jest w sensie ścisłym personal. Jasne, zaraz dostanę wypiskę definicji z różnych źródeł, które moje twierdzenie obalą w błocko a każda z tych definicji będzie odmienna od poprzedniej ale pozwólcie, że skoro te definicje mogą się różnić, to i moja będzie. Komputer osobisty to taki, który jest osobisty i basta – taka jest moja definicja.</p>
<p>Aktualnie na rynku mamy od cholery urządzeń, które z definicji są komputerami osobistymi. To telefony, smartfony, tablety i pewnie kilka jeszcze innych rodzajów urządzeń by się znalazło. Te komputery są i zapewne jeszcze przez jakiś czas będą bardzo osobistymi urządzeniami właśnie z faktu ich „przywiązania” do jednego użytkownika. Dane, maile, dokumenty i programy powiązane są z zazwyczaj jednym użytkownikiem. Piszę „zazwyczaj” bo w takim na ten przykład iOSie można instalować oprogramowanie korzystając ze sklepowego konta innej osoby, niemniej aby inna osoba mogła używać smartfona, tabletu czy innego takiego – to urządzenie musi być jej użyczone i jak na razie, nie ma opcji by ta druga osoba jakieś konto sobie w tym urządzeniu założyła i działała na własny rachunek. To się pewnie zmieni ale jak na razie smartfon czy inny tablet są jak gacie – można je komuś pożyczyć ale to ciągle własne gacie i nie da się przepiąć pieluchy, by były czyjeś inne.</p>
<p>Obrazowość porównania zaiste mnie samego zadziwiła. Widać tu wpływ dwuletniego dzieciaka :).</p>
<p>Konkludując: rynek komputerów osobistych ma się doskonale i rośnie teraz nawet bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Miliony bardzo osobistych urządzeń trafiają co roku do rąk użytkowników i buzzowanie, że oto mamy erę Post-PC, to jakaś paranoja. Można sobie gdybać, czy komputery biurkowe tudzież laptopy znikną z czasem wyparte przez mocne, niewielkie, podłaczalne do monitora czy TV urządzenia, które umożliwią na nich sensowną pracę. To całkiem uprawnione gdybanie bo przecież miniaturyzacja wciąż ma się dobrze i co roku dostajemy coś coraz cieńszego, mniejszego i z coraz większą mocą. Przyrost tej mocy w pewnym momencie się skończy bo zadania stawiane przed urządzeniami można już w sumie dziś z powodzeniem wypełniać za ich pomocą. Mój iPad obrabia zdjęcia szybciej i sprawniej od mojego sześcioletniego Maka mini a ów Mak w zupełności wystarczy mi do typowej biurówki choć od czasu kupna aparatu z możliwością nagrywania filmów HD czuje parcie na wymianę na coś o wiele szybszego. Tak czy inaczej chodzi mi o to, że do pewnych rozsądkowych granic przyspieszenia już żeśmy doszli i większe moce są większości z nas średnio potrzebne. Liczy się sposób wykonania zadania bo w większości przypadków i tak będzie ono wykonane dosyć szybko i sprawnie.</p>
<p>Era PC dopiero się zaczyna. Minęły po prostu czasy wielkich, podbiurkowych, towerowych obudów, które szumiały w domach. Teraz akcenty rozkładają się nieco inaczej po prostu – ot jeśli ktoś potrzebuje sprzętu do pracy, kupuje sobie taki, jaki będzie dla niego wygodny. W domu wygodniejszy powoli staje się po prostu laptop a od całkiem niedawna – tablet czy smartfon.</p>
<p>Tak więc to, z czym mamy do czynienia to po prostu zmiana formatu i wielkości urządzeń i eksplozja popularności urządzeń bardzo osobistych. Wiecie – Personal.</p>
<p>Era Post-PC? Błagam…</p>
<p>PS. Podobne do mnie przemyślenia ma i Pemmax piszący, że <a href="http://mojmac.pl/2011/09/25/jeszcze-nigdy-nie-bylem-tak-bardzo-pc/" title="Jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo PC na blogu Przemka.">jeszcze nigdy nie był tak bardzo PC</a>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/08/post-srost-pc/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mac OS X vs. Windows 7</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/07/mac-os-x-vs-windows-7/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/07/mac-os-x-vs-windows-7/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 29 Jul 2011 13:44:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Mac OS X]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[Windows]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=29569</guid>
		<description><![CDATA[O kurczę, nie sądziłem, że to kiedyś napiszę ale nie mam innego wyjścia: Windows 7 JEST FAJNY! Od jakiegoś miesiąca z lekkim okładem pracuję dzień w dzień pod Windowsem 7 i jak na razie nie mogę o tym systemie złego słowa powiedzieć. Znaczy mogę ale to może za chwilę. Póki co może mały background dla [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>O kurczę, nie sądziłem, że to kiedyś napiszę ale nie mam innego wyjścia: Windows 7 <strong>JEST FAJNY</strong>!</p>
<p>Od jakiegoś miesiąca z lekkim okładem pracuję dzień w dzień pod Windowsem 7 i jak na razie nie mogę o tym systemie złego słowa powiedzieć. Znaczy mogę ale to może za chwilę. Póki co może mały background dla nieznających mnie i już szykujących palce do rzucania mięsem kolesi :)</p>
<p>Od kilku lat używałem praktycznie tylko i wyłącznie systemu Mac OS X z małymi wstawkami na hobbystyczne kernelowanie compila w Linuksie. Doszedłem do takiej windowsowej alienacji, że po <a href="http://costa.info.pl/2009/05/05/opis-komputera-dell-inspiron-mini-1210/" title="Opis komputera Dell Inspiron mini 1210">zakupie netbooka</a> z WinXP na pokładzie, miałem przez dłuższy czas spore problemy z połapaniem się co i jak a gdy przyszła pora na zwyczajową coroczną reinstalację systemu, rzucałem mięsem bardzo niewybrednie dowiadując się, że takiego WinXP w prosty sposób na pendrajwa to ja sobie nie zgram a producent netbooka może sobie w dupę wsadzić płytkę instalacyjną, skoro napędu w komputerze nie ma. Jakoś sobie poradziłem ale egzotyka windowsowych rozwiązań i wszechobecny brak logiki windowsowego światka czasem poraża mnie i do dziś. Tak więc można śmiało powiedzieć, że spotkanie z Windows 7 było jak randka z byłą panną po latach pukania codziennej wybranki (wybacz żono, nic zdrożnego nie mam na myśli :)).</p>
<p>I tak też Windows 7 postrzegam. Byłej lat przybyło i musi walić brokatem na lewo i prawo by zmarszczki zasłonić. Cukierkowa kolorystyka defaultowego tematu skutecznie rozpieprzała mi wszelki stan przedkomputerowego skupienia przez jakieś dwa dni, zanim wpadłem na pomysł, że przecież można sobie (w przeciwieństwie do OSX) całkiem sporo w temacie wyglądu pozmieniać. To fajnie, że można ale niefajnie, że trzeba.</p>
<p>Windows 7 z mojego punktu widzenia to wielka zmiana w UI ale koncepcja pozostała ta sama, co powitałem z wielką ulgą bo w sumie nie trzeba się niczego nowego uczyć. Burdel w Panelu sterowania jaki był, takim pozostał choć na plus zaliczam jakieś próby grupowania ustawień. Niestety na każdym kroku potwierdza się moje przeświadczenie, że w temacie łatwości obsługi komputera Microsoft niczego się nie uczy. Dotarcie do jakichkolwiek ustawień to klikanie, klikanie i jeszcze nieco klikania na dokładkę. Opcji w tym systemie jest od pyty (co się generalnie chwali) ale dotarcie gdziekolwiek zajmuje tyle przekliknięć a znalezienie się w bogactwie ustawień tyle czasu, że aż przykro patrzeć. Ergonomii w tym tyle, co nic. Microsoft powinien zrobić jakąś dumbed down wersję swojego systemu dla ludzi normalnych i był by spokój. I tak ma tych wersji gazylion więc jedna w tę czy wewtę… Swoją drogą — wybór wersji systemu to też była fajna zabawa :). 64 bity — tyle było wiadomo na starcie. Ale takie, siakie czy może srakie? Drogi Microsofcie, niech twój system obsługuje obydwie architektury i daj człowiekowi spokój. OSX jakoś może.</p>
<p>Zabolał mnie brak wielu pulpitów i mus używania jakichś trzecich aplikacji, które sprawują się tak sobie zazwyczaj. Zabolał mnie brak Expose, który nawigację po oknach czynił mi błyskawicznym i przyjemnym uczuciem. Brakuje mi tu cholera bardzo wiele rzeczy z OSX… Ot choćby Windows 7 oferuje jakieś wyszukiwanie ale kudy tam temu rozwiązaniu do Spotlighta. W OSX w większości nie klikam po oknach prawie wcale — ot wyszukuję nad czym tam aktualnie chce mi się pracować i zaraz mam to pod palcami. Bardzo, bardzo, bardzo wygodna sprawa.</p>
<p>Menu Start w WinXP to przestarzała struktura, która od lat powinna być wywalona i zamieniona na coś bardziej użytecznego. W Windows 7 udało się to tak sobie i problemów z menu Start nie rozwiązało zbyt wielu. Koncepcja dostępu do zasobów komputera z jednego miejsca jednak nie jest zbyt ergonomiczna i dla mnie średnio sensowna. Sytuację ratują nieco Biblioteki, które są fajne i całkiem dobrze ta idea została przełożona na funkcjonowanie w systemie.</p>
<p>OK, póki co robi mi się tu lista rzeczy niezbyt fajnych. Skąd więc ta wstępna deklaracja, że Windows 7 jest fajny? Bo jest! Pierwsza rzecz: pierońsko stabilny system a i aplikacje na nim nie cierpią na żadne dziwne przypadłości. Przez ten miesiąc z okładem częściej mi się sypały rzeczy pod OSX o Linuksie już nie wspominając…</p>
<p>Druga sprawa — chyba chłopcy w Redmont coś zrobili w temacie bazy sterowników do urządzeń zewnętrznych bo nie było jeszcze urządzenia, dla którego musiałbym coś instalować osobiście. Wszystko z automatu ładnie się zgłaszało i działa jak marzenie. Skanerek? A proszę bardzo. Telefonik LG z Androidem? A nie ma problemu. Aparacik? Oczywiście! iPadzik? Why not? Wietrzę tu jakiś spisek wytwórców sprzętu i małomiękkiego bo chyba się dogadali chłopcy i w końcu człowiek ma spokój i nie musi skakać po stronach w poszukiwaniu czegoś, co sprawi, że jego sprzęt zadziała jak trzeba.</p>
<p>Na mojej firmowej maszynie Windows nie ma prawa być wolny i nie jest. Wszystko dzieje się błyskawicznie (mój następny komputer na 100% będzie miał SSD w środku — cóż za wygoda związana z szybkością!), wszystko współpracuje jak trzeba a system obciążony kilkoma wirtualizacjami, całym pakietem Adobe CS5 Design, Outlookiem i Officem spokojniutko sobie biega, wątkami i pamięcią zawiaduje jak trzeba i generalnie czuje się ogromny komfort używania związany właśnie z szybkością działania komputera. W iSpotach bawiłem się mocniejszymi Makami ale i im zdarza się wyświetlić tęczową piłeczkę. Windows 7 nie notuje żadnych przestojów.</p>
<p>Moja konkluzja jest krótka: Microsofcie, popracuj jeszcze nad międzymordziem, ergonomią i kwestiami związanymi z prostotą obsługi i będzie gites. Cała reszta już działa jak trzeba!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/07/mac-os-x-vs-windows-7/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>16</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Obama w Polsce. Po co?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/05/obama-w-polsce-po-co/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/05/obama-w-polsce-po-co/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 27 May 2011 08:34:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=27568</guid>
		<description><![CDATA[Nie śledzę ostatnimi czasy polityki i całego tego cyrku z nią związanego. Nie za bardzo mam na to chęci i czas. Ale małej histerii związanej z przybyciem Obamy do naszego grajdołka nie da się niestety ominąć bo opanowała już wszystkie media bez względu na opcję polityczną przez nie reprezentowaną i jest obecna praktycznie wszędzie. Więc [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie śledzę ostatnimi czasy polityki i całego tego cyrku z nią związanego. Nie za bardzo mam na to chęci i czas. Ale małej histerii związanej z przybyciem Obamy do naszego grajdołka nie da się niestety ominąć bo opanowała już wszystkie media bez względu na opcję polityczną przez nie reprezentowaną i jest obecna praktycznie wszędzie. Więc mamy małą histerię, zablokowaną stolicę i… I właściwie co z tego?</p>
<p>No właśnie, cóż ta wizyta ma niby zmienić w naszych dotychczasowych stosunkach z Ameryką? Po co właściwie Obama tu przyjeżdża? Co chce załatwić w naszym kraju i co nasz kraj chce załatwić ze Stanami? A tak na prawdę pytanie sprowadza się do: co nas łączy z Ameryką?</p>
<p>Mam przemożne wrażenie, że z Ameryką łączy nas właściwie tylko amerykańska Polonia. Nie mamy jakichś większych wspólnych interesów, militarnie łączy nas NATO i nasza serwilistyczna postawa wobec wojen i wojenek prowadzonych przez Stany, na które diabli wiedzą czemu ale z chęcią wysyłamy naszych żołnierzy, bardzo chcemy ich baz (jako kraj bo ja jakoś nie tęsknię do obecności jakichkolwiek obcych wojsk na mojej ziemi) i imponuje nam (jako krajowi) idea bronienia się przed jakimś wyimaginowanym potencjalnym atakiem ze Wschodu (jakkolwiek ten kierunek rozumieć). Jako kraj łączy nas ze Stanami niewiele…</p>
<p>Wizyta ma charakter roboczy więc podejrzewam, że pogadają sobie nasi chłopcy z chłopcami z hameryki o naszej przyszłej prezydencji w UE. Określimy (przynajmniej powinniśmy) priorytety, pogadamy o Iraku, Afganistanie, ostatnich przewrotach islamskich w Afryce i co właściwie z tym powinny Unia i hameryka zrobić oraz jakie zagrożenia/nadzieje to generuje. Problem w tym, że takie pogaduszki powinny dziać się z udziałem głównych rozgrywających Unii a dziś mamy po prostu spęd Europy Środkowej i Wschodniej oraz Bałkanów, z którego ma wyniknąć… No właśnie, co?</p>
<p>Tonąca finansowo Ameryka, której kolejne pożyczki finansują Chiny, musi zadbać o swój wizerunek. I Obama to robi czyniąc gwiazdorskie tournee po Europie, piekąc hamburgery, grając w ping ponga i stwierdzając oczywisty fakt, że irlandzkie ale lepiej smakuje w Irlandii. Ameryka ładnie skrojonymi ustami Obamy pokrzykuje, żeby jej jeszcze nie skreślać i dalej robić z nią interesy bo przecież tak wiele nas łączy… Problem w tym, że pieniądze są gdzie indziej i tam też przesunął się biegun politycznego znaczenia. Ameryka i aktualnie nią rządzący Obama próbują wyprzedzić oczywisty rozwój wypadków i zawczasu zadbać o grunt pod pożyczki nie tylko od Chin. Po co więc przyleciał Obama do Europy? Obama przyleciał do Europy po prośbie, tyle że jeszcze nie wprost wyrażonej.</p>
<p>Mam wrażenie, że nie potrafimy wykorzystać niełatwej sytuacji hameryki i mam też wrażenie, że wciąż nie potrafimy się cenić. Dziś w naszym kraju zbierze się reprezentacja sporej części Europy, w dodatku bardzo dla hamerykanów łakomej, bo wciąż rozwijającej się i goniącej gospodarczo zarówno resztę Europy, jak i same Stany. Dziś powinno się utworzyć grunt pod późniejsze negocjacje, zakreślić wspólną politykę wobec Stanów, wspólnie określić wspólne i partykularne interesy i jak wspólnie nacisnąć Stany, by zmiękczyć ich stanowisko negocjacyjne. To powinno się dziać już od dłuższego czasu. Mam nadzieję, że się dzieje bo jak nie, to tym bardziej nie widzę sensu zapraszania Obamy nie tylko do naszego kraju ale także na spotkanie przywódców krajów Europy Środkowej. Mamy mówić notorycznemu najeźdźcy jak swoich najeźdźców się pozbywaliśmy? Chłopaki już to przerabiali, także w Polsce gdzie podsypali nieco pieniądzem i obietnicami, co swego czasu wystarczało, by podkopać pozycję głównego rywala USA — ówczesnego Związku Radzieckiego a w konsekwencji obalić ówczesny ustrój i pomóc wystrugać nowy, w którym pieniądz stał się główną ideologią.</p>
<p>Obama zaczyna wyciągać ręce po pieniądze i handel oraz po nowe rynki zbytu dla firm z jego kraju. Jeśli my wyciągniemy ręce tylko po wizy…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/05/obama-w-polsce-po-co/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Użytkowy aspekt elektroniki</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/04/uzytkowy-aspekt-elektroniki/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/04/uzytkowy-aspekt-elektroniki/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 07 Apr 2011 10:17:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Apple]]></category>
		<category><![CDATA[Hardware]]></category>
		<category><![CDATA[iPad]]></category>
		<category><![CDATA[iPod/iPhone]]></category>
		<category><![CDATA[Software]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=24495</guid>
		<description><![CDATA[Sporo ostatnio czytam o postępującej rywalizacji producentów elektroniki tworzących te wszystkie telefony, tablety i co tam jeszcze innego chcących wprowadzić pod nasze strzechy (WebOS od Hewlett Packard na komputerze stacjonarnym spodobał mi się szczególnie — fajny pomysł!). Tak czytam i czytam i się zastanawiać zaczynam, czy to wszystko idzie w aby dobrym kierunku. Bo im [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Sporo ostatnio czytam o postępującej rywalizacji producentów elektroniki tworzących te wszystkie telefony, tablety i co tam jeszcze innego chcących wprowadzić pod nasze strzechy (WebOS od Hewlett Packard na komputerze stacjonarnym spodobał mi się szczególnie — fajny pomysł!). Tak czytam i czytam i się zastanawiać zaczynam, czy to wszystko idzie w aby dobrym kierunku. Bo im więcej czytam, tym bardziej widzę coś, co swego czasu odgoniło mnie od klasycznego PC i kazało przejść na konsolową stronę mocy a od jakiegoś czasu kazało też nieco innym spojrzeniem cały ten elektroniczny galimatias ogarniać.</p>
<p>Chodzi o stosunek ceny nie do możliwości a do użyteczności.</p>
<p>Dualcorowe procesory w telefonach. Yupiiii! Będzie wszystko szybsze, sprawniejsze i w ogóle odjechane. Dualcorowe procesory w tabletach i układy graficzne zawstydzające ten z mojego biurkowego komputera. Yupikajej! Super! Nie dość, że będzie szybciej, to jeszcze do tego bardziej wygładzone i generalnie fajniejsze w oglądaniu. Świetnie. Mam tylko jedno pytanie: czy to aby polepszy użyteczność aplikacji, jakie na te coraz to szybsze urządzenia powstają? Czy urządzenia mobilne dopadnie ta sama zmora, która swego czasu odrzuciła mnie od PC?</p>
<p>Chodzi mi o wydajnościowy wyścig zbrojeń, którego ofiarą pada niestety zazwyczaj optymalizacja kodu i odpowiednie zaprojektowanie aplikacji. Już dziś na urządzenia mobilne powstaje setki aplikacji dziennie ale tych dobrych, tych dobrze zaprojektowanych, dobrze zoptamalizowanych, nie wymagających kupna nowego urządzenia by cieszyć się ich wszystkimi możliwościami jest stosunkowo niewiele. Na co dzień używam iPada i telefonu z Androidem i okazuje się, że na obydwu platformach jest podobnie — dobre w sensie użyteczne i pracujące jak trzeba aplikacje to drobny procent całej oferty dostępnej na te urządzenia (mam wreżenie, że wręcz promil). Ściągam i uruchamiam dziennie przynajmniej kilka nowych programów by ogromnie rzadko stwierdzić, że chociaż jeden z nich jest do czegoś przydatny i wart zostawienia w mojej bibliotece oprogramowania. Czemu tak się dzieje?</p>
<p>Swego czasu byłem zapalonym graczem kupującycm i ściągającym gry na swojego peceta na pęczki (tak, kiedyś człowiek miał czas na te rzeczy). O ile w czasach pierwszych procesorów pentium jeszcze dało się z jedną konfiguracją PC wytrzymać dosyć długo, o tyle z czasem gry zaczęły dyktować konfigurację sprzętową mojego komputera. Po drugim czy trzecim upgrade karty graficznej w komputerze i to w ciągu jednego roku coś mi się w głowie zapaliło i mam tak do dziś — za co ja faktycznie płacę? Za dwa-trzy przełomy na rynku gier, na które warto wydać pieniądze na hardware czy też za niekompetencję i pośpiech te gry tworzących, którym nie chce się optymalizować i dopracowywać kodu? Wersja spiskowa obejmowała też zmowę twórców gier z twórcami hardware i wzajemne napędzanie sprzedaży jedni drugim (w sumie teorii trzymam się do dziś :))… Im dłużej ten rynek obserwuję, tym bardziej się w stanowisku niekompetencji twórców oprogramowania utwierdzam.</p>
<p>Jakoś wtedy zerknąłem łaskawszym okiem na konsole i zanabyłem swoją pierwszą: PSX od Sony. Tu sytuacja była diametralnie inna: jedna architektura sprzętowa, na której twórcy musieli konkurować swoimi umiejętnościami, optymalizacją, pomysłami obejścia ograniczeń sprzętowych itd. Kiedy pokazywała się gra, która wśród redaktorów pisemek wszelakich wywoływała okrzyk „wow!” wiadomo było, że powinna wywołać taki okrzyk i u mnie. Bo będę widział to samo co oni, działające z taką samą szybkością i grać będę na takim samym lub bardzo podobnym kontrolerze. To były moim skromnym zdaniem złote czasy elektronicznej rozrywki. Twórcy gier mogli latami pieścić swoje silniki i wyciskać z urządzeń ile się tylko dało z samego prostego faktu cyklu życia produktu o nazwie „konsola”. Brak wszędobylskiego internetu skutkował tym, że produkt wysyłany do tłoczenia był przetestowany na wszystkie możliwe sposoby, zoptymalizowany jak tylko można było, sprawdzony jak tylko się dało i przemyślany oraz zaprojektowany był raz i musiał być to projekt dobry. Inaczej na półki sklepowe trafiała partia tysięcy płyt, które gdyby zgarnęły złe noty w prasie po prostu by na tych półkach zostały. Dziś walniętą grę zawsze można poprawić jakimś patchem (bardzo ubawiło mnie ssanie przez mojego brackiego ton updatów i poprawek do Wiedźmina, po których i tak to zdaje się kulawo działało) a mający tupet producenci potrafią do patcha dorzucić kilka nowinek i jeszcze rządać za to kasy, zwąc taką paczkę DLC czy jak tam jeszcze. Kiedyś robiono grę jako zamkniętą całość i zapewniano godziny rozrywki bo gdyby tych godzin nie było, mało kto by ową grę kupił. Dziś w ramach podstawki (drogiej tak samo jak kiedyś pełne gry o ile nie droższej) dostaje się kilka godzin mieszania a później trzeba dopłacać by coś jeszcze ewentualnie z tytułu wycisnąć. Ja już nawet nie tworzę teorii spiskowych — to jest po prostu spisek i skok na nasze portfele, z którym w sumie nie wiadomo co zrobić bo grać przecież lubimy.</p>
<p>Konsole skręciły w ten pecetowy trend ciągłego patchowania i płatnego rozszerzania możliwości gier i pozwoliły twórcom na znaczne skrócenie czasu przygotowania produktu do wypuszczenia na rynek. Niestety odbija się to dosyć często na jakości tytułów. Tyle dobrego, że jeszcze nie wymyślono jak wymieniać podzespoły bez potrzeby kupna całej nowej konsoli acz wprowadzenie do konsol dysku twardego uważam za koniec złotej ery konsolowego szpilania.</p>
<p>Jak to się ma do urządzeń mobilnych, o których wspomniałem na początku? Myślę, że dokładnie tak samo. Oto bowiem mamy z gruntu zamknięte konstrukcje (jak konsole do gier), w których architektura jest ustalona a czas życia produktu jest błyskawicznie krótki w stosunku do czasu życia konsoli. Problem w tym, że co i rusz na rynku pokazują się coraz to nowsze urządzenia, w które wsadzane są coraz to nowsze i mocniejsze podzespoły, coraz to więcej pikseli mające ekrany, coraz to bardziej HD kamery… Zastanawiam się, któremu producentowi oprogramowania chce się ponosić wydatki na optymalizację poza tymi niezbędnymi na zapewnienie minimum wstecznej kompatybilności z coraz to nowszymi wersjami systemów operacyjnych i architekturami sprzętowymi sprzed roku. Efekt jest taki, że programy pisane są szybko, na bieżąco a dostosowywanie ich do aktualnego hardware to często jedyne ich zmartwienie.</p>
<p>Widzę to w bardzo wielu programach dostosowywanych z iPhone na iPada. Soft pierwotnie obmyślany dla telefonu i dla jego wielkości ekranu bardzo często okazuje się być marnie przeniesiony na większy ekran. Widać brak skupienia się na interfejsie, na stworzeniu sensownej nawigacji po programie, na wykorzystaniu większej powierzchni na lepszą ergonomię rozłożenia elementów interfejsu. Widać po prostu pośpiech w uaktualnianiu aplikacji do nowszego urządzenia. Nie mam wątpliwości, że podobnie będzie z tabletami napędzanymi Androidem…</p>
<p>Bardzo wiele z programów, które mam w swoich „the best of the best” to soft, który działa na iPadzie, na iPhonie 3G i na moim stareńkim iPodzie touch pierwszej generacji. To w większości produkty doświadczonych programistów, którzy dbają o użytkownika nie pozostawiając go samemu sobie nawet po teoretycznym zgonie jego platformy. To programy, w których dba się o ich dostosowanie do każdej kolejnej platformy sprzętowej głównie od strony użyteczności tych programów. iPhone 4 i iPad to w sumie bardzo podobne platformy i nawet rozdzielczości ekranów są zbliżone ale ich wielkości już nie a to bardzo ale to bardzo rzutuje na użyteczność programu z odpowiednio zaprojektowanym interfejsem.</p>
<p>Niestety takiego softu w AppStore jest stosunkowo niewiele a ja zaczynam się zastanawiać jak to będzie w przypadku Androida, gdzie już teraz mnogość rozdzielczości i wielkości ekranów jest ogromna. Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle warto wiązać się z platformą, która fakt rozrasta się w niesamowitym tempie ale którą w końcu zaczną trapić problemy znanego z pecetów wyścigu hardwarowych zbrojeń. Bo do tego dojdzie a właściwie już dochodzi. Będziemy mieli coraz to bardziej dopakowane sprzętowo tablety i telefony i oprogramowanie, które być może nie będzie w stanie nadążyć za tymi wszystkimi zmianami a w konsekwencji będzie pisane szybko i bez oglądania się na takie „drobiazgi” jak optymalizacja i — przede wszystkim — odpowiednie zaprojektowanie aplikacji, jej interfejsu i funkcjonalności.</p>
<p>Te wszystkie nowe smatrfony i tablety kosztują. I to niemało. Jak na sprzęt oferujący bardziej wygodę w konsumpcji treści i mediów niż owych treści tworzeniu — ceny wyższe niż sensownych netbooków czy nawet laptopów są po prostu za wysokie na to, by pojawiały się na nich nieprzemyślane, niezoptymalizowane i źle zaprojektowane aplikacje. Na razie (przynajmniej na iPadzie) nie jest bardzo źle ale też nie jest najlepiej. Jest sporo oprogramowania ale to nie znaczy, że ma się za bardzo w czym wybierać. Rok po premierze platformy przychodzi druga wersja urządzenia mocno podbijająca wydajność i już teraz zaczyna się mówić, że może to być problem. Jedynkę kupiło kilkanaście milionów ludzi i pewnie deweloperzy nie pozostawią ich samym sobie ale fragmentacja platformy postępuje a z tego nic dobrego wyniknąć nie może. W androidowym świecie wygląda to pewnie jeszcze mniej ciekawie…</p>
<p>Dlatego między innymi zaczyna mnie mocno niepokoić optyka przyjęta w recenzjach nowości sprzętowych i kiedy czytam o iPadzie 2 czy nowych planowanych tabletach czy telefonach z Androidam zaczynam zadawać jedno pytanie z punktu widzenia użytkownika chyba najważniejsze: „no ale co z tego, że to jest takie szybkie?”. Aplikacje ładują się szybciej? Fajnie ale cóż stoi na przeszkodzie w takiej ich optymalizacji, by ładowały się równie szybko na starszych modelach? Mam na iPadzie programy do ToDo startujące błyskawicznie i oferujące więcej możliwości od niektórych ładujących się zauważalnie wolniej. Widać jak koder dobry to zrobi coś jak trzeba. Gry będą bardziej płynne i bardziej dopieszczone? Zapewne o to chodzi w całym tym elektronicznym przyspieszeniu ale tu znów pojawia się problem z pecetowieniem tych zabawek — wywalać kupę kasy na coś, co za rok będzie po prostu stare? Po co?</p>
<p>Podstawowym kryterium wyboru elektronicznej zabawki powinna być jej użyteczność. Jeśli mam do wyboru platformę ze sporą ilością dobrego oprogramowania spełniającego moje oczekiwania i będącego dla mnie użytecznym — biorę. Jeśli jedynym hasłem zakupowym ma być ilość megaherców, rdzeni procesora, ilości pamięci czy pojemności flasha a za tym nie będzie stało oprogramowanie cały ten luksus obsługujące — sorry panowie marketoidzi ale nie tędy droga. Już teraz tablety czy telefony są na tyle szybkie i sprawne, że mogą obsłużyć zdecydowaną większość zadań. Mam więc prośbę: zadbajcie o to, by oprogramowanie powstające na wasze zabawki było odpowiedniej jakości. Nie popełniajcie pecetowych błędów i nie stawiajcie hardware nad software nawet jeśli zajmujecie się tego hardware produkowaniem. Dywersyfikacja źródeł dochodu połączona z tworzeniem dobrych rozwiązań softwarowych dla waszych klientów — macie przepis na sukces.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/04/uzytkowy-aspekt-elektroniki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Na co komu tablet?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2011/02/na-co-komu-tablet/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2011/02/na-co-komu-tablet/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 20 Feb 2011 14:17:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Android]]></category>
		<category><![CDATA[Hardware]]></category>
		<category><![CDATA[iPad]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=22541</guid>
		<description><![CDATA[Ot dobre pytanie. Za sprawą jabłka i papy Jobsa wziął i się zrobił nagle cały rynek urządzń, które jeszcze do niedawna istniały jako malutka nisza gdzieś na obrzeżach galaktyki elektroniki użytkowej. Były sobie, istaniały, jedne były lepsze, inne gorsze ale jakoś nie potrafiły się przebić do świadomości masowego odbiorcy. Ot kolejna rzecz o wąskiej specjalizacji [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ot dobre pytanie. Za sprawą jabłka i papy Jobsa wziął i się zrobił nagle cały rynek urządzń, które jeszcze do niedawna istniały jako malutka nisza gdzieś na obrzeżach galaktyki elektroniki użytkowej. Były sobie, istaniały, jedne były lepsze, inne gorsze ale jakoś nie potrafiły się przebić do świadomości masowego odbiorcy. Ot kolejna rzecz o wąskiej specjalizacji potrzebna iluśtam tysiącom ludzi na świecie. I tyle.</p>
<p>Tak by się przynajmniej wydawało do czasu debiutu iPada. Sam byłem mocno sceptycznie nastawiony do tego urządzenia choć przy okazji i mocno go ciekawy. Tabletu nigdy wcześniej nie miałem a teraz proszę — netbook się kurzy a ten między innymi tekst piszę sobie wygodnie na urządzonku, które zaraz sobie do wyra wrzucę w ramach wieczornej sesji z różnymi wiadomościami. Co się więc takiego stało, że sceptycyzm został powalony na łopatki i z dziką radością wydałem niemało pieniędzy na iPada?</p>
<p>Dotknąłem drania. Tyle się stało.</p>
<p>Żeby przekonać się na co komu tablet, trzeba owego po prostu dotknąć i nieco się nim pobawić. Nie musi to być iPad (choć na razie konkurencji jakby maławo) ale kiedy pokażą się tablety napędzane Androidem czy QNXem, mocno polecam przejście się do jakiegoś sklepu i pobawienie się czymś niby tak podobnym do netbooka a tak w używaniu odmiennym i dostarczającym tak innych doznań.</p>
<p>Tablet (na przykładzie iPada bo tego mam ale nie obrażę się jeśli ktoś podrzuci mi coś do tzw. testów :)) to takie coś, co ma się zawsze pod ręką bo jest po prostu wygodne. Nie ma tego całego rozkładania, szukania miejsca do postawienia, otwierania klapy z matrycą, włączania czy wybudzania znanego z laptopów czy netbooków. Leży sobie toto gdzieś w pokoju (zazwyczaj pod ręką choć od kiedy zaczął się moją zabawką bawić Gutek, chowam draństwo jakby głębiej :)) i wystarczy ślizg palucha po szkle i już ma się dostęp do maili, internetu czy gierek. Tablet to takie coś, co po prostu z miejsca jest gotowe do użycia. A to czyni kolosalną różnicę w temacie „na czym by tu sobie po necie posurfować”. Po prostu netbook ze swoimi czsami startu poszedł w totalną odstawkę.</p>
<p>Tablet można sobie trzymać w poziomie, pionie, do góry nogami, leżąc na wyrze, siedząc na kiblu, leniąc się na kanapie… To ustrojstwo najzwyczajniej w świecie nie ma wad laptopa czyli nie wymaga jakiejś określonej pozycji pracy (choć oczywiście pisze się milej po prostu siedząc niż uprawiając jogę). Bardzo to wygodne i niestety wyrabia zły nawyk chęci przyjęcia pozycji horyzontalnej podczas robienia czegokolwiek z komputerem. W pracy cholernie ten nawyk przeszkadza.</p>
<p>Tablet to nie czytnik e-booków i jest wyraźnie od takiego na ten przykład Kindle cięższy. Niemniej historie o tym, że nie da się na nim czytać można między bajki włożyć. Godziny spędzam z tym urządzeniem nie robiąc wiele więcej niż właśnie czytając. Oczywiście, nie da się tego robić na plaży bo to technologia jednak inna i w słońcu matryce LCD niezbyt się sprawdzają. Ale w domku jak najbardziej czytać się da i jest to cakiem wygodna sprawa.</p>
<p>Tablet w zależności od producenta oferuje kilka programów na start a o resztę trzeba zadbać samemu. W iPadzie programów jest kilka na krzyż ale już po pierwszym wejściu do AppStore człowiek zaczyna chwytać, że może sobie na ten swój kawałek szkła wrzucić programy dosłownie do wszystkiego. Ostatnio złapałem się na tym, że soft do mojego Maka mini ostatni raz kupowałem… hmmm… bardzo dawno temu. Za to programów na iPada mam z całą pewnością więcej, niż mam softu na mojego Maka a moja kasa płynie do deweloperów w sposób ostanio coraz mniej kontrolowany. Jakoś łatwiej się pieniądze tu wydaje tym bardziej, że zazwyczaj są to kwoty niewielkie. Tak czy inaczej — kilka programów na start i niewiele więcej się w paczce dostaje. Kupuje się płaskie coś a później hulaj dusza. Tablet nie jest więc dla ludzi, którzy nie za bardzo łapią tę całą ideę z kupowaniem oprogramowania. Przynajmniej nie tablet od jabłka.</p>
<p>Tablet to takie coś, co można spokojnie zabrać w podróż. iPad baterię ma fenomenalną i przetrzyma godziny grania i katowania go przez dzieciaki na tylnim siedzeniu samachodu a podejrzewam konkurencja jeszcze tę cechę przebije. Przyda się także w tak zwanych wyjazdach służbowych, kiedy to trzeba mieć pod ręką coś do notowania i pisania podczas wielogodzinnych nasiadów i by mieć co robić kiedy te nasiadówy dobiegną końca. Czy to dla dzieciaka, czy dla dorosłego — tablet to po prostu sensowne rozwiązanie problemu „co by tu cholera robić przez te wszystkie nudne godziny”. A i soku starczy na te zajęcia i pewnie jeszcze zostanie.</p>
<p>Jak widać wszystko tak naprawdę sprowadza się do oprogramowania. To ono definiuje przyjemność korzystania z urządzenia, które nie musi być napakowane nowinkami technicznymi, by było po prostu przyjemne w użyciu. Czy to Android, czy to QNX, czy to w końcu iOS — te platformy będą istniały tak długo, jak długo będą oferowały oprogramowanie warte uwagi użytkownika. Każdego użytkownika. Od szefa firmy po jego dzieciaka. Dlaczego? Bo jeśli coś można nazywać per Personal Computer to w pierwszej kolejności smartfona a w drugiej właśnie tablet. Te urządzenia stały się wręcz intymne, coś jak majtki — ma się je ciągle przy sobie. Nie wiem jak to jest w telefonach i tabletach innych firm ale w telefonach i tabletach jabłka nie ma możliowści stworzenia drugiego konta w urządzeniu, na które mogłaby się zalogować na ten przykład żona. Po prostu tak zostały zaprojektowane te urządzenia, jako prywatne, jednoosobowe, Personal. Kiedy gdzieś tam ktoś krzyczy o „końcu ery PC” (tak Przemku, do Ciebie piję :)) to możecie mu śmiało powiedzieć: „stary, teraz to się dopiero zacznie z tym PC!”.</p>
<p>Na co więc komu tablet? Na nic! Jeśli ktoś czuje się szczęśliwy ze swoim laptopem to niech tak pozostanie. Wszyscy pozostali powinni moim zdaniem chociaż spojrzeć i przez chwilę się pobawić tabletem. Ot by się samemu przekonać, czy smyranie ekranu jest fajniejsze, niż smyranie gładzika tudzież duszenie myszy. Bardzo wielu ludzi nie potrzebuje w codziennych kontaktach z komputerem pełnowymiarowego systemu operacyjnego. Bardzo wielu ludzi chce wykonać po prostu konkretne zadanie — odebrać pocztę, wyświetlić stronę, zagrać w grę czy też posłuchać muzyki. Te wszystkie okienka, menusy czy inne ikony mogą w tym wręcz przeszkadzać, nadto rozpraszać i niepotrzebnie komplikować coś, co powinno być proste i jednoznaczne. Dlatego bardzo wielu ludzi widzi sens istnienia dobrze zaprojektowanych urządzeń z sensownym oprogramowaniem i może się to jednym podobać, innym nie, można się z tego śmiać ale prawda jest banalna — do poczytania newsów czy odebrania poczty nie muszę siadać do biurka a mogę to wygodnie zrobić z głębi mojej kanapy. I o to właśnie chodzi — o wyeliminowanie niepotrzebnego komplikowania prostych czynności. Nie oznacza to, że tablet zastąpi mi komputer, o nie! Na komputerze bawię się w swoje DTP i generalnie na nim tworzę różne rzeczy. Ale do czynności prostych (pisanie tekstów, czytanie newsów, skakanie po stronach) komputera już nie odpalam. Po prostu sięgam po zawsze gotowe do użycia urządzenie i tyle.</p>
<p>Tablet do szczęścia nie jest potrzebny. Ale bardzo przydaje się, gdy chce się nieco wygodniej poobcować z elektroniką. W niektórych zastosowaniach jest sensowniejszy, w innych mniej… Czas się z tym pogodzić a nie na siłę udowadniać wyższość jednego nad drugim (w domyśle tabletu nad laptopem i na odwrót). Po prostu doszło do elektronicznych zabawek nowe urządzenie, które dla jednych będzie wyzwoleniem od tandemu klawiatura-klapa ze wszystkimi tego tandemu konsekwencjami, dla innych bzdurą nie potrafiącą zaoferować więcej, niż ukochany laptop. Jeśli mając laptopa czujesz, że ogranicza Cię on zanadto — posmakuj tabletu. Polecam. Doświadczenia są zaskakująco odmienne od tych znanych i może się okazać, że przypadną Ci do gustu. Mnie przypadły nad wyraz.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2011/02/na-co-komu-tablet/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Coś boli i uwiera</title>
		<link>http://costa.info.pl/2010/12/cos-boli-i-uwiera/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2010/12/cos-boli-i-uwiera/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 17 Dec 2010 15:35:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Głupota]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=19789</guid>
		<description><![CDATA[Dopadło i mnie w końcu. Życie. Takie normalne, jakie toczą pod górę miliony ludzi mieszkających w okolicy 700–800 kilometrów. Takie płaskie, nijakie, odmierzane porannym budzikiem kopiącym dupę w kierunku pracy i wieczornym rytuałem udawania, że słucha się żony i bawi z dzieciakami kiedy myśli się tylko o tym, by pilot nie ważył aż tyle bo [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dopadło i mnie w końcu. Życie. Takie normalne, jakie toczą pod górę miliony ludzi mieszkających w okolicy 700–800 kilometrów. Takie płaskie, nijakie, odmierzane porannym budzikiem kopiącym dupę w kierunku pracy i wieczornym rytuałem udawania, że słucha się żony i bawi z dzieciakami kiedy myśli się tylko o tym, by pilot nie ważył aż tyle bo dłoń go trzymająca zmęczona jest całodzienną, beznadziejną walką z innymi ludźmi wiodącymi równie płaskie i nijakie życie, tyle że dostającymi za ich całodzienną, beznadziejną walkę więcej pieniędzy, które przeznaczyć mogą na jeszcze większy telewizor z jeszcze cięższym pilotem.</p>
<p>Złapałem się na tym, że przepieprzam swoje kilkadziesiąt lat podarowanego mi przez naturę/boga/wielkiego-potwora-spaghetti(*)  życia na robienie rzeczy, które może i robić umiarkowanie lubię ale gdybym miał wybór, wolałbym ich nie robić a w zamian na ten przykład po stokroć bardziej wolałbym sunąć z wysokiej górki na sankach z synem. Oczywista oczywistość — po to te wszystkie lata przepieprzam, żebym na te sanki w ogóle miał ale jakoś nie może mnie opuścić uczucie, że ktoś kradnie mi całą energię i większość mojego czasu.</p>
<p>To źle jest urządzone. Gdzieś czytałem, że w czasach przed rewolucją industrialną ludzie i owszem, zapieprzali nie tylko na swoje utrzymanie ale także na utrzymanie ludzi nieco bardziej potrafiących się łokciami rozpychać i na nich żerujących ale o wiele mniej życia tym ludziom owe łokcie zabierały. Dziś prawie cały dzień zajmuje mi siedzenie w pracy wraz z dojazdami a pozostałą część doby i tak najchętniej bym przespał wykończony eksploatacją ponad miarę. To wszystko źle jest urządzone… Przynajmniej dla mnie i milionów innych ludzi mieszkających we wspomnianej na wstępie okolicy.</p>
<p>Jakiś mądrala rzekł swego czasu, że praca jest największym dobrem człowieka. Otóż mądralo — nie jest. Jest dodatkiem, jednym z elementów składających się na owe dla człowieka „dobro”. Poza nią jest jeszcze kupa innych składowych. Boli mnie i uwiera to, że tak się jakoś popieprzyło, że na te składowe czasu i życia coraz mniej przez ową pracę pozostaje. Ludzkość została spłaszczona i sprowadzona do jednego wymiaru — kolejnej inwestycji. I jak każda inwestycja, ma przynieść profit w takiej czy innej postaci. I chyba najbardziej boli i uwiera mnie to, że stałem się tak jak wszyscy towarem — wartym pewnej ceny i o którym myśli się w kategoriach siły nabywczej, kosztów, odsetek i całej tej finansowej wsobnej nowomowy.</p>
<p>Narzekać nie mam zamiaru, tak to jest urządzone i basta. Można się albo przystosować, albo spakować i pojechać gdzieś na kraniec świata, gdzie jeszcze ludzkości do końca nie zatowarowano. </p>
<p>(*) niepotrzebne skreślić</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2010/12/cos-boli-i-uwiera/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>16</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Niewierzący w państwie wyznaniowym</title>
		<link>http://costa.info.pl/2010/08/niewierzacy-w-panstwie-wyznaniowym/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2010/08/niewierzacy-w-panstwie-wyznaniowym/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Aug 2010 07:16:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=9749</guid>
		<description><![CDATA[Jestem szczęśliwym człowiekiem. Przynajmniej wedle miary ludzi, którzy stopień szczęścia mierzą oderwaniem od codziennej głupoty. Wczoraj zbyt wiele miałem zajęć, zbyt dobrze bawiłem się z rodziną skakając na macie do tańczenia i nazbyt robiłem z siebie idiotę próbując połaskotać syna pod pachami (Gucio rży wtedy rozkosznie ale do pach dobrać mu się cholera trudno) by [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jestem szczęśliwym człowiekiem. Przynajmniej wedle miary ludzi, którzy stopień szczęścia mierzą oderwaniem od codziennej głupoty. Wczoraj zbyt wiele miałem zajęć, zbyt dobrze bawiłem się z rodziną skakając na macie do tańczenia i nazbyt robiłem z siebie idiotę próbując połaskotać syna pod pachami (Gucio rży wtedy rozkosznie ale do pach dobrać mu się cholera trudno) by w ogóle zwrócić uwagę na wydarzenia pod pałacem prezydenckim.</p>
<p>Z całego tego krzyżowego naparzania się wiernych wyciągam dość smutny wniosek: żyję w państwie wyznaniowym, w którym od najwyższej elity po najniższe moherowe czeluści wszyscy jak jeden mąż traktują dwie zbite kłody za Symbol. I może to jeszcze nie byłoby nic złego bo symbole to nie jest zła rzecz ale z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że te dwie same zbite kłody dla tych samych ich wyznawców mogą mieć diametralnie różne znaczenie. Zauważyłem też z pewnym niepokojem, że owe kłody zaczynają być politycznie monopolizowane przez PiS oraz stają się niezłym biczem na nieporadną jak zwykle Platformę. Zauważyłem także — a to już z mocnym strachem — że jak kraj długi i szeroki mało kogo interesują takie rzeczy jak podatki, gospodarka, reformy czy co tam jeszcze. Mam wrażenie, że znakomita większość współobywateli ma to serdecznie w dupie i z zapartym tchem śledzi przygody dwóch zbitych kłód, w które PiS zaklął ducha Lecha Kaczyńskiego.</p>
<p>Jestem agnostykiem. Nie mam pojęcia, czy bogowie istnieją, czy też nie i szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi. Ale widząc co potrafią ludzie wyczyniać z symbolami swojej religii i jak instrumentalnie się nimi bawić, jestem coraz bardziej przychylny zdaniu, że określenie „opium dla ludu” jest jednym z najcelniejszych określeń, jakie kiedykolwiek można było w temacie religii wymyślić. Znakomita większość moich współrodaków kompletnie gdzieś ma warunki swego bytowania o ile będzie mogła pokrzyczeć sobie za lub przeciw dotykania lub nie ich symbolu religijnego z zaklętym w nim przez partię polityczną duchem zmarłego prezydenta. Nawet nie wiem w jakich kategoriach to rozpatrywać bo mam wrażenie, że zwykła „głupota” już nie wystarczy…</p>
<p>Niewierzący ale i agnostyk w Polsce ma o tyle ciężko, że żyje w kraju zakłamanym do bólu. W kraju, w którym na papierze (ten wiele zniesie ale konstytucja to chyba jeszcze nie rolka toaletowego) żadna religia nie powinna mieszać się do spraw państwowych, musi ową religię znosić dokładnie wszędzie. Od przedszkola począwszy na salach sejmowych skończywszy. Religia i jej symbole jest wszędzie i o ile to niewierzącemu może przeszkadzać jeszcze umiarkowanie, o tyle wpływ na politykę tego ponoć świeckiego państwa przez religię czyniony musi mu się czkawką odbijać solidną. Ten kraj i jego politycy robią politykę na kolanach. Wszyscy, jak jeden mąż, od lewej do prawej i z powrotem. Od tygodni największym problemem tego kraju nie okazuje się być deficyt budżetowy i sposoby jego łatania oraz (może w końcu) jakieś propozycje realizacji planowanych reform przez partię rządzącą. Nie, nic z tego. Od tygodni i miesięcy ton dyskusji politycznej w tym kraju nadają przykuwające się do dwóch zbitych kłód babcie i ponoć propaństwowa partia niosąca hasła narodowego socjalizmu na sztandarach. Nikt nie potrafi od tej hucpy się uwolnić, nikt nie wie, co z tym zrobić, nikt nie zamierza nawet czegokolwiek z tym zrobić licząc na to, że babciom i narodowym socjalistom się znudzi. Rozwiewam te nadzieje — nie znudzi się. Narodowi socjaliści mają bowiem ogromny interes polityczny w podtrzymywaniu takiej sytuacji i sporo gotowych przykuć się do czegokolwiek babć w zapasie.</p>
<p>Niewierzący w tym kraju czyta prasę, ogląda telewizję i kręci głową z niedowierzania. Bo paradoksalnie „normalność” to w tym kraju kwestia wiary z którą niewierzący z definicji ma problemy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2010/08/niewierzacy-w-panstwie-wyznaniowym/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>17</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Praca — przekleństwo czy błogosławieństwo?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2010/02/praca-przeklenstwo-czy-blogoslawienstwo/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2010/02/praca-przeklenstwo-czy-blogoslawienstwo/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 26 Feb 2010 12:38:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[CoSTa]]></category>
		<category><![CDATA[Praca]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=4489</guid>
		<description><![CDATA[Ostatnio dostaję w robocie ostro w wydajnościowy tyłek. Sytuacja jakich pewnie w wielu firmach wiele — wylatuje twój boss, jego obowiązki spadają na innych (w tym i ciebie), dostajesz na twarz zadania, o których nie masz większego pojęcia i jakoś musisz się w tym odnaleźć. Mówiąc szczerze dosyć to motywujące doznanie jest i sprawia nawet [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ostatnio dostaję w robocie ostro w wydajnościowy tyłek. Sytuacja jakich pewnie w wielu firmach wiele — wylatuje twój boss, jego obowiązki spadają na innych (w tym i ciebie), dostajesz na twarz zadania, o których nie masz większego pojęcia i jakoś musisz się w tym odnaleźć.</p>
<p>Mówiąc szczerze dosyć to motywujące doznanie jest i sprawia nawet całkiem sporo frajdy. Tyle, ile nauczyłem się w ciągu ostatniego tygodnia, pewnie i przez pół roku nie wciągnąłbym na studiach. Wiedza najlepsza z możliwych, z pierwszej ręki, z linii frontu dosłownie, ciepła, pachnąca i aż prosząca się o konsumpcję. Do tego w dużych ilościach i z widokami na jeszcze tych ilości zwiększenie. Nauka przez praktykę to jednak najlepszy sposób przyswajania czegokolwiek i na własnej skórze przekonuję się, że nie ma nic lepszego, niż kilka motywacyjnych szturchnięć do napięcia muskułów i dania z siebie sporej dawki energii na ogarnięcie tego całego bałaganu.</p>
<p>Oj tak, praca potrafi być motywująca, potrafi być motorem zmian, do których dojrzewałbym pewnie latami. Pod tym względem to niekwestionowane błogosławieństwo — motywuje do rozwoju, do parcia do przodu, do wyostrzenia zmysłów i uruchomienia tych wszystkich męskich przymiotów, które śpią w nas ululane bezpieczeństwem i wygodną dzisiejszej egzystencji. Człowiek staje się drapieżny, czujny, chętny do podejmowania wyzwań i nawet jeśli czasem dostanie po łbie, to podniesie się i pójdzie dalej rozpychając się łokciami i walcząc z przeciwnościami. Praca stała się dla nas, wygodnych byłych myśliwych w papciach, sposobem na używanie naszych związanych z agresją, przemocą i chęcią władania (a wszystko dla zapewnienia bytu) instynktów. Praca dostarcza adrenaliny, dostarcza bodźców, dostarcza satysfakcji z wygranej i smutku z przegranej. W jakiś dziwaczny i pokrętny sposób telefon może stać się narzędziem walki a mysz i klawiatura zbroją. I to jest błogosławieństwo pracy — to natężenie doznań i wyrwanie z codzienności papciów.</p>
<p>Ale jest i druga strona medalu. To owej pracy przekleństwo. Co nim jest? Dla mnie — pewna fikcja tych zachowań, pewna umowność, oszustwo, jakie dokonuje się na swoich instynktach i najgłębszych, zapisanych w genach potrzebach. Stoczona walka na myszkę i telefon dostarcza frajdy ale podskórnie czuję, że o nie o taką frajdę chodzi. Zwycięstwo z bezwładem i korporacyjną inercją dostarcza adrenaliny (zaprawdę powiadam Wam, w firmie, w której robię jest to Duży Problem) ale z tego zastrzyku niewiele wynika.</p>
<p>Różne są motywacje podjęcia pracy z czego najbardziej oczywista to chęć zarobienia pieniędzy, co ma zaspokoić wewnętrzny imperatyw zapewnienia bytu sobie i bliskim. Problem w tym, że to wszystko odbywa się zbyt moim zdaniem wirtualnie, by mieć jakiś faktyczny związek z zaspokajaniem tych genetycznie zaprogramowanych potrzeb. Walka w pracy dostarcza satysfakcji ale po czasie okazuje się, że jest to bardzo powierzchowna satysfakcja, bardzo płytka, nie przynosząca pełni doznań, do odczuwania których wyewoluowaliśmy. Być może problemem jest zbytni postęp i niemożność dostosowania się do coraz większej wirtualizacji życia. A być może problem tkwi tylko we mnie. Jak by nie było, brakuje mi pewnej fizyczności w doznaniach płynących z pracy. Brakuje mi trofeów. Nie uznaję pieniędzy za takowe — to tylko kolejny ze środków służących zdobyciu rzeczy, artefaktów, zapewnieniu bytu u jego podstaw. Ale pieniądze nie są trofeum samym w sobie. Raz są, raz ich nie ma (zazwyczaj niestety ich nie ma) ale o niczym nie świadczą. W głębi swojego DNA jestem łowcą i potrzebuję doznań daleko wykraczających poza oglądanie stanu konta.</p>
<p>Zaczynam rozumieć miłośników sportów ekstremalnych pijanych adrenaliną. To właśnie ta potrzeba gna ich do robienia rzeczy, których ja bym nie zrobił. Rozumiem to choć instynkt samozachowawczy mówi mi, że to, co ludzie robią czasami w poszukiwaniu doznań bywa po prostu głupie. Słucham swojego instynktu bo to najlepszy doradca i po prostu ma rację. Tenże instynkt mówi mi też, że na dłuższą metę próba zaspokojenia swoich archetypicznych pragnień za pomocą wyzwań stawianych przez pracę nie ma po prostu żadnego sensu. Dlaczego? Ze względu wspomnianą wirtualność pracy i ulotność doznań przez nią oferowanych.</p>
<p>Praca oferuje mi etykietę zastępczą na opakowanie. Surogat tego, o co w życiu mężczyzny chodzi. Udawane, ulotne, nie pozostawiające większych śladów doznanie, które z podskórnie i genetycznie wyczuwanym sensem życia nie ma nic wspólnego. Praca nie jest więc ani przekleństwem, ani błogosławieństwem. Jest stanem, po którym czuje się tylko zmęczenie.</p>
<p>Tak jak to właśnie czuję teraz.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2010/02/praca-przeklenstwo-czy-blogoslawienstwo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gracz przed czterdziestką?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2010/02/gracz-przed-czterdziestka/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2010/02/gracz-przed-czterdziestka/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 12 Feb 2010 15:52:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Gra]]></category>
		<category><![CDATA[PlayStation]]></category>
		<category><![CDATA[PS3]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=4480</guid>
		<description><![CDATA[OK, do czterdziestki jeszcze nieco mnie brakuje (acz nie tak znów wiele) niemniej od jakiegoś już czasu nurtuje mnie jedno pytanie: kiedy znudzi mi się granie? Moja matka w kółko powtarza mi, że czas w końcu wydorośleć, zająć się rodziną, domem, dziećmi i całym tym bagażem naplecowym i do ziemi przygniatającym, zwanym w skrócie życiem. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>OK, do czterdziestki jeszcze nieco mnie brakuje (acz nie tak znów wiele) niemniej od jakiegoś już czasu nurtuje mnie jedno pytanie: <strong>kiedy znudzi mi się granie?</strong></p>
<p>Moja matka w kółko powtarza mi, że czas w końcu wydorośleć, zająć się rodziną, domem, dziećmi i całym tym bagażem naplecowym i do ziemi przygniatającym, zwanym w skrócie życiem. Moja matka przekonana jest, że gry jak i samo granie to zajęcie dla dzieciaków, ewentualnie dla dorosłych, którzy jeszcze mentalnie z wieku dziecięcego nie wyszli. Moja matka ma wiele racji ale równie wiele, jak jej ma — jej nie ma. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć…</p>
<p>Najkrócej rzecz ujmując dlatego, że nie tylko pokolenie wczesnych graczy dorosło. Wraz z nami dorosły też gry oraz cała technologia, bez której ich istnienie nie byłoby możliwe. Ale nie o technologii mama zamiar klepać lecz o grach bo to o nie szczególnie tutaj chodzi i to one są najważniejsze. Wraz z dojrzałością odbiorcy rosną też i wymagania gier odnośnie owego. Owszem, światem rządzą gry casualowe (fenomen Wii jawnym tego dowodem) ale hardcore, ta surówka i esencja grania, w ciągu kilku ostatnich lat dokonało ogromnego skoku jakościowego nie tylko w warstwie technologicznej ale także scenariuszowej. Gry zaczynają powoli dotykać tematów, których wcześniej nie dotykały w ogóle lub robiły to w sposób o wiele mniej zaangażowany. Co roku ukazują się tytuły, które coraz bardziej zbliżają świat gier (wciąż kojarzony przez moją matkę z głupawą rozrywką polegającą na eksterminacji wszystkiego) do świata… No właśnie, do czego gry się powoli zbliżają?</p>
<p>Do filmów? Owszem, warstwa prezentacji i narracji jak najbardziej zmierza w tym kierunku ale to tylko część układanki. Gry kocham między innymi za to, że pozwalają na interakcję, że z definicji nie są biernym medium, takim jak film. Na każdej platformie (sorry, będę pisał o PS3 bo na tej konsoli aktualnie gram ale chodzi o wszelkie platformy, z handheldami włącznie) ukazują się tytuły pokroju <em>Uncharted 2</em> czy <em>Heavy Rain</em>. Są to tytuły jak najbardziej „filmowe”, zbliżone do tego medium najbliżej, jak tylko się da ale przecież jakże od niego odmienne. Oddanie władzy nad losem bohatera w ręce gracza kompletnie zmienia optykę, którą posługujemy się do obserwowania tego, co wyczynia się na ekranie/monitorze. To przede wszystkim sprawa zaangażowania się w świat gry, w rozwiązywanie problemów stawianych przed graczem, w (w dobrych, dojrzałych grach) konsekwencje takich a nie innych wyborów… Droga mamo, czy to według Ciebie wciąż głupie eliminowanie wszystkiego, co się rusza?</p>
<p>Owszem, gry to wciąż medium bardzo ograniczone, oferujące głównie uproszczenia, nie pozwalające zazwyczaj na odpowiednio głęboką identyfikację z wydarzeniami dziejącymi się na ekranie/monitorze. Ale to medium wciąż gwałtownie się rozwija i z każdym kolejnym tytułem przekonuję się, że jest to może rozwój powolny ale zmierzający w dobrym kierunku.</p>
<p>Gry stają się coraz ciekawsze, coraz pełniejsze treści. Niedawno skończyłem dwa naprawdę niezłe tytuły: <em>Assassins Creed 2</em>, który być może nie aspirował do bycia czymś wielce głębokim ale zauroczył mnie swoją wizją renesansowych Włoch oraz <em>inFamous</em>, który będąc niezłą strzelaniną przy okazji starał się przemycić w fabule nieco więcej, niż tylko określenie celu następnej egzekucji. Obydwa tytuły nie są może jakimiś majstersztykami, to porządna, rzemieślnicza robota, która zasługuje na pochwałę. Ale w konfrontacji z tytułami, w które grałem jeszcze kilka lat temu…</p>
<p>Już widzę oburzonych wyznawców gier retro pieklących się o to, że teraz już nic nowego, nic fajnego i nic nowatorskiego nie powstaje (hi <a href="http://bronikowski.com/" title="Blogasek Opiego">Opi</a>! :)). Też lubię retro ale nie mam zamiaru zamykać oczu na ciągłą ewolucję gier. Nie jestem też na tyle infantylny, by oczekiwać co i rusz przełomów i ciągle nowatorskich rozwiązań. Jako się rzekło — gry rozwijają się w sposób ewolucyjny a ewolucja z definicji nie jest procesem rewolucyjnym. Oczekiwanie, że każdy tytuł będzie przełomowy jest po prostu bzdurne. W początkach tej gałęzi rozrywki faktycznie mieliśmy sporo rewolucji ale tylko i wyłącznie dlatego, że wtedy wszystko było nowe i „rewolucyjne”. To tym tytułom i ich ewolucji zawdzięczamy dzisiejszy kształt konsolowej i komputerowej rozrywki i za to jestem im wdzięczność ale <em>River Raid</em> już naprawdę nie rajcuje jak kiedyś.</p>
<p>Ale wróćmy do tematu wpisu. Czy dojrzały człowiek w kwiecie wieku może i w ogóle powinien rajcować się grami? Odpowiedź nasuwa się sama: wszystko zależy od gier. Kocham wrócić po pracy do domu, odpalić jakąś bezmózgą siekaninę i spędzić tę godzinkę gimnastykując palce. Czym to się różni od powrotu do domu i odpalenia bezmózgiej kolejnej inkarnacji komisji śledczej? Może tym, że jest po prostu ciekawsze… Ale powstają dziś także tytuły, które wymagają daleko głębszego zaangażowania niż końcówki kciuków. Powstają tytuły zaczynające oferować emocje a to już jest moim skromnym zdaniem nieco wyższa forma rozrywki. Czasem wręcz trudno mówić o rozrywce w przypadku tytułów takich jak <em>Metal Gear Solid</em>… Jasne, mamy tam elementy czysto growe, wymagające głównie sprawności palców ale pomiędzy nimi opowiadana jest historia, którą ciężko zbyć jednym zdaniem. Budowane są postacie, ich wzajemne zależności, skomplikowane interakcje… Sprawy nam się w grach coraz bardziej komplikują, co witam z szeroko otwartymi ramionami.</p>
<p>Ludzie tworzący scenariusze gier to kolesie w moim wieku lub starsi. Swoje już widzieli, swoje już zagrali, swoje obejrzeli i swoje przeczytali. Posmakowali już życia, dotknęli go, zdążyli się już niejeden raz sparzyć… Mają ten komfort, że tworzą dla kolesi, którzy dorastali wraz z nimi, którzy będą w stanie docenić element tego czegoś więcej, niż przywoływanej już rzeźni wszystkiego, co się rusza. Odbiorca gier dorósł: jest statystycznym trzydziestoparolatkiem z firmowym laptopem w firmowej teczce z firmowym logo na klacie. Jeśli tylko zachował choć odrobinę rozsądku, będzie marzył o wyrwaniu się z tego firmowego kieratu i będzie to robił na różne sposoby. Od rzezania wszystkiego, co się rusza, przez casualowe machanie wiilotem po hardcorowe zgłębianie psychiki mordercy w chorych, depresyjnych grach. A gdy spotka się ze znajomymi i napije się czegoś dobrego, większość zacznie drzeć się do mikrofonu w jakimś <em>Singstarze</em> lub (o ile będzie to większość męska) będzie okładała się po ryjach wkręcając kombosy w <em>Street Fighter</em>. Takim właśnie jesteśmy pokoleniem — bogatszym o kilka innych sposobów spędzania wolnego czasu. Kochamy książki, kochamy dobre kino (niektórzy kochają też złe, prawda Ender? :)) i kochamy skopać kumplowi jego elektroniczny odbyt. Z mojej perspektywy nie jest to absolutnie niczym dziwnym droga moja mamo… To po prostu nieco więcej tego samego, co Ty robiłaś będąc w moim wieku.</p>
<p>Ostatni odcinek <a href="http://area5.tv/blog/co-op-live-0101-mass-effect-2-jonathan-mann-and-you.html" title="Do obejrzenia, koniecznie!">CO-OP</a>a to praktycznie pół godziny nawijania o jednej grze. Siedzi trzech kolesi i gada o Mass Effect 2. I — jak się okazuje — jest o czym mówić! Najwidoczniej gra oferuje nieco więcej, niż tylko strzelanie do wszystkiego, co się rusza. Powiem więcej: są ludzie (na ten przykład ja), którzy te pogadanki słuchają i oglądają. Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje, że jestem w stanie przeznaczyć zdrowo ponad pół godziny mojego zajętego życia na gadanie o grach? Chyba dlatego, że gry stały się stałym elementem mojego życia. Stały się moim hobby, zajęciem, któremu oddaję się z nieustająco płynącą z tego przyjemnością. Mogłem zbierać puszki, łapać motyle lub zbierać znaczki. Polubiłem jednak co innego a dla filatelisty przyjemność ze zdobycia jakiegoś znaczka jest pewnie podobna do mojej, kiedy przejdę dobrą grę. Po prostu nie widzę większej różnicy w naszych maniach — on i ja jesteśmy podobni i oddajemy się temu, co nas cieszy. Z tą różnicą, że on by nie oszaleć od firmowego logo obecnego wszędzie wyciąga klaser, ja natomiast wyciągam pada.</p>
<p>Czy więc czterdziestoletni gracz to jakaś aberracja? Z całą stanowczością: <strong>nie</strong>. Powiem więcej — to niejednokrotnie o wiele lepszy odbiorca od pryszczatego dzieciaka. Nie mam nic przeciwko pryszczatym dzieciakom, po prostu wraz ze mną wyrosło pokolenie, dla którego warto tworzyć Gry. Te pisane z wielkiej litery. My to docenimy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2010/02/gracz-przed-czterdziestka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>23</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Za oknem prószy…</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/12/za-oknem-proszy/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/12/za-oknem-proszy/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 30 Dec 2009 11:47:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=4166</guid>
		<description><![CDATA[Patrzę smętnie w pracowe okno i walcząc z narastającym bólem głowy, coraz bardziej zatkanymi uszami i narastającym zmęczeniem, mam przed oczami drogę powrotną do domu. Pożyczyłem od rodzicielki swojej samochód by rodzinę swoją do Poznania przywieźć. Z tego samochodu — a jakże — korzystam. Cieszę się pustymi ulicami Poznania, który w okresie między Świętami a [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Patrzę smętnie w pracowe okno i walcząc z narastającym bólem głowy, coraz bardziej zatkanymi uszami i narastającym zmęczeniem, mam przed oczami drogę powrotną do domu.</p>
<p>Pożyczyłem od rodzicielki swojej samochód by rodzinę swoją do Poznania przywieźć. Z tego samochodu — a jakże — korzystam. Cieszę się pustymi ulicami Poznania, który w okresie między Świętami a Nowym Rokiem staje się miastem leniwym, opustoszałym i z mieszkańcami robiącymi sobie dobrze, czyli siedzącymi po domach i korzystającymi z uroków urlopu. Ja jak ten głupek siedzę i swoje w pracy dziergam (acz coraz niechętnej), jednak z jednej rzeczy się cieszę — drogi do i z pracy. Bo lubię jeździć. Jak dziecko.</p>
<p>Miasta mają ograniczoną pojemność i przepustowość drogową. Banki mają prawie że nieograniczone możliwości kredytowe. Ludzie mają prawie że nieograniczone apetyty na tych kredytów wydawanie. I wydają je na różnie pierdoły, w tym dosyć często i na samochody. Nowsze i starsze. Łączy te samochody jedno: w końcu trafiają na ulice. Efekt to coraz większa ilość solidnych wiązanek puszczanych sobie nawzajem przez ludzi siedzących w korkach. To wszystko się zmienia, gdy sporo z tych ludzi z miasta wyjedzie.</p>
<p>A wtedy śmiganie samochodem to czysta, mająca w sobie jakiś pierwotny urok — przyjemność. I nie chodzi tu nawet o szybkość bo za nadmierną jakoś nie przepadam. Chyba raczej ma to związek ze świadomością, że za pomocą nóg i rąk powoduję czymś dużym, mocnym, przy czym człowiek wydaje się być mało istotny. Jako się rzekło: pierwotne uczucie ale diablo przyjemne. Kocham po prostu jeździć sobie po ulicach, słuchać przy tym muzyki, przez moment skupić się na czymś innym, niż codzienność. Uwielbiam to uczucie spływającego na mnie spokoju i relaksu, nagle większej pewności siebie i swoich poczynań… Współczuję ludziom, dla których jazda to mordęga i walka z materią. Dla mnie to fantastyczny relaks.</p>
<p>Za oknem prószy, co oznacza, że dziś Poznań zwyczajowo stanie nie mogąc czy nie potrafiąc jeździć na centymetrze śniegu. Zawsze wtedy przypomina mi się moja pierwsza w życiu nauka jazdy — w lutym (wtedy mam urodziny) dopadnięty maluszek, prawdziwa zima na dworze (kupa śniegu i mróz jak cholera — tak to kiedyś wyglądało) i znudzony głos instruktora: „No to jazda panie Kostek”. Na pierwszym skrzyżowaniu zaliczyłem prawie 360 stopni obrotu i szacunek instruktora po zakrzyknięciu „Hoooaaaa! Zajebiste!”. Po dwóch dniach instruktor pokazywał mi co fajniejsze laseczki łażące po chodnikach i to chyba właśnie wtedy wpoił mi najważniejszą zasadę śmigania samochodem: zawsze panuj nad tym, co się dzieje na drodze. Początkowo to męczyło, teraz działa to jak odruch. Pokazywanie fajnych lasek jako nauka skupienia się na drodze? Kochani, to najlepszy sposób! Miałem świetnego instruktora, który nauczył mnie szacunku do kupy blachy, metalu, szkła i gumy. Facet starej daty, gawędziarz. Te wyjeżdżone z nim godziny dały mi przedsmak tego, czym może być relaks w samochodzie i pozostawiły solidne przekonanie, że tak właśnie ma jazda wyglądać i na tym polegać. Dzięki ci człowieku, jakkolwiek się nazywasz!</p>
<p>Poznań znów stanie niezdolny do pokonania tego jednego centymetra śniegu. A ja znów będę się cieszył jak dziecko z możliwości poczucia się przez chwilę lepiej. Eeeech, chyba zacznę wracać jakąś okrężną drogą…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/12/za-oknem-proszy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fajny film oglądaliśmy. Momenty były!</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/10/fajny-film-ogladalismy-momenty-byly/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/10/fajny-film-ogladalismy-momenty-byly/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 26 Oct 2009 07:27:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Dziecko]]></category>
		<category><![CDATA[Gutek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=4045</guid>
		<description><![CDATA[Zostaliśmy totalnie zdominowani przez Gutka. Blog praktycznie przestał żyć a sama myśl o tym, by siąść i napisać coś ciekawego po całym dniu sprzątania, mycia, pracy i czasu płynącego między palcami po prostu odrzuca. Miałem moment wczoraj, w którym sięgnąłem po netbooka gotowy skreślić kilka słów o fajnym dokumencie, jaki oglądaliśmy z Dorophą ale po [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Zostaliśmy totalnie zdominowani przez Gutka. Blog praktycznie przestał żyć a sama myśl o tym, by siąść i napisać coś ciekawego po całym dniu sprzątania, mycia, pracy i <a href="http://costa.info.pl/2009/10/20/czas-plynie-miedzy-palcami/" title="Czas płynie nam między palcami">czasu płynącego między palcami</a> po prostu odrzuca. Miałem moment wczoraj, w którym sięgnąłem po netbooka gotowy skreślić kilka słów o fajnym dokumencie, jaki oglądaliśmy z Dorophą ale po prostu mnie przyblokowało. Zamknąłem drania, odpaliłem Dooma na iPhone i po prostu rozwalałem ciesząc się z tych kilku chwil, w których nie trzeba myśleć i ciągle się czymś przejmować. Nie mam pojęcia jak Doropha to wszystko wytrzymuje ale jakiś pomnik muszę jej ulepić. To pewne.</p>
<p>Ad rem. Oglądaliśmy bodajże w niedzielę świetny dokument na TVN Style (o dziwo — całkiem sensowna oferta programowa dla kobiet ale zdarzają się i rodzynki dla facetów), którego tytułu już nie pamiętam ale który był o tym, co nas aktualnie najbardziej absorbuje — o macierzyństwie/tacierzyństwie i o tym wszystkim, co dzieje się po urodzeniu dziecka. Z tym że był to jeden z tych dokumentów, które patrzą na cały proces od drugiej, tej mniej nagłaśnianej strony.</p>
<p>Utarło się twierdzenie, że dziecko to największe dobro, jakie może spotkać dwoje kochających się ludzi. Czy aby na pewno? Cały dokument był poświęcony tej mniej znanej, mniej nagłaśnianej stronie posiadania potomstwa — o wpływie, jaki wywołuje pojawienie się dziecka na życie dwojga ludzi. Konkluzja wstępna: <strong>jest niszczycielski!</strong></p>
<p>Oglądaliśmy z Dorophą dokument, podczas emisji którego głowy same nam się kiwały by potwierdzić to, co prezentowane tam pary mówiły. Pojawienie się dziecka to dla związku rewolucja, kompletna zmiana, totalne przekręcenie i przekreślenie dotychczasowego życia, wyeliminowanie drobnych przyjemności (o tych większych nawet nie ma co wspominać)… To tornado, które wywróci, przenicuje, wypluje, wchłonie i znów wypluje potężną dawkę obowiązków, stresu, zmartwień, wydatków, kolejnych obowiązków, jeszcze odrobiny stresu a na koniec i tak jeszcze dorzuci nieco zmartwień na dokładkę. Wszechobecne zmęczenie, wywołane nim otępienie, brak chęci na jakąkolwiek aktywność wiążącą się z wydatkowaniem energii ponad tę potrzebną na sprawowanie opieki… Widzę swoją żonę (a Gucio jest absorbujący, oj jest absorbujący jak diabli), widzę jej potworne zmęczenie i znużenie i starając się jej jakoś pomóc sam łapię się na chęci po prostu leżenia i nicnierobienia. Stres, który przy tym wszystkim się tworzy jest POTWORNY! Czasem chodzę nabuzowany jak szybkowar na ostrym ogniu i tylko szukam okazji, by jakoś pary upuścić. Kończy się to w oczywisty sposób — wkurzam wszystkich i wszystko (łącznie z kotem), mam chęć czasem gryźć i zabijać a czasem dla odmiany płakać. Mam chęć zrobić wszystko, by jakoś tego stresu się pozbyć.</p>
<p>Z Dorotą jest nie lepiej — całe to gadanie o urokach macierzyństwa można między bajki włożyć, kiedy Twój dzień ogranicza się do pobudki o jakiejś szalonej porannej godzinie i od tego momentu jesteś służącą dla swojego dziecka. Gorzej, że nie masz czasem pojęcia, co powoduje płacz, wnerwienie i krzyk małego. Nie jesteś w stanie tego ogarnąć, nie rozumiesz, nie możesz się z tym małym zwierzątkiem porozumieć… Naprawdę nie mam pojęcia jak ona to wytrzymuje. Mnie po prostu zaczyna brakować cierpliwości, denerwuję się a mały natychmiast to wyczuwa i tak nakręca się wzajemna spirala masakry.</p>
<p>O tym wszystkim (i o wielu innych sprawach) był ten program. Życie seksualne? Jakie życie seksualne! Zapomnij na najbliższe miesiące! Kultura? Wyjście do kina? Rozmowa o czymś innym, niż dziecko… To wszystko ginie w natłoku potrzeb i żądań małego człowieczka, który absorbuje Cię totalnie. To wszystko było w tym programie powiedziane a czasem ogromna gorycz, jaka wylewała się z ekranu aż porażała. Ale — ot kunszt realizatorski — dawało się ją zrozumieć! Świetny dokument, który obnażył wiele aspektów posiadania dzieci, na które rodzice po prostu nie są przygotowani.</p>
<p>To, co mnie rozwaliło, to końcówka dokumentu i kolejny powód do kiwania głowami. Na pytanie, czy jednak warto te dzieci mieć, chyba wszystkie przedstawione pary zgodnie odpowiedziały jedno: <strong>warto!</strong> Nam wystarczy spojrzeć na sześcioletnią już Majusię, którą kochamy nad życie i bez której po prostu nie wyobrażamy sobie obydwoje już świata, by dokładnie i dogłębnie wiedzieć, co ci ludzie mieli na myśli. Niczego tak bardzo nie warto, jak mieć dziecko. Jedna z kobiet pięknie powiedziała, że dzieci są dopełnieniem naszego istnienia na tej planecie, że to ostatni element układanki, po ułożeniu którego można powiedzieć, że to wszystko ma sens i jakiś kierunek. Bo tak właśnie jest — to jest ów ultimate goal, do którego dążymy poganiani wymogami natury i ewolucji. I nie zrozumie się tego, dopóki nie będzie się dziecka trzymało w swoich ramionach i nie będzie się oglądało jego rozwoju, nie będzie się na ów wpływało i nie będzie się widziało, jak z małego zwierzątka dewastującego Twoje życie, staje się ten mały człowieczek kimś Tobie najbliższym.</p>
<p>Przepiękny choć prosty dokument o rzeczach najbardziej przyziemnych a przecież stanowiących esencję procesu zwanego macierzyństwem. Szkoda, że to stacje prywatne muszą takimi tematami się zajmować a nie telewizja publiczna. No ale do tego <a href="http://costa.info.pl/2009/10/21/a-gdzie-sa-filmy-dla-dzieci-i-mlodziezy/" title="A gdzie są filmy dla dzieci i młodzieży czyli krytycznie o naszej telewizji publicznej">był czas się przyzwyczaić</a>…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/10/fajny-film-ogladalismy-momenty-byly/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>A gdzie są filmy dla dzieci i młodzieży?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/10/a-gdzie-sa-filmy-dla-dzieci-i-mlodziezy/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/10/a-gdzie-sa-filmy-dla-dzieci-i-mlodziezy/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 21 Oct 2009 06:41:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Dziecko]]></category>
		<category><![CDATA[Film]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=4038</guid>
		<description><![CDATA[Ano właśnie, takie to pytanie nasunęło się mnie i Dorophie podczas ostatniego weekendu, kiedy to skakaliśmy po kanałach różnistych próbując znaleźć coś fajnego do wciągnięcia dla da Majka. I pod tym względem niestety ale mamy w naszym kraju po prostu dramat. W telewizorni na dzieciaka czeka kupa kanałów tematycznych puszczających bajki różne — takie dla [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ano właśnie, takie to pytanie nasunęło się mnie i Dorophie podczas ostatniego weekendu, kiedy to skakaliśmy po kanałach różnistych próbując znaleźć coś fajnego do wciągnięcia dla da Majka. I pod tym względem niestety ale mamy w naszym kraju po prostu dramat.</p>
<p>W telewizorni na dzieciaka czeka kupa kanałów tematycznych puszczających bajki różne — takie dla najmłodszych, takie dla nieco starszych i animacje dla całkiem już jurnej młodzieży. Problemy zaczynają się, gdy chce się na moment dzieciaka odgonić od kolorowego, drącego mordę, migającego i animowanego czegoś na rzecz czegoś z fabułą, aktorem i scenariuszem nieco dłuższym niż „bum, bam, bęc, wybuch– zapętlić przez dziesięć minut z przerwą na reklamy”. Się okazuje, że strasznie z tym ciężko. Jeśli jednak już coś się znajdzie, to są to rzeczy kupowane w różnych częściach świata, robione w wielonarodowych kooperacjach coby nieco koszty rozłożyć i zasadniczo nie oferujące zbyt wiele (choć zdarzają się tu perełki).</p>
<p>Problem: dlaczego do jasnej cholery w tym kraju praktycznie nie produkuje się już filmów dla dzieci i młodzieży oraz nie puszcza się ich w telewizorni w ramach so called „misji”, za którą śmie się żądać od ludzi pieniędzy w postaci abonamentu? Jasne, mamy nasrane w owym TV ziarnami, plebaniami czy innymi ojcami Mateuszami ale na wyprodukowanie czegokolwiek dla dzieciaków już przechodzi myśli i możliwości naszej kochanej TV. Co ja będę pisał — wystarczy spojrzeć na rozkład jazdy naszej misyjnej TV z ostatniej choćby niedzieli, by od razu wiedzieć, o co tu biega: pół bez mała dnia zajmują jakieś religijne czy związane z religią pierdoły. Na bogów, przecież można zrobić sobie jakiś osobny kanał jeśli chce się być takim świętojebliwym (jakby już ich było mało) i pchać w kościół siano za jego pomocą bez upierdliwości dla ludzi, którzy szukają w TV dokumentu, programu dla dzieciaka innego niż Domisie czy Teleranek czy też po prostu chcą odpocząć nieco w niedzielę przed telewizorem razem z dzieciakiem (i NIE nasi bardzo drodzy włodarze z TV, nie oznacza to kolejnych teleturniejów i idiotycznych żartów a’la Familiada).</p>
<p>W Polsce nie tworzy się już dla dzieciaków nic poza cyklicznymi programami dla najmłodszych i bardzo rzadkimi programami dla nieco starszych. Aby obejrzeć dobre kino przygody trzeba cofać się do czasów głębokiego socjalizmu i puszczać sobie te wszystkie Tolki banany, hece na czternaście fajerek czy inne wakacje z duchami. Na Croma, w ogóle aby cokolwiek fajnego dziecku puścić, trzeba sięgnąć poza albo w okolice czasów przemiany ustrojowej i dopiero tam znajdzie się świetne filmy pokroju Cudownego dziecka (lubię ten film jak jasna cholera). Z rzeczy nowszych, które bardzo się mojej rodzince (i mnie) podobały wypada wymienić film animowany pod tytułem Królestwo Zielonej Polany — świetna animacja z kupą wykręconego humoru. No ale znów — to rok 1994 czyli zdrowo przed narodzeniem Majusi. Czy coś godnego uwagi powstało jednak w XXI wieku? Mam nadzieję, że bardzo się mylę ale wydaje mi się, że produkcji wartych uwagi powstało w tym czasie bardzo, bardzo niewiele. Albo inaczej — całkiem możliwe, że powstały (pewnie za budżetowe pieniądze) ale nie mają szansy na pokazanie w ogólnopolskiej telewizji bo przecież Ziarno czy inny ojciec Mateusz też muszą mieć swój czas antenowy.</p>
<p>Tak mniej więcej wygląda dbanie o zaspokojenie potrzeb dzieci w tym kraju. Tysiąc becikowego i spierdalać. Trzeba postawić nową świątynię opatrzności czyjejśtam.</p>
<p>A tak bajdełej — Majka trafiła do zerówki. Nasze genialne władze wymyśliły genialną reformę, dzięki geniuszowi której, moje dziecko mając sześć lat NIE MOŻE (tak nam pani w zerówce powiedziała, dosłownie że NIE MOŻE) uczyć się czegokolwiek, bo to program klasy pierwszej. I chusteczka z tym, że w przedszkolu dzieciaki uczyły i bawiły się przy angielskim (od pierwszej klasy, więc w zerówce ban), poznawały literki czy uczyły się wykorzystywać paluchy także do liczenia a nie tylko do dłubania w nosie. Nasze genialne władze zafundowały dzieciakom okrąglutki rok nicnierobienia. Ale zaraz, zaraz… No tak. Mają zajęcia! No przecież religię muszą mieć i na to i znajdzie się program, i pieniądze, i co tylko jeszcze chcecie! Pominę milczeniem, że dzieciaki w okresie największej swej aktywności mają raptem jedną godzinę wychowania fizycznego. Nie wiem jak to inaczej nazwać, niż kpiną i plunięciem człowiekowi w twarz.</p>
<p>Przecież w tym kraju nie pozostaje nic innego niż siąść i płakać, ewentualnie wziąć sprawy w swoje ręce i radzić sobie samemu, samemu sobie dzieciaki kształcić, samemu zapewniać im w miarę inteligentną (lub przynajmniej nie obrażającą ich inteligencji) rozrywkę, samemu się leczyć itd. Dźwięczy mi w głowie wtedy tylko jedno pytanie:</p>
<p><em>Na jaki mokry, zbolały, parchaty i śmierdzący chu*** mi w takim razie taki kraj???</em></p>
<p>Ja mogę sobie wszystko sam organizować i za wszystko sam płacić. Tylko nie zabierajcie mi w takim razie połowy moich zarobków w przeróżnych podatkach i daninach. Sam wiem najlepiej, na co powinny być wydane.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/10/a-gdzie-sa-filmy-dla-dzieci-i-mlodziezy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>25</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Halo 3: ODST — najlepszy trailer gry made ever?</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/09/halo-3-odst-najlepszy-trailer-gry-made-ever/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/09/halo-3-odst-najlepszy-trailer-gry-made-ever/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 23 Sep 2009 07:20:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Filmik]]></category>
		<category><![CDATA[Gra]]></category>
		<category><![CDATA[Trailer]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=3883</guid>
		<description><![CDATA[Tak, wiem, wszyscy znają i wszyscy już oglądali. Ja oglądam raz za razem i dla tej gry jestem gotów nawiedzić Endera i Xboxa jego, by zobaczyć jak toto wygląda, jak się w to gra i czy klimat z rewelacyjnego trailera został w grze zachowany. Pobierz / obejrzyj film (m4v; 16,5mb) Abstrahując jednak od samej gry [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Tak, wiem, wszyscy znają i wszyscy już oglądali. Ja oglądam raz za razem i dla tej gry jestem gotów nawiedzić Endera i Xboxa jego, by zobaczyć jak toto wygląda, jak się w to gra i czy klimat z rewelacyjnego trailera został w grze zachowany.</p>
<p><embed src='http://costa.info.pl/mediaplayer/player.swf' width='410' height='231' bgcolor='undefined' allowscriptaccess='always' allowfullscreen='true' flashvars='description=Halo 3: ODST Trailer&#038;file=http://dl.getdropbox.com/u/1944692/Trailery-gry/2009.09.23-Halo3_ODST-Trailer-iPhone.m4v&#038;image=http://dl.getdropbox.com/u/1944692/Trailery-gry/2009.09.23-Halo3_ODST-Trailer-poster.jpg&#038;title=Halo 3: ODST Trailer&#038;backcolor=FFFFFF&#038;controlbar=over' /></p>
<p><a href="http://dl.getdropbox.com/u/1944692/Trailery-gry/2009.09.23-Halo3_ODST-Trailer-iPhone.m4v" title="Pobierz / obejrzyj film">Pobierz / obejrzyj film</a> (m4v; 16,5mb)</p>
<p>Abstrahując jednak od samej gry — jakość i wykonanie tego kawałka filmu nieodmiennie przywodzą mi na myśl jedną sprawę: budżet. Obroty w przemyśle gierkowym zdaje się powoli zaczynają wyprzedzać w Stanach (takie mnie słuchy doszły — nie wiem na ile to jest prawdziwe) obroty generowane przez Hollywood i jeśli ktoś jeszcze sądził, że granie to zajęcie dla pryszczatych i nielicznych, niech oto porzuci swoje błędne mniemanie. Budżety gier rosną, budżety ich promocji także a całość zaczyna przypominać obłędne koło, bo skądś na to wszystko pieniądze brać trzeba, czyli gry powinny być droższe. A gry powinny być droższe bo my — gracze — wymagamy od nich coraz więcej , ładniej, szybciej i w ogóle. Za co oczywiście płacić chcemy coraz mniej, co zrozumiałe.</p>
<p>Powstał więc „drobny” problem, który jakoś trzeba rozwiązać. Albo bowiem budżety gier staną w miejscu, albo… No właśnie, czy jest jakaś alternatywa? Analogia do Hollywood jest imo jak najbardziej uprawniona — w obydwu przypadkach mamy do czynienia z rozrywką, w obydwu przypadkach możemy mówić o rozrywce wyższych i niższych lotów, w obydwu przypadkach powstają megaprodukcje ale też i produkcje z nurtu indie. A kino to mimo wszystko maszynka, która wciąż potrafi przynosić spore pieniądze i którą smaruje się budżetami naprawdę ogromnymi (ale też z drugiej strony potrafią powstawać pamiętne dzieła za stosunkowo niewielkie kwoty). Różnica między Hollywood a przemysłem growym jest jedna ale znacząca — Hollywood ma ogromne możliwości wciskania nam tego samego po raz kolejny, oczywiście odpowiednio sobie za to licząc. Typowa kolejność działań w bardzo wielu przypadkach wygląda następująco: wyskoczenie do kina, wciągnięcie filmu, pocmokanie z zadowolenia, kupno na DVD/Blu-rayu coby mieć w kolekcji. Oczywiście to nie jest reguła ale dzieje się tak często. W tym przypadku Hollywood dostało pieniądze dwa razy za mniej więcej to samo. A to dopiero wierzchołek góry przychodów generowanych z wypożyczeń, gadżetów, licencji telewizyjnych itd.</p>
<p>Gry pod względem możliwości zarabiania na tytule mają stosunkowo niewielki potencjał. Dlatego tak dba się o serie wydawnicze, które z czasem stają się markami bo to wymierna wartość handlowa, której tak po prostu się nie likwiduje (stąd i coraz to kolejne Metal Geary czy inne Halo) bo to pozwala przedłużyć żywotność tytułu/pomysłu/uniwersum. To oczywiste. Mniej oczywiste jest to, że gry jako takie nie generują tylu możliwości dodatkowych źródeł dochodu, co filmy. Edycje kolekcjonerskie, gadżety, czasem licencja filmowa czy — eksploatując tytuł do końca — sprzedaż w czasopismach. Niewiele więcej w sumie można z gry wycisnąć. I tak sobie myślę, że to właśnie tu leży ów „problem”, o którym wcześniej wspomniałem. To właśnie dlatego wydawcy są tak wrogo nastawieni do rynku wtórnego gier. O ile w przemyśle filmowym wtórny obrót kopiami filmów wpływa w sumie tylko na jeden z wielu kanałów przychodu, o tyle w przemyśle gierkowym wtórny obrót znacznie ogranicza sprzedaż pierwotną i mamy klopsa w postaci niechęci wydawców do wymieniania się czy handlowania grami i ich głupie przed tym zabezpieczenia.</p>
<p>Rozwiązanie problemu? Ba, gdyby było takie łatwe, że ja sam mógłbym na nie wpaść, pewnie już dawno zostałoby wdrożone. Jako gracz widzę jedyną sensowną drogę przed grami — znaczące obniżki cen, które będą w stanie znacznie ograniczyć rynek wtórny. Jednak różnica w wydatkach na grę nową a używaną w wysokości stu złotych jest bardzo duża. Platyny kupuję chętnie ale nowości… Cóż, wolę poczekać aż staną się dostępne na rynku wtórnym i za sensowne pieniądze.</p>
<p>Ale ten medal ma dwie strony. Ostatnio połaziłem nieco po Empiku i zerknąłem na półki z tytułami na PC. Pierwsza myśl: o matko, ależ oni mają tu taniochę! Nic tylko brać i wybierać bo doskonałych tytułów mnóstwo i za bardzo fajną kasę. Zaraz potem przyszła jednak druga myśl — jaki jest margines opłacalności i jak wielka musi być sprzedaż gry, by w ogóle pokryć koszty jej wytworzenia, jeśli produkt końcowy kosztuje w okolicach 50 złotych i mniej? Czy w takich warunkach opłaca się tworzyć gry na daną platformę? Jak długo jeszcze będzie trwał ten stan rzeczy? Mało tego — doszło do swoistej deprecjacji wartości gier jako dzieła. Dziś już mało kto kupi grę na PC płacąc w okolicach dwustu złotych widząc, że za miesiąc lub dwa ta gra po prostu straci na wartości czasem nawet o połowę. Nikt rozumny nie wyda w takim przypadku pieniędzy i ja się temu wcale nie dziwię. Patrzy się na grę nie przez pryzmat jej wartości rozrywkowej/poznawczej/łotewa ale głównie przez pryzmat pieniędzy, jakie trzeba na nią wydać. Stąd może te niesamowite czasem rozbieżności w ocenianiu gier przez graczy — gra, na którą sporo wydano po prostu potrafi smakować lepiej, poznaje się ją głębiej, przechodzi się ją dokładniej niż grę, która kosztowała równowartość wyjścia do pubu.</p>
<p>Płacimy za gry niemało więc nauczmy się je cenić i spoglądajmy na nie jak na dzieło, nie tylko jak na wypełniacz czasu. Nauczmy się wymagać od twórców głębi i wartości w rozrywce, którą dla nas tworzą. Nauczmy się przede wszystkim komunikować im swoje potrzeby (tak, twórcy i wydawcy czytają maile i czasem potrafią zupełnie zmienić swój produkt tak, by dopasować go do oczekiwań odbiorców). Gry to nie tylko produkt, to nasz styl życia, nasz sposób spędzania wolnego czasu i nasz pochłaniacz zasobów. Warto zadbać o to, by w takim razie gry przyniosły nam odpowiednią satysfakcję.</p>
<p>Światy Hollywood i gier są do siebie bardzo podobne. Trailer Halo 3: ODST bardzo mi to mocno uzmysłowił.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/09/halo-3-odst-najlepszy-trailer-gry-made-ever/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak przetrwałam dwa tygodnie</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/08/jak-przetrwalam-dwa-tygodnie/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/08/jak-przetrwalam-dwa-tygodnie/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 24 Aug 2009 19:28:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Doropha</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Rodzina]]></category>
		<category><![CDATA[Doropha]]></category>
		<category><![CDATA[Urlop]]></category>
		<category><![CDATA[Wyjazd]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/?p=3718</guid>
		<description><![CDATA[… bez moich potworów? Stworzyłam sobie inne, własne, wewnątrz. Od czego w końcu mamy wyobraźnię? Pisząc “moje potwory” miałam na myśli Majkę i Kostasa oczywiście. Zaczęło się sielankowo. Odwiozłam łobuzy na dworzec, przypilnowałam, żeby wsiedli, pociąg ruszył i takie tam. OK. Sobota i spokój. Żadnych kostasowych przedwyjazdowych, pracowych, zmęczeniowych nerwów i marudzeń, Majkowych kaszli i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>… bez moich potworów? Stworzyłam sobie inne, własne, wewnątrz. Od czego w końcu mamy wyobraźnię?</p>
<p>Pisząc “moje potwory” miałam na myśli Majkę i Kostasa oczywiście.</p>
<p>Zaczęło się sielankowo. Odwiozłam łobuzy na dworzec, przypilnowałam, żeby wsiedli, pociąg ruszył i takie tam. OK. Sobota i spokój. Żadnych kostasowych przedwyjazdowych, pracowych, zmęczeniowych nerwów i marudzeń, Majkowych kaszli i inhalatorów, obiadków, prasowań.</p>
<p>Błogostan.</p>
<p>Tylko ja, mój brzuch, wierzgający synuś i prezent 3 częściowy od Kostasa :) (pierwszą część właśnie wykańczałam)</p>
<p><strong>I Początek</strong></p>
<p>Zielona herbata, miska owoców i lemoniada, spuszczone rolety i wyłączone telefony. Odpłynęłam. Nie wiem, czy to hormony ciążowe (bo taka jakaś ckliwa i wzruchliwa jestem), czy rzeczywiście tak bardzo potrzebowałam odrealnionego relaksu, ale kompletnie zatonęłam w sadze “Zmierzch”… Wiem, wiem to książki z działu literatura młodzieżowa, a ja już z młodzieżą niewiele mam wspólnego, ale poddaje się — dawno nic mnie tak nie wchłonęło. Trudno nawet opisać na czym polegała magia, bo mnie po prostu urzekło napięcie, oczekiwanie, Coś, może pomogła moja mała tajona wampiryczna fiksacja, nie wiem.</p>
<p>W poniedziałek rano było po. Skończyła się herbata, owoce i inne takie, lodówka pusta, w mieszkaniu lekki kurz, kot jęczał o jakieś lepsze żarcie i zamknęłam ostatnią część sagi.</p>
<p>Kurcze. Trzeba było się ruszyć. Przede mną jeszcze dwa tygodnie, prawie całe.</p>
<p><strong>II Środek</strong></p>
<p>Uff. Jakieś zakupy — przynajmniej kot szczęśliwy, bigbarabum sprzątanie, prasowanie, pranie pościeli, narzut i oględziny Synucha (robi chłopak masę, się nie oszczędza) u lekarza. Wieczorkiem przejrzałam filmy Kostasa na komputerze… Nie jest dobrze, same horrory i thrillery, nie dam rady… Więc niestety odgrzebałam stare sentymenty, spłakałam się i osmarkałam po kolana. Ogólnie wieczór udany :)</p>
<p>Ale potem było tylko gorzej. Z małą przerwą na malowanie kuchni, przy pomocy nieocenionego Zbyszka (dzięki jeszcze raz) kiedy po sprzątaniu i myciu każdej jednej pierdółki wyjetej z szafki padałam jak kawka.</p>
<p>Oprócz tego epizodu z kuchnią miałam najdłuższe noce w swoim życiu, kompletnie bezsenne. Gutek (tak roboczo mówimy na synucha) kopał bez litości, kot łaził w tę i z powrotem, wyjąc pod oknem właśnie w chwili, gdy wydawać by się mogło, że usypiam. Żeby nie było, gdy nie chciałam go wypuścić na dwór to wył w domu, że chce wyjść…</p>
<p>Oprócz tego lodówka w nocy wydaje dziwne odgłosy, a ludzie idący po drugiej stronie ulicy są jakby w drugim pokoju, co chwila ktoś puka, albo i nie, kran kapie, szafa skrzypi, dzieje się…</p>
<p>W związku z powyższym bezsenność na całego.</p>
<p>Uznałam więc, że na pewno za szybko przeczytałam cztery części sagi i przeczytałam je jeszcze raz tylko wolniej, żeby nie było z niesłabnącym zainteresowaniem, coś trzeba było robić w nocy.</p>
<p><strong>III Końcówka i najazd potworów</strong></p>
<p>Gdyby nie Skype i możliwość gadania z Majką i Kostasem oraz z innymi biednymi atakowanymi przeze mnie ludźmi, byłabym bliska obłędu. Pod koniec miałam wrażenie, że nie tylko odczuwam po prostu pustkę w domu ale wszędzie, jakby poza tym co mnie otacza nie było już nic, tęskniłam każdym porem i włoskiem,  całym człowiekiem…</p>
<p>Zmęczona byłam jak nigdy z niewyspania, niespokojna i rozdrażniona…</p>
<p>Przyjechali w niedzielę.</p>
<p>Fajnie było.</p>
<p>I spałam jak zabita. I tak przez kolejne noce, ani kot ani Gutek, ani komary, nic mi nie przeszkadza.</p>
<p><strong>Wnioski luźne</strong></p>
<p>Jestem stadnym stworem, mam mentalność kurki i swoje kurczaki (nawet wyrośnięte) lubię mieć w pobliżu. Wzruszam się jak nastolatka opisem oczekiwania przed pocałunkiem bardziej, niż samym pocałunkiem i najważniejsze — jestem bardzo poważnie i nieuleczalnie uzależniona od pachy mojego męża, względnie klatki piersiowej… Nie musze jej mieć pod głową, muszę mieć świadomość, że ona się pałęta gdzieś po domu (oczywiście reszta Kostasa tez jest ważna :), a Majka jest tam gdzie być powinna, czyli w swoim łóżku.</p>
<p>Kategorycznie i stanowczo domagam się zabierania mnie na wakacje (no chyba że Pani Stephenie Meyer napisze jakiś cykl, który wystarczy mi na całe dwa tygodnie)!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/08/jak-przetrwalam-dwa-tygodnie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>13</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Morze…</title>
		<link>http://costa.info.pl/2009/08/morze/</link>
		<comments>http://costa.info.pl/2009/08/morze/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 03 Aug 2009 18:12:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>CoSTa</dc:creator>
				<category><![CDATA[Myśli]]></category>
		<category><![CDATA[Rodzina]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Urlop]]></category>
		<category><![CDATA[Wyjazd]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://costa.kofeina.net/index.php/2009/08/03/morze/</guid>
		<description><![CDATA[To mnie zawsze w Grecji dopada — jakiś dziwny pociąg do morza. Nie wiem o co chodzi, to nie jest po prostu zadowolenie, że wlazło się do chłodnej wody w gorący dzień. Raczej bardziej chodzi o jakąś taką wewnętrzną potrzebę poprzebywania z wodą przez dłuższy czas sam na sam. W człowieku budzi się wodny stworek, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To mnie zawsze w Grecji dopada — jakiś dziwny pociąg do morza. Nie wiem o co chodzi, to nie jest po prostu zadowolenie, że wlazło się do chłodnej wody w gorący dzień. Raczej bardziej chodzi o jakąś taką wewnętrzną potrzebę poprzebywania z wodą przez dłuższy czas sam na sam. W człowieku budzi się wodny stworek, który ciągnie koc jestestwa w swoją stronę. </p>
<p>Podobnie mam zawsze gdy wracam po dłuższej nieobecności do Jeleniej Góry. Widząc coś wyższego niż wysypisko śmieci w okolicach Poznania, nagle dostaję jakichś ciągot, jakiejś tęsknoty, jakiegoś uczucia, że coś było do tej pory bardzo nie tak ale na sam widok gór od razu zrobiło się lepiej. </p>
<p>Podobnie mam z morzem właśnie. Dziś nie mogłem po prostu wyjść z wody, bo na zewnątrz było to niewłaściwe miejsce podczas gdy to właściwe było tu — wewnątrz. Sam szum fal podziałał jakoś tak balsamicznie, zapach dosmarował swoją warstwę a kiedy w końcu wyląduję na wyspie, resztę pewnie załatwi żarcie i wszechobecna bryza wypełniona jodem po brzegi kubków smakowych.</p>
<p>Poznań to piękne, pełne możliwości miasto. Ale chyba popełniłem błąd wiążąc się z tym miejscem. Potrzebuję gór i morza. Gdzie znajdę i jedno, i drugie, jak nie w tej rozpalonej krainie? Fak, czas zacząć rozglądać się za robotą w Grecji. Majce też ten kraj służy — od kiedy przyjechaliśmy, mała zapomniała co to alergie czy inne takie bzdury. Teraz, kiedy to piszę i kiedy jest godzina 21:38 czasu miejscowego, Majka właśnie szaleje po placu zabaw co chwila przybiegając do pobliskiego kranu z zimną, pyszną tutejszą wodą by nieco utratę płynów uzupełnić. Ani ona, ani ja nie wiemy nawet co to jakiś alergiczny problem, co to kaszel czy kichnięcie, o zapchanym kinolu nawet nie wspominając. Cudownie jest słyszeć głos swojego dzieciaka nie gadającego przez nos…</p>
<p>Przy okazji — rodzicom dzieciaków z zapchanym wszystkim, co nazywa się „górna droga oddechowa” bardzo polecam lekkie podtopienie dzieciaka tak, by nosem wodę morską a śródziemnomorską pobrało. Strasznie po tym smarknie i kaszlnie i… Tyle mniej więcej czasu zajmie Wam pozbycie się zapchania :).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://costa.info.pl/2009/08/morze/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

